PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 1-2 (18-19)/2005
ISSN 1642-0853

Wyprawa kajakiem przez litewskie puszcze

Czym jest spływ kajakowy, jakich dostarcza wrażeń i emocji nie trzeba tłumaczyć tym, którzy choć raz wsiedli do kajaka i popłynęli choćby kawałkiem rzeki lub jeziora. Mogli z bliska podziwiać siedliska wodnych ptaków, obserwować z pokładu kajaka nadbrzeżne szuwary i umykające krajobrazy podchodzącego do samej rzeki lasu, wsłuchać się w śpiew ptaków, a wieczorem zasiąść przy wspólnym ognisku i zaśpiewać stare harcerskie oraz biesiadne piosenki. Jeszcze lepiej znają te uczucia i wrażenia ci, co przepłynęli kajakiem urocze polskie rzeki, jak Czarna Hańcza, Rospuda czy Krutynia. Niestety, na wymienionych wyżej szlakach jest już od paru lat bardzo tłoczno, hałaśliwie i coraz trudniej znaleźć odpowiednie miejsce na biwak nie tylko z uwagi na tłok turystów, ale także, a może nawet bardziej, z uwagi na liczne "ślady cywilizacji", czyli pozostałości po tych, co tu byli przed nami. Czy zatem prawdziwy miłośnik przyrody, zamiłowany kajakowiec nie ma już żadnych szans, aby powiosłować czystą, niezatłoczoną rzeką, dotrzeć do dziewiczych miejsc, przepłynąć wartką, bystrą i czystą wodą rzeki wijącej się wśród "przepastnych krain" dziewiczej puszczy? Otóż są jeszcze takie miejsca i takie rzeki, i to wcale nie gdzieś na innym kontynencie, lecz blisko, w zasięgu ręki.


Któż zbadał litewskich przepastne krainy
aż do samego środka, do jądra gęstwiny
(Adam Mickiewicz)

Już kilka lat temu grupa młodych prawników białostockich przetarła nowe, niemal dziwicze szlaki kajakowe. Znajdują się one blisko znanego dobrze wszystkim wodniakom pojezierza augustowskiego. Wprawdzie już za granicą polsko-litewską, ale zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od samego Augustowa, od którego przejścia granicznego w Ogrodnikach jest 50 km. Słuchając entuzjastycznych opowiadań mego syna adwokata, Michała Korsaka, o urokach litewskich rzek, o ich dziewiczości, postanowiłem sam sprawdzić prawdziwość tych relacji.

Organizator - młody prawnik z Augustowa - pan Tomek, zapalony i doświadczony kajakowiec, który przed trzema laty odkrył te nowe kajakowe szlaki, wyznaczył zbiórkę w Augustowie, skąd zabraliśmy kajaki, zaopatrzenie i pojechaliśmy ku litewskiej granicy. Jest nas dziesięć załóg - towarzystwo różne: kilku mecenasów, młodzież studiująca oraz kilku przedstawicieli świata kultury ze znanym satyrykiem i piosenkarzem Krzysztofem Daukszewiczem. Przekraczanie granicy w Ogrodnikach to już od 1 maja 2004 r. czysta formalność, nie trzeba nawet paszportu, wystarczy nowy dowód osobisty i to okazany przez okno samochodu, bez potrzeby wysiadania. Litwa, tak jak i Polska, nie jest jeszcze w strefie euro, więc jedyna formalność, to wymiana złotówek na lity - 1 litewski lit kosztował około 1,20 zł. Ceny żywności są bardzo zbliżone do polskich.

Po przekroczeniu granicy z szosy biegnącej do miasta Alytus (Olita), a dalej do Kowna i Wilna, skręcamy na południowy wschód, bliżej granicy z Białorusią. Mamy zaliczyć trzy rzeki - Ułę, Mereczankę i Niemen. Każda z tych rzek, jak zapowiada organizator, jest inna, niepodobna do siebie. Uła jest dopływem Mereczanki, a Mereczanka wpada do Niemna. Uła ma swój początek na Białorusi, a przez tereny Litwy przepływa przez północno-wschodnią część rozległej Puszczy Grodzieńskiej, która łączy się z Puszczą Augustowską. Swojskie nazwy, swojskie krajobrazy, ale ma się wrażenie jakby czas się zatrzymał. Stare drewniane chaty, cisza, prawie nie widać samochodów ani ludzi.

Wodujemy kajaki koło mostu niedaleko miejscowości Dubicze. Rzeka wije się początkowo wśród dolin, aby następnie wpłynąć między wapienne urwiska i dalej wpływa w lasy. Okolica bezludna. Prąd wartki, wiele przeszkód. Trzeba bardzo uważać na wystające z wody spore głazy oraz powalone pnie drzew. Mamy pierwsze wywrotki, na szczęście niegroźne. Pogoda słoneczna, szybko wyschniemy. Jednak pewne i bezpieczne spłynięcie Ułą wymaga kajakowego doświadczenia. Wprawdzie płynie z nami litewski przewodnik, który poucza i ostrzega, ale co chwila gdzieś niknie i trzeba liczyć wyłącznie na siebie. Dalszy bieg Uły to tereny Dzukijskiego Parku Narodowego. Pod wieczór dobijamy do miejsca biwakowego. Czekają już rozstawione na wysokim brzegu namioty, a także niespodzianka - polowa kuchnia i dwie miłe Litwinki, które zaserwowały specjalnie przygotowane dla nas regionalne litewskie danie w postaci smakowitych kartaczy, zwanych także "cepelinami". Po kolacji okazało się, że organizator przygotował jeszcze jedną niespodziankę - prawdziwą oryginalną litewską saunę. Rozgrzane kamienie polewane wodą, buchająca para, no i skoki do zimnej rzeki. Radości i emocji było co niemiara. Wieczorem, oczywiście, wspólne ognisko i śpiewy do późnych godzin. Popisywaliśmy się swymi talentami i głosami.

Następny dzień wstał piękny, ciepły i pogodny. Po śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Uła w dolnym biegu jest nadal malownicza i choć może nieco spokojniejsza, to jednak ciągle pełna pni, głazów, zwalonych gałęzi. Trzeba bardzo uważać. Zauważyłem, że większość załóg już opanowała technikę pokonywania tych przeszkód i nie dochodzi więcej do żadnych niespodzianek. Przy ujściu do Mereczanki piękne widokowe miejsce na biwak. Spotykamy Litwinów płynących pontonami. Są to wędkarze, którzy płynąc łowią na wędki.

Mereczanka to już zupełnie inna rzeka. Trudno ją porównać do jakiejś rzeki polskiej. Szersza od Czarnej Hańczy co najmniej trzy razy. Szerokością przypomina może Biebrzę, może Narew, ale ma zupełnie inny charakter. W górnym jej biegu jest podobno inna, ale my poznajemy jej ostatni odcinek - od ujścia rzeki Uły, lewego jej dopływu, z której wpływamy na Mereczankę, przez Litwinów nazywaną "Merkys", do ujścia do Niemna. W porównaniu z bystrym prądem Uły Mereczanka płynie wolno, choć jej prąd jest także wartki i wystarczy lekkie wiosłowanie, aby nadal poruszać się dość szybko. Jeszcze trafiają się głazy, nawet pokaźnej wielkości, ale z uwagi na szerokość rzeki omijanie ich nie sprawia specjalnej trudności. Można zatem spokojnie podziwiać przesuwające się po obu brzegach malownicze krajobrazy. Jest na co popatrzeć. Wysokie, zalesione brzegi, rzeka kluczy jakby szukała dogodnych nam miejsc na biwak. Jest ich wiele po obu stronach rzeki. Organizator wybrał już wcześniej pięknie położone miejsce na bardzo wysokim brzegu. Trzeba, niestety, wciągać kajaki na wysoką skarpę. Już na wzniesieniu odwracamy je dnem do góry, bo zbiera się na burzę. Na jednym z biwaków spotykamy grupę studentów, którzy łapali ciekawe okazy motyli. Wieczorem wspólne śpiewanie. Trudno się porozumieć, gdyż młodzi Litwini nie znają zupełnie języka polskiego, no a my nie znamy języka litewskiego. Na szczęście wśród litewskich studentów jest jeden, który mieszka w miejscowości Puńsk zamieszkałej przez polską mniejszość litewską. Śpiewamy polskie piosenki, a Litwini swoje litewskie. Nastąpiła mała rywalizacja. Gdy jednak do tego śpiewania włącza się Krzysztof Daukszewicz ze swą gitarą, młodzi Litwini dają za wygraną, uznając naszą przewagę, i śpiewamy już razem, to znaczy oni próbują włączyć się w nasze melodie. Jest miły, biwakowy nastrój i z uwagi na młodzież - również młodzieńczy.

Kolejny dzień, to już zbliżający się Niemen. Jeszcze go nie widzimy, ale zwiastuje go coraz wolniejszy nurt Mereczanki. Przepływamy pod dużym drogowym mostem, po którym biegnie szosa Grodno - Druskienniki - Wilno. Tereny te przed wojną należały do Polski. Dziś Grodno należy do Republiki Białoruskiej, a Druskienniki i, oczywiście, Wilno do Litwy. Nieliczne stojace na brzegach osoby, słysząc naszą polską mowę, pozdrawiają nas mówiąc Dzień dobry. Odpowiadamy radośnie. Historia wciąż tu żyje. Nawet nasz litewski przewodnik opowiada o jakichś polskich korzeniach swej rodziny i jak powiada Po polsku wszystko rozumiem, ale mówić mi już trudniej. Mówi jednak tak, że my go w większości także rozumiemy. W oddali następny drogowy most i szeroko rozlane wody robiące wrażenie jeziora. To jednak rozlane szeroko, bardzo szeroko, wody modrego Niemna.

Przewodnik jest już na prawym, kamienistym brzegu, niedaleko mostu. Dobijamy, wyciągamy na brzeg kajaki. Na lewo i na prawo szerokie rozlewiska i małe wyspy. Za nami ujście Mereczanki, przed nami - szeroko, bardzo szeroko rozlane wody Niemna. To już zupełnie inna od poprzednich rzeka, inny prąd, inne krajobrazy, inne będzie płynięcie. Biwakujemy niedaleko wzgórza zamkowego. Na szczyt prowadzą wygodne, choć bardzo strome, drewniane schody. Oczywiście wdrapujemy się i, bedąc na szczycie, nie żałujemy trudu. Widok jak z lotu ptaka, a w dole wspaniała, mieniąca się kolorami, szeroka aż po horyzont, panorama Niemna. W tym miejscu rozlewiska rzeki wyglądają jak jeziora. Piękna pogoda. Słońce i błękit nieba sprawiają, iż nieliczne obłoki odbijają się wspaniale w - mieniących się wszystkimi odcieniami błękitu - wodach Niemna. Wszystko na dalszym planie otoczone jest zielono-szarym masywem okalających wodę bujnych lasów. Aż trudno oderwać wzrok. Posiadacze aparatów fotograficznych mają pełne ręce roboty. Kolega Andrzej - zawodowy fotografik z profesjonalnym sprzętem - pstryka nieustannie, utrwalając te rozciągające się w dole piękne widoki. Pełni wrażeń i zauroczeni już pierwszym spojrzeniem na Niemen wpływamy na jego szerokie wody.

"Niemen to rzeka z charakterem" - jak określa ją nasz organizator Tomek. Prąd wody silny, lecz spokojny. Koryto rzeki szerokie, czasami nieco się zwęża, aby ponownie rozlać się szeroko na kolejnym zakolu. Łączymy część kajaków i płyniemy wspólnie niesieni prądem, podziwiając zalesione, często wysokie, oddalone od środkowego nurtu, brzegi. Słońce przypieka, pełny relaks. Jak tu nie zaśpiewać tej znanej chyba każdemu Polakowi pięknej pieśni, która wzruszała mieszkających tu od pokoleń rodaków. Śpiewamy więc za Niemen, za Niemen i po cóż za Niemen. Melodia niesie się nad błękitną taflą wody i niknie gdzieś za ścianą nadbrzeżnego lasu. Wolno, bez pośpiechu dobijamy do prawego brzegu, gdzie czeka już - zaniepokojony naszym długim płynięciem - organizator. Tu ma być nasz ostatni biwak. Niektórzy muszą wracać jutro do domu, więc skracamy trasę i rezygnujemy z dopłynięcia już do niedalekiego Alytus (Olity), gdzie zazwyczaj kończą się spływy po Niemnie.

Wieczorem, po kolacji, pożegnalne ognisko. Urocze śpiewanie Krzysztofa Daukszewicza oraz wspólne wiązanki pieśni legionowych i partyzanckich, które w tym miejscu, gdzie tworzyła się historia w roku 1920 (bitwa niemeńska) i w roku 1944 (Akcja "Burza"), mają szczególną wymowę i wywołują szczególny nastrój. Rano zwijamy obóz, a specjalny samochód zabiera kajaki do Augustowa. Pada lekki deszczyk, co zmniejsza nasz żal rozstania z Niemnem i ze spływem. Wszyscy przyrzekają sobie, że na pewno tu jeszcze wrócą.

Jerzy Korsak
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT