PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
2 (10)/2003
ISSN 1642-0853

Podróż na stepy kozackie


Długo zastanawiałem się nad tym, czy napisać: może za długo? W czasie drugiej wojny światowej ponad 50 państw odniosło wiele nieszczęść, tragedii. Zginęło wiele milionów istnień ludzkich. Niestety, wojna dotknęła również i moją rodzinę. Po wkroczeniu wojsk radzieckich 17 września 1939 r. na tereny wschodniej Polski zaprowadzili oni na tych terenach swój porządek. Polegał na tym, że większość Polaków wywieziono w głąb Rosji. Innym skrócono cierpienie w Katyniu, Charkowie, Miednoje i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze. Dwie siostry mojego ojca, Annę i Stefanię, z rodzinami wywieziono w niewiadomym kierunku.

Przez pięćdziesiąt lat szukałem ich, pisząc listy do różnych gazet, komitetów partyjnych Lwowa, Kijowa, Moskwy, do umiłowanej wówczas władzy na Kremlu (który zwiedziłem w maju 1980 r. i oddałem należną cześć wiecznie żywemu Leninowi w mauzoleum, a ojcu Stalinowi na mogile, ale za mauzoleum). Pisałem do Czerwonego Krzyża, do ambasad polskich w ZSRR i radzieckich w Polsce. Prowadziłem bardzo "owocną" korespondencję przez 25 lat z radiem Moskwa. Od czasu do czasu przypominałem i prosiłem o pomoc w poszukiwaniu mojej rodziny, podałem nazwiska, m.in. Malinowscy po mężu. Odpowiedź zawsze była ta sama: u nich Malinowskich dużo i to nie leży w ich kompetencjach - odsyłano mnie do innych instytucji. Część tej bogatej korespondencji trzymam do dzisiaj na pamiątkę. Nawet jeden numer tygodnika ilustrowanego pt. "Przyjaźń" (przypomnienie dla młodych). Nie miałem pojęcia, że przez 25 lat moja korespondencja prowadzona z matką, zamieszkałą wówczas na terenie województwa lwowskiego była każdorazowo czytana przez naczelnika wydziału paszportowego w Busku. Moje poszukiwania były daremne. Aż nagle w latach 90. wiadomość! Ktoś żyje! Córka wywiezionej Anny - Stefania - postanowiła odwiedzić miejscowość, skąd ich wywieziono Żelechów. Tam dowiedziała się od rodziny o naszym istnieniu. Nawiązaliśmy kontakt listowny.

Postanowiłem pojechać tam na rowerze. Rodzina w kraju powiedziała, że to czyste szaleństwo, że mnie zabiją. Nic do mnie nie trafiało. Byłem strasznie rozżalony. Tyle lat! Bardzo chciałem zdążyć... Pojechaliśmy z kolegą na rowerach, za Lwowem kolega Ryszard złamał nogę. Coś potwornego! Wróciliśmy. Byłem załamany. W maju 1999 r. samotnie pojechałem rowerem. Około 45 km za Lwowem odnowiła mi się kontuzja lewej nogi, którą trzy miesiące wcześniej (13 lutego) złamałem. To było nieprawdopodobne. Co za fatum mnie prześladowało w tym miejscu?! Nie ukrywałem łez. Nikomu o tym nie mówiłem. Trzeba było wracać do kraju. W kwietniu 2000 r. postanowiłem po raz trzeci i ostatni pojechać. W głębi duszy czułem strach. Uczyniłem to, co zrobiłem 20 lat temu, kiedy jechałem do Moskwy. Kiedy zajechałem do Warszawy (20 lat temu) - jechałem samotnie, zwątpiłem ze strachu. Gdzie? Do kogo i po co jadę? Poszedłem do spowiedzi. Wyznałem szczerze. Odniosłem wówczas wrażenie, że ksiądz był bardziej wystraszony niż ja, ponieważ niczego z jego ust nie usłyszałem. Poprosiłem księdza o błogosławieństwo i je otrzymałem. W celu zwiększenia mocy, w moim odczuciu, poprosiłem jeszcze drugiego księdza o błogosławieństwo. Czyniąc to, obaj pomodliliśmy się. No, teraz mogę jechać na koniec świata - pomyślałem.

Początek wędrówki

Wyruszyłem z domu 25 kwietnia o godz. 8 przez Prudnik, Głubczyce, Racibórz do Rybnika. Tam oczekiwał na mnie brat z rodziną. Wieczór upłynął na rozmowach, przyszła dalsza rodzina. Patrzyli na mnie z uśmiechem, kiwali głowami, ale życzyli powodzenia w mojej misji. Oby ci się udało - powiedzieli. Rano 26 kwietnia pojechałem przez Żory, Pszczynę, Brzeszcze do Wadowic. Wszedłem do kościoła, do muzeum - domu Ojca Świętego. Byłem tutaj po raz trzeci. Potwierdziłem swój pobyt w muzeum w książeczce KOP. Kupiłem dwa filmy, zjadłem posiłek i wyruszyłem do Kalwarii Zebrzydowskiej, w której miałem zaplanowany nocleg. Była godz. 15 - szkoda czasu. Z góry ustaliłem, że pojadę przez Karpaty i nie będę jechał przez ten nieszczęsny Lwów. Postanowiłem ominąć go od południa. Na każdy dzień miałem ustalone odcinki, które chciałem przejechać, ale byłem w pełni świadomy niespodzianek po przekroczeniu granicy. Pojechałem przez Myślenice, Lipnik, Dobrą, w której postanowiłem przenocować na kwaterze. Było cicho i nie było nikogo. Po spokojnej nocy czułem się wypoczęty. Była środa, chłodny poranek. Wyruszyłem w kierunku Limanowej. Upajałem się wspaniałym widokiem gór już drugi dzień - jechałem przez Nowy Sącz, Grybów, Gorlice, Biecz. Jakże znane były mi te drogi, wielokrotnie przejechane na rowerze. W Jaśle odwiedziłem swojego przyjaciela - Zdzicha R. - starego belfra, który mnie oczekiwał. Spędziliśmy bardzo mile wieczór w jego sadzie, przy grillu, na wspomnieniach o wspólnych zlotach w przeszłości. Zdzichu mnie zaskoczył, gdyż powiedział, że nie wierzył w mój przyjazd. Tym bardziej nam było przyjemnie ze spotkania.

W czwartek rano pożegnałem się ze Zdzichem, podziękowałem za gościnę oraz informacje, o które wcześniej prosiłem w liście. Pojechałem przez Krosno, Sanok, Ustrzyki Dolne. Na trasie zrobiłem zdjęcia ciekawych obiektów.

W Krościenku byłem o godz. 17.35. Kupiłem bilet do stacji kolejowej Chyriw po stronie ukraińskiej. Na tej linii pociąg kursuje dwukrotnie w ciągu doby: o godz. 6 i 11.

W tym miejscu istnieje tylko przejście kolejowe. Po przekroczeniu granicy zauważyłem, że strona ukraińska przygotowana jest na otwarcie przejścia dla ruchu drogowego. W pociągu był niesamowity tłok, 98 proc. podróżnych to Ukraińcy z zakupami różnych towarów. Z Chyrowa pojechałem przez Wojutycze do Sambora wyboistą drogą. Trzeba było jechać zygzakiem, aby ominąć wiele dziur na drodze. W Samborze byłem o godz. 20, a miejscowy hotel, niestety, w remoncie. Przed wjazdem do miasta zauważyłem sporo mokradeł i komarów, które dokuczały w czasie jazdy. Już wiedziałem, co mnie czeka. Noc na stacji kolejowej. Tutaj żarty się skończyły, trzeba było być czujnym. Zaczepiłem starszego człowieka. Okazało się, że to Polak, na imię ma Zdzisław J. i mieszka tu od urodzenia. Ma rodzinę w Polsce. Opowiedział o rodakach tam mieszkających, którzy żyją w miejscowościach Rudki, Szczałkowice, Stary Sambor, Wojtycze, Radłowice, Łanowice, Kornowowice. Są tam dwaj księża polscy oraz trzy siostry zakonne, które uczą religii. Obsługują około tysiąca Polaków. "Gazeta Lwowska" rozprowadzana jest przy kościołach, które są czynne. I tylko tam Polacy mogą się spotykać. W Samborze znajduje się wiele pamiątek historycznych, m.in. kościół Bernardynów, czynny kościół parafialny, ratusz z XVII-XIX w., cerkiew Bogorodyczi z 1728 r.

Wczesnym rankiem pojechałem do Drohobycza. Było chłodno. Już kolejny poranek. Miasto, chociaż wielkie, jest ponure, przypomina obronny charakter budownictwa. Znajdują się tu: bramy miast Zamkowa i Węgierska z XVI-XVII w., kościół z XV w., cerkiew św. Jury z XV-XVI w., cerkiew Czesnoho Chresta z pocz. XVI w. Obie cerkwie stanowią pamiątki architektury drewnianej.

Na ukraińskich drogach

Po godzinie odpoczynku i spożyciu posiłku pojechałem do Stryja. Droga była trudna, a przejeżdżający kierowcy trąbili na mnie. Stryj to kolejne miasto na moim szlaku. Odznacza się dużymi fortyfikacjami. W czasie wojny w latach 1648-1654 szlachta polska obroniła się, okoliczna ludność, która tam się schroniła - również. Kościół jest obronny, wspominany w tym miejscu już w 1395 r. Przez Dołynę, Kałusz pojechałem do Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankowsk), w którym znalazłem się późnym popołudniem. Miasto zostało założone przez Jędrzeja Potockiego. Są tutaj: pałac Potockich z XVII w., kolegiata z XVII w. Na nocleg udałem się do znajomych Ukraińców, których wcześniej gościłem z Tyśmienicy. Długa i dokuczliwa jazda dała mi mocno w skórę. Był to dla mnie sygnał zwątpienia co do dalszej jazdy na rowerze. Rankiem 30 kwietnia u nich były święta, a ja wyruszyłem w dalszą drogę, chociaż chętnie bym pozostał. Musiałem się spieszyć. Droga stawała się jakby coraz gorsza. Dotarłem do Buczacza. Z daleka było widać ruiny zamku na wzniesieniu. Zwiedziłem ratusz z 1751 r. i cerkiew Mykołajewską z 1610 r. (św. Mikołaja). Kościół z lat 1589-1590 otoczony murem obronnym. Była tutaj również synagoga obronna z XVI w. Niestety, nie ma po niej śladu. Obejrzałem kościół z lat 1761-1763. Po godzinnym odpoczynku wyjechałem do Czortkowa - miasta, w którym byłem przed kilku laty. To kolejny bastion. Miasto z murami obronnymi i zamkiem z 1610 r. z zachowanymi dwiema wieżami, cerkwią z 1738 r. (Woskriesieńska), cerkwią (Uspieńska) z 1635 r. - obie drewniane, z kościołem dominikańskim z klasztorem z 1619 r. Pierwotnie otoczony był obronnym murem. Dalej trasa prowadziła do Skały Podolskiej nad Zbruczem (dawna nazwa Jagielnica).

Nad miastem górują ruiny zamku z lat 1518-1538. Zachowały się dwie wieże mocno uszkodzone, kościół obronny z XVIII w. To tutaj Stanisław Lubomirski w maju 1621 r. założył obóz wojskowy. Mimo zmęczenia pojechałem jeszcze do Kamieńca Podolskiego, stolicy Podola. Miasto z ponad stu tysiącami mieszkańców, położone jest w dorzeczu Dniestru, na pograniczu dawnej Rzeczypospolitej. Kamieniec od XIV w. był miastem królewskim. Pozostały ślady kultury polskiej, ukraińskiej, tureckiej oraz trzy rynki: polski, ukraiński i ormiański. Są tu: twierdza z XV-XVI w., kościoły z XV-XVIII w. Obok katedry katolickiej stoi minaret - pamiątka panowania Turków w XVII w. To własnie w tej katedrze pułkownik Michał Wołodyjowski z Ketlingiem przysięgali wierność Rzeczypospolitej. Śmierć Wołodyjowskiego w obronie Kamieńca (twierdzy) pomścił hetman Jan III Sobieski, zadając klęskę Turkom pod Chocimiem w roku 1673. Do późnych godzin zwiedzałem miasto. Niestety, noc spędziłem na dworcu, na czuwaniu i rozmyślaniu. W marcu napisałem list do telewizji Polonia z prośbą o adresy Polonusów zamieszkałych na trasie mej podróży. Niestety, odpowiedź nie nadeszła. Odczułem już trudy podróży. Dookoła było dużo różnych ludzi. Bałem się zasnąć. Gdyby to się stało, miałbym poważne problemy. Milicja wówczas budzi, sprawdza dokumenty i ma się kłopoty albo człowiek budzi się i okazuje się, że wszystko stracił.

Nad Dniestrem

W poniedziałek 1 maja - w święto zakrapiane - wyruszyłem na Dunajcewy przez Nową Uszycę. Teren pagórkowaty, a droga coraz gorsza. Kierowcy popisywali się, używali klaksonów. Autobus zajechał drogę i ciężarowy zepchnął do rowu. Byłem w Murowanyje Kuriłowcy. Zastanawiałem się, co dalej robić. Ogarniał mnie strach. Zaczynałem wątpić w to, czy dojadę żywy. Odczuwałem ogromne zmęczenie. Miałem wyłącznie suchy prowiant, ale musiałem jechać dalej, bo później już nigdy mogłem nie dojechać do celu podróży. W rejonie Mohylowa Podolskiego mam rodzinę. Z trudem dojechałem tam godzinę po północy. Zatrzymałem się do rana na dworcu kolejowym w Mohylowie. Rano, 2 maja o godz. 5.20, wyjechałem wzdłuż rzeki Dniestr do miejscowości Kreminne. O godz. 6 byłem u rodziny, po 11 latach niewidzenia ich padłem ze zmęczenia. Po obiedzie poszedłem jednak wzdłuż Dniestru do wsi Ladowe. Na stromym brzegu (ponad 200 m) znajduje się XI-wieczny Chram wykuty w skale pw. św. Paraskewii i św. Jana Chrzciciela.

W podziemiach znajdują się dwa szkielety, zapewne mnichów. Na zewnątrz jeden grób. Nad wejściem do cerkwi było godło rodowe(?), na którym widniał napis Rafał Szczęsny Potocki Maria Janiszewska 1856. Nazwisko kobiety prawdopodobne. Niestety, zły człowiek zniszczył ten herb. Cała ściana czołowa wraz z drzwiami była usunięta. Obecnie tym obiektem opiekują się monachowie (podlegają Moskwie). Monachów jest siedmiu, wśród których też jest hierarchia: posłuszny (kandydat) jerej, monach nastojaticz monomach, oteć. Zwróciłem się z prośbą do obecnego wewnątrz monacha, aby mi przybliżył historię tego obiektu. Zapytał mnie, czy jestem katolikiem. Powiedziałem, że tak. Był mocno niezadowolony, milczał. Nagle podniesionym głosem powiedział: Katolicy spowodowali razkoł w cerkwii. Obrócił się i wyszedł. Następnego dnia prośbę powtórzyłem, był nieubłagany. Chciałem zrobić z nim zdjęcie, nie zgodził się. Na usilną prośbę pozwolił się sfotografować. Był młody, w wieku około 25 lat. Nie udzielił lekcji z historii.

W środę 3 maja pojechałem do Mohylowa Podolskiego, aby zadzwonić do Polski. Wcześniej postanowiłem wysłać telegram. Po wypełnieniu formularza oddałem go. Po chwili zwrócono mi, prosząc, abym napisał alfabetem łacińskim. Napisałem, oddałem, za chwilę powtórnie usłyszałem radę. Poradzono mi, abym zadzwonił. Na moje pytanie, dlaczego nie mogę wysłać telegramu, usłyszałem "telegram może zginąć", co też w przeszłości miało miejsce. Interweniowałem przez Kijów. Zapłacono mi za niedostarczony telegram. Zadzwoniłem w ciągu 10 minut. Zapłaciłem 14,50 hrywni. Mohylew Podolski to miasto graniczne, miasto znane z targów. Wojna poczyniła spustoszenia.

Przekroczyłem Most Drużby na Dniestrze i byłem w miejscowości Ataki. To już Mołdawia. Straż graniczna uważnie sprawdza paszport. Wróciłem bez problemów po godzinie. Przez tę granicę przemycana jest broń wszelkiego typu. Ta wycieczka rowerowa utwierdziła mnie w przekonaniu, że rowerem dalej nie pojadę. To nie były drogi do jazdy nawet samochodem. Ogromna ilość dziur. Wszyscy jeżdżą slalomem. W czwartek pojechałem pociągiem z Mohylowa (bez roweru) do Żmierinki, dalej także pociągiem do Zaporoża.

W Zaporożu byłem 5 maja. o godz. 16.30 Kupiłem bilet autobusowy na trasę do Rostowa, wysiadłem w Rozowce. Przed 45 laty jechałem tą trasą w zupełnie innym charakterze i może niezupełnie z własnej woli.

W stepie dalekim

O godz. 22 wysiadłem z autobusu i co dalej? Rozowka to małe miasteczko, poszedłem do CPN, by zapytać, jak i czym można dostać się do Antonówki. Usłyszałem odpowiedź, że nikt nie jedzie. Pieszo było około 30 km. Sprawdziłem na mapie, przeżegnałem się i ruszyłem we wskazanym kierunku. To były Dzikie Pola. W latach 1450-1586 ponad 80 razy tatarskie hordy napadały na rozrzucone po stepach zagrody, plądrowali, zabijali starych, zabierali w jasyr, a następnie sprzedawali w portach nad Morzem Czarnym. Starosta kaniowski Dmitro Wiśniowiecki był najbardziej zasłużonym w tworzeniu taborów kozackich. Oni mieli przeciwstawiać się Tatarom, którzy pustoszyli Dzikie Pola. Twórca ukraińskich kozaków D. Wiśniowiecki, zachęcony udanymi pochodami na Krym, zadawał wiele strat Tatarom. Następnie wdał się w sprawy mołdawskie. Podstępnie go zwabiono i wydano Turkom w 1563 r. Został stracony w Konstantynopolu. Drugą, bardziej udaną próbą było utworzenie taborów kozackich za króla Stefana Batorego. Na południe od Kijowa rozciągały się po obu stronach Dniepru rozległe tereny zwane Zaporożem; zaporoska sicz stanowiła centrum kozactwa naddnieprzańskiego lub zaporoskiego. W 1648 r. wybuchło największe powstanie kozackie pod wodzą Bohdana Chmielnickiego. Dzisiaj ponownie tworzone są oddziały kozackie na Ukrainie.

Spotkanie po latach

O godz. 3.40 zobaczyłem duże skupisko świateł. Nagle wyskoczyły psy, mocno szczekając. Uchroniło mnie ogrodzenie. Po chwili wyszło dwóch mężczyzn. Zapytałem, gdzie tutaj mieszka Anna Malinowska. Tam, gdzie to światło - padła odpowiedź. Dziękując, poszedłem w kierunku światełka - na przełaj przez pola. Byłem przy wejściu na podwórko pies zaczął ujadać, z izby wyszła staruszka. Czy tutaj mieszka M.? Tak. Była godz. 4 dnia 6 maja 2000 r. Miałem szczęście. Zdążyłem. Skąd i czym przyjechałeś? - zapytała kobieta. Przyszedłem z Rozowki pieszo, odpowiedziałem. Boże, przecież ciebie mogli zabić! Tyś obcy. Z miejsca położyła mnie spać. Kto to był? - pomyślałem. Usnąłem natychmiast. Obudziłem się o godz. 7.30, podano śniadanie.

Usłyszałem, że mama zaraz przyjdzie. Aha, to ty jesteś kuzynka - pomyślałem. Po chwili weszła kobieta ledwo pochylona, przywitaliśmy się bez łez. Wczorajsze buty, dzisiaj służyły za kapcie. Poprosiłem o miednicę z wodą. Nogi wyjątkowo opuchnięte mocno mnie piekły. Później odczuwałem to przez miesiąc. Rozmawialiśmy o całym dotychczasowym życiu rodziny. Ciocia powiedziała mi między innymi, że przez 40 lat żyła w ziemiance, dwukrotnie była podtopiona. Deszcz ostatnio padał pół roku temu, ziemia mocno spękana. Wszędzie równina, dookoła step, wiele ziemi odłogiem leży. Nigdzie żadnych lasów nie było widać. Miejscami drogi przypominały mi typowe czołgowiska. To nie do wiary, że tak można żyć. Całkowite pustkowie. Zobaczyłem cały dobytek mojej cioci, ogromne ślady ciężkiej pracy. Miała 86 lat. Podczas rozmowy nie usłyszałem ani jednego słowa skargi na życie. Na twarzy dostrzegałem dużo wiary, pogody, nie widziałem smutku. Te dwie kobiety na obczyźnie tyle lat. Wujek Jan zmarł w latach 70., z przepracowania. Mama i córka - różnicy wieku bardzo nie widać. Jesteśmy z kuzynką rówieśnikami. Po południu poszliśmy do miejscowego sklepu. Towar często na zamówienie. Kupiłem konserwy (jak się później okazało zepsute). W wiadrze śledzie, smród okropny, nikt nie reagował. Miejscowe dzieci dowożone są do odległej szkoły (10 km) traktorem z przyczepą. Poprosiłem kuzynkę, aby zorganizowała mi jakiś środek lokomocji, którym mógłbym się dostać na autobus do Rozowki. Pieszo już bym nie doszedł. Jeden samochód w brygadzie ciężarowy - brak paliwa, traktor zepsuty. Nadjechał młody człowiek na starym motocyklu z bocznym wózkiem. Uzgodniliśmy termin, że wyjedziemy nazajutrz o godz. 6 rano. Późnym popołudniem wyszliśmy do ogrodu cioci, która zachwalała warzywa, licho rosnące, trzeba je było codziennie podlewać. Wskazując palcem na pobliski dom, powiedziała, że tutaj mieszkają bogaci. Powiedziałem, że ten dom niczym nie różni się od innych. Zapytałem: Ciociu, co oni mają? Dwie krowy - usłyszałem. Wieczorem przy stole zapraszałem ich do Polski, do licznej rodziny, której większość mieszka na Śląsku. Cioci bracia i ojciec pochowani są też na Śląsku w różnych miejscach.

W powrotnej drodze

Rano przyjechał motocyklista. Było naprawdę chłodno. Wyjął z przyczepy pół litra, nalał do szklanki i skierował ją w moją stronę, dodając: pij, bo mi zamarzniesz po drodze. Odmówiłem. Wypił sam, nalał znów do połowy i powiedział - pij. Wypiłem więc. Do kuzynki krzyknął: Daj mu kufajkę. Nakryję go, bo nie dowiozę, zamarznie. Cholera! Gdzie on mnie powiezie - pomyślałem. Pożegnałem się z najbliższymi, wsiadłem do bocznego wózka, a on mnie okrył. Jechaliśmy przez pola. Zaczynało rzucać na różne strony. Przyspieszył. Zacząłem odczuwać zimno, a to był dopiero początek drogi. Dokąd on mnie wiezie? - pomyślałem. Minęło pół godziny, całkowite pustkowie. Miałem mieszane uczucia. Mimo to nie traciłem nadziei. W oddali zobaczyłem zabudowania, do których zbliżyliśmy się krętą ścieżką. Była godz. 6.45, gdy dotarliśmy do przystanku przy głównej trasie. Wyciągnął powtórnie butelkę, nalał i powtórzył wcześniejszy ceremoniał. Przystałem na to. Było mi naprawdę zimno. Z radości zrobiłem mu zdjęcie i poprosiłem, aby i on mnie zrobił na tle rozkładu jazdy. Zapłaciłem 15 hrywni. Muszę uciekać, nie mam żadnych dokumentów - powiedział i szybko odjechał. Wszedłem do holu. W kasie kupiłem bilet za 14 hr. do Zaporoża. Powiedziałem do kasjerki, że jestem turystą i wracam do Polski. Przez chwilę rozmawiałem z nią. Wyszedłem na zewnątrz, nadjechał autobus, zbliżyłem się do drzwi i wyciągnąłem bilet. Drzwi się otworzyły. Wysiadła jedna osoba, a za nią kierowca, który od razu zaatakował mnie słowami: nikogo nie biorę z biletami! Mnie potrzebne są dieńhi na paliwo. Ktoś pobiegł do kasy po zwrot pieniędzy. Po chwili przyszła kasjerka i zapytała kierowcy: Szofer, dlaczego wy nie chcecie brać z biletami? Kierowca bardzo brzydko zaklął i powtórzył, że jemu potrzebne są pieniądze na paliwo i nikogo z biletami nie zabierze. Kasjerka podeszła do mnie, otworzyła drzwi i powiedziała: To jest turysta z Polski i on musi jechać. Zaczęła pchać mnie do środka. To dopiero zezłościło kierowcę. Przeklinał, ile sił w gardle. Kasjerka postraszyła go wezwaniem milicji. Wepchnięty do autobusu, byłem oszołomiony tym zdarzeniem, zatraciłem poczucie czasu. Autobus wreszcie ruszył. Naprawdę nie wiedziałem, czy ktoś za mną usiadł. Do Zaporoża nigdzie nie było uzupełniania paliwa. O godz. 12.15 wysiadłem na dworcu w Zaporożu, przeszedłem na drugą stronę jezdni.

Wsiadłem do tramwaju i pojechałem na dworzec kolejowy. Po drodze mijałem znaną reklamę "Fabryka Samochodów Zaporoże Daewoo". Na dworcu kupiłem bilet do Żmierinki. Po godz. 13 wsiadłem do pociągu. W przedziale byłem sam, ale po chwili weszła sympatyczna kobieta w wieku balzakowskim. Tutaj milczeć nie można. Rozmawialiśmy więc. Mijały chwile. Z sąsiedniego przedziału przyszedł mężczyzna i przedstawił się. Wcześniej usłyszał naszą rozmowę. Moja współpasażerka zaskoczyła mnie w pewnej chwili, mówiąc: Mężczyźni, wy tak siedzicie sobie, a to przecież prazdnik. Był 7 maja. Starszy człowiek wyszedł, aby za chwilę wrócić. Postawił na stoliku butelkę. Wszedł konduktor i postawił cztery szklanki, rozlano zawartość do szklanek. Kiedy zobaczyłem obok siebie konduktora, od razu pomyślałem o maszyniście pociągu: Co on w tym czasie robi? Nie było wyjścia. Zawartość szklanek opróżniono. Starszy człowiek wyjął z kieszeni kartkę pocztową wysłaną przez brata z Bresławia w 1943 r. Brat zmarł, a on prosił mnie o informacje, czy może starać się o jakieś odszkodowanie z tego tytułu? Powiedziałem więc, do kogo ma się zwrócić w tej sprawie. Mam podobną osobę w rodzinie. Konduktor wyszedł. Starszy człowiek opowiadał swoje przeżycia wojskowe w SA. Noc przebiegła spokojnie. Każdy w przedziale miał swoje miejsce numerowane na bilecie i za dodatkową opłatą za pościel (3 hrywni) mógł przenocować. Z Żmierinki miałem przesiadkę na pociąg podmiejski (wyjątkowo obskurny), podróżni z okolicznych wiosek wożą w pociągu różny dobytek. Z Mohylowa Podolskiegio trafiła mi się okazja samochodem wojskowym. Miałem szczęście, że nie wypadłem podczas szaleńczej jazdy kierowcy po dziurach w jezdni.

Tam, gdzie zawsze wierne

Wieczorem 10 maja - powrót do kraju. Wracałem pociągiem z rowerem przez Tarnopol. Do Lwowa przyjechałem 11 maja. Wstąpiłem do przyjaciół. Przyjechał znajomy, zabrał mnie samochodem do siebie na wieś do Kułykowa. Żadne wykręty z mojej strony nie pomogły. Dom, w którym mieszka Luka, to nowy duży dom. Pokazał mi swój dziennik dwuletniej podróży z Magadanu do Moskwy na rowerze, którą odbył dwadzieścia lat wcześniej. Wziąłem to za dobry żart. To, co zobaczyłem, było nieprawdopodobne. Dziennik podróży, potwierdzenia na trasie z różnych organizacji komsomolskich, zdjęcia. Cieszyłem się z tego widoku. Myślałem, że to tylko mnie odbiło. Przy jego osiągnięciach byłem w przedszkolu. Jego przewagą było to, że był znacznie młodszy ode mnie. Prowadzenie miejscami roweru po kolana w błocie - to nie było dla mnie.

Rano 12 maja wyjechaliśmy do Lwowa. Odwiedziłem innych znajomych, byłem też na spotkaniu w klubie, na którym ujrzałem wielu starych znajomych. Było sympatycznie. Przedstawiłem program naszych zlotów. Zaprosiłem do Ryk na centralny zlot, do udziału w konkursie z okazji 50-lecia PTTK. W sobotę pojechaliśmy do centrum turystyczno-krajoznawczego Kniażyj, w którym odbywały się zawody crossowe z okazji otwarcia sezonu. W zawodach biorą udział uczniowie szkół podstawowych i średnich. Organizator zawodów dyr. Piotr Łobur przywitał mnie i poprosił o zabranie głosu. Podziękowałem uczestnikom zawodów i życzyłem najlepszych wyników w czasie zmagań. Zaprosiłem chętnych do udziału w centralnym zlocie w Rykach. W rozmowie prywatnej zaprosiłem dyrektora do przyjazdu w celu nawiązania bliższych kontaktów. Pan Piotr opowiedział mi o trudnościach z wyrobieniem paszportu, o problemach finansowych, ale zaznaczył, że w przyszłości może to być realne. Jak się później okazało, do Ryk przyjechało cztery osoby. Oni byli zainteresowani wymianą. W niedzielę wyjechałem do Szegini - na granicy była długa kolejka. Po dwóch godzinach oczekiwania wpuszczono mnie przez bramę razem z pieszymi. Kiedy ukraiński oficer (cztery gwiazdki) zobaczył mnie z rowerem, wyraził zdziwienie i zapytał, co ja tutaj robię z rowerem. Odpowiedziałem, że nie wpuszczono mnie na przejście przeznaczone dla samochodów. Wówczas oficer powiedział do mnie: A idź tam, tam do przodu. Poprowadziłem więc rower do bramki obrotowej. Rower trzeba było podnieść na wysokość metra, w czym pomogły mi turystki z Ukrainy. Po przejściu na stronę polską odczułem ogromną ulgę.

Z Medyki do Przemyśla pojechałem rowerem na luzie. Była to dla mnie jedna z najtrudniejszych wypraw w życiu. To nie jest do naśladowania w samotnych wyprawach na Wschód. Do domu wróciłem 15 maja. Tego dnia zmarła też ciocia Anna.

Michał Raczyński

PS. Druga ciocia Stefania i je mąż zmarli na Wschodzie. Nie znieśli trudów życia.

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk, Dariusz Mariusz Zając, Korekta: Elżbieta Matusiak-Gordon
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT