PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 1-2 (18-19)/2005
ISSN 1642-0853

Na Babią !

Co roku zaczynamy od Babiej, bo Tatry bywają w styczniu nieobliczalne. Albo nadmiar zimy, albo śnieg ledwie poprószy. Lepiej poczekać na luty, aż zima się ustatkuje. Za każdym razem jest inaczej, choćby tą samą drogą, choćby w tym samym towarzystwie. Dlaczego chodzimy na Babią Górę ? Dlatego, że jest.


W dniu 22 stycznia chcieliśmy pójść od północy i zachodu na Małą Babią i z Brony na Markowe Szczawiny, a dnia następnego z Babiej schodzić na orawską stronę. Ambicję ugasił wystraszony kierowca mikrobusu, który najchętniej zostałby jeszcze przed Zawoją. Przymuszony do jazdy ugrzązł w Czatoży tak, że trzeba go było wykopywać pożyczonymi łopatami. W takim stanie nie można było ryzykować przejazdu przez Krowiarki i czekało nas zejście na północ.

Późnym rankiem 20. członków Klubu Turystyki Wysokogórskiej Oddziału PTTK w Bielsku-Białej rześko ruszyło wreszcie czarnym szlakiem w kierunku grani od Mędralowej do Jałowca. Śnieg, jakby go było mało, ciągle sypał. Powoli, zakosami, torując po przysypanych śladach drwali, przez las, podeszliśmy pod Magurkę, inaczej Kolisty Groń. Z prawej powinna być Hala Kamińskiego, słynna z panoramy. My mieliśmy taką mgłę i opad, że ledwie trafiliśmy na drugi koniec Hali.

Skończyły się nikłe ślady i zaczęło prawdziwe torowanie. Pod Mędralową minął nas bokiem narciarz na turowych deskach, ale jego nikły ślad nic nam nie pomagał. Czas biegł nieubłaganie, mgła i ciągły opad sprawiały wrażenie późnej szarówki. Mimo wszystko pod Tabakowym Siodłem był pierwszy postój na krótki posiłek. I znowu po łydki, po kolana, do przodu, do Jałowieckiej Przełęczy. Wiejący wiatr też nam nie ułatwiał drogi, ale już byliśmy na Żywieckich Rozstajach.

Trzeba było podjąć trudną, ale konieczną decyzję: czy na Małą Babią, gdzie na grani wiatr pewnie przygina do ziemi i jeszcze sporo pod górę w kopnym śniegu, czy nieuczęszczaną, ale prawie poziomą i osłoniętą od wiatru, starą, czerwono znakowaną ścieżką - Górnym Płajem. Przy takich opadach osuwisko też da się przejść. Pal diabli ambicję i plany, kiedy się idzie pięć czy sześć godzin prawie bez postojów drogą przechodzoną w dwie godziny - wybieramy to, co powinno być lżejsze i do przejścia.

Miłe złego początki

Hala Czarnego tak była zawiana, że torujący na przedzie młodzi i silni posuwali się wolno do przodu, leżąc na śniegu, bo miejscami z pozycji stojącej nie dało się zrobić kroku naprzód. Dokoła wspaniała biel, nieskażona żadnym śladem na ziemi i na niebie, a te niebiańskie i ziemskie biele fantastycznie łączyły ośnieżone drzewa. Chociaż, chwilami niebo błękitniało i otwierał się widok w kierunku Jałowca, a w dole ledwie widoczna była spod śniegu - jak z obrazów Bruegla - Zawoja.

Wsparte doświadczeniem i intuicją przekonanie, że idziemy w dobrym kierunku utwierdzały nas, z rzadka ledwie wystające ze śniegu, tyczki ze śladami czerwonego potwierdzenia "to tędy!". Przy szałasie młodzi i silni zostali na odpoczynek, a czołówkę tworzą jeszcze młodzi i jeszcze silni.

Wszechogarniająca biel, rozległa cisza, monotonia drogi spowodowały odpłynięcie poczucia czasu, przestrzeni, pozostała tylko wola dojścia. Znowu przez las i są - Fickowe Rozstaje. Ledwie widoczny ślad nart przywrócił poczucie realności działania, ale i uświadamił, ile jeszcze przed nami.

Już zupełna szarość i monotonia drogi - zapadanie i wydźwignięcie, poślizgnięcie i powrót do równowagi, siłą woli trafianie w ślad poprzednika. Światło miał może co piąty wędrujący, inni szli prawie na oślep. Odrealnia się wówczas rzeczywistość, realne jest tylko zmęczenie, wyczerpanie, ból mięśni i chęć przerwania tego już teraz, tu, natychmiast. Później, przy piwie, zawodowcy określali taki stan nonszalancko "psycha jej siadła". Piwa jednak nie było, pozostała już tylko zaciekłość, bo było realne schronisko i tylko trzeba było do niego dojść. Z lewej rząd światełek na Mosornym, u stóp - migocące chałupy w Markowej, od nich dalekie szczekanie psów. Osuwisko to tylko jeszcze jeden fragment do przejścia. Jeszcze jeden grzbiet, podejście, zejście i następny, i następny. Wściekłość, bo to już powinno się skończyć.

Światło, ciepło, radość, duma?

Nagle wypadliśmy na drogę, szeroką, odśnieżoną. Nastąpiła chwila konsternacji, z lasu ze ścieżki dochodzili ostatni. I resztką sił, drogą pod górę. Szczekanie psa, łuk drogi i najpiękniejszy dla wędrowca widok po całodziennym tyraniu - światła schroniska. Jeszcze kilka zapadnięć, podźwignięć i przed drzwiami schroniska strzepywaliśmy już śnieg - zniechęcenie, zwątpienie. Za drzwiami światło, ciepło, radość, duma?

Szybka lokacja w trzech salach, zrzucanie tego, co mokre, przemoknięte, przepocone, zamarznięte, rozwieszanie do suszenia i już można się było myć, kąpać, pić, jeść i żartować z chwil słabości, potknięć, upadków, zwątpień.

Można się zżymać na nie najwyższy standard wyposażenia, ale niewiele schronisk ma taką atmosferę. Tutaj każdy czuje się oczekiwanym gościem, uśmiech i życzliwość dla każdego przychodzącego od całej obsługi, a pan współszef, ratownik GOPR, prawdziwym i wytrawnym turystom nieba by przychylił, gdyby mógł. Na pewno nie lekko się prowadzi drewniany obiekt, którego najstarsza część będzie mieć w przyszłym roku sto lat. Kompetentni twierdzą, że jest już niedaleko miejsce na nowe schronisko i zatwierdzone plany. Czy "stare" schronisko podzieli los tego z Hali Miziowej? Niech stoi jak najdłużej!

Tradycyjnie zebraliśmy się w jadalni na "posiady". Jest nas 21, prostą drogą doszła spóźniona koleżanka. Różne napoje energetyczne przywróciły równowagę, potrawy, też energetyczne, uzupełniły kalorie. I śpiewy, po kolei, "jak leci" z klubowego śpiewnika, i solo, i tercety, i inne możliwe kombinacje. Rozmowy, plany, żarty, a przednie dowcipy "sypały się jak z rękawa".

To są te chwile - jedne z najpiękniejszych w tej pasji - kiedy liczą się tylko serdeczni przyjaciele wokół, utrudzeni, ale chyba szczęśliwi, z którymi w tym momencie i zawsze wszystko jest do przejścia, do zdobycia. Cóż jeszcze można o tym napisać?

To trzeba samemu przeżyć !

Za przyzwoleniem personelu przedłużyliśmy te chwile poza regulaminowy czas, ale ich nie przeciągaliśmy i przed północą byliśmy już w pokojach. Sprawdzenie sprzętu i wyposażenia, przewiesić, dosuszyć, to moje, to twoje, mycie, kąpiel, maść na bóle, bandaż na rany i do łóżek - jutro też jest dzień.

Za oknem sypało, że hej!

Jadalnia, jak w większości schronisk, dopiero od siódmej! Może ktoś kiedyś wreszcie to zmieni. Sprężeni, ruchliwi, część wyposażenia tradycyjnie zostawiliśmy na werandzie, a ze "szturmowym" umówiliśmy się na ósmą. Za oknem i drzwiami wyjściowymi było bez zmian - sypało całą noc i nie przestawało. W muzeum turystyki babiogórskiej byliśmy już kilka razy, teraz sobie darowaliśmy, ale rozmawialiśmy o zimie. O stopniach zagrożenia lawinowego, o testach w rozpoznawaniu i określaniu zagrożenia, rodzajach śniegu i jak się zmienia. Pan ratownik zaproponował, abyśmy zaczekali na niego na podejściu pod Bronę to pokaże nam to praktycznie. Raz w tygodniu kopie z pomocnikiem w śniegu "studnię", w jej ścianach sprawdza warstwy śniegu - ich temperaturę, wilgotność, stabilność i twardość: na pięść, na dłoń, na palec, na ołówek i na nóż. Wszystko to zapisuje i przekazuje do Centrali i stąd mamy komunikaty. Przy okazji wspaniale opowiadał o swojej pracy, o ciekawych i dramatycznych zdarzeniach i akcjach w masywie Babiej. Niestety, musieliśmy iść. Studnia miała już ponad dwa i pół metra głębokości, a podłoża nie było widać.

Białe niebo momentami się przecierało i błękitniało, czuć było i chwilami widać słońce, mocno wiało. W sypkim śniegu pod kolana, ale momentami było tak wywiane do twardego, że można by było ubrać raki. Powyżej lasu fantastyczne otoczenie - białe przestrzenie, fantazyjne kształty na kosówce, na tyczkach, wiatr. Kto nie chodzi zimą po górach może być zdziwiony, że na wielu drogach jest trochę łatwiej - śnieg wypełnia uskoki, częściowo zasypuje rozpadliny, częściowo wyrównuje podłoże.

Któryś raz ta sama droga, ta sama góra i ta sama radość, że jesteśmy, że z przyjaciółmi, że możemy, że jest nam dobrze, mimo że z Diablaka są tylko fragmenty widoków, śnieg siecze w twarz, a tzw. temperatura odczuwalna powoduje szczękanie zębami.

Powroty skłaniają do refleksji. Moje może są prozaiczne: od tej wycieczki trzy czwarte chodzących ma czołówki i "psycha" bardzo, bardzo się wzmocniła.

Jan Nogaś
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT