PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 1-2 (18-19)/2005
ISSN 1642-0853

Nie tylko powodzie, także turystyka "po wodzie"

O polskich rzekach najczęściej pisze się, gdy nastąpi kolejna powódź, a czasem, gdy gdzieś zaczną usypiać ryby, bo ktoś zatruł wodę. Zapomina się, iż nie tyle są, co były i znowu mogą być rzeki szlakami komunikacyjnymi zarówno ruchu towarowego, pasażerskiego, turystycznego, jak i sportowego. Wzdłuż tych szlaków od wieków powstawały wielkie miasta i małe osady, porty, brody, mosty i spichlerze, nanizane niczym koraliki na długą nić. Ku tym średniowiecznym "autostradom" wędrowano mniejszymi rzekami i "suchymi" duktami, tworząc zyski "złotego wieku" Rzeczypospolitej - aż do czasów szwedzkiego "potopu". Mało kto wie, że przed 100 laty rozpoczęto inwestycje, dzięki którym statki z Krakowa pływać miały "od morza, do morza", nie tylko Wisłą do Bałtyku, lecz i kanałem do Odry, z niej nie tylko na Bałtyk, ale i na wielki system śródlądowych dróg wodnych, prowadzący do Niemiec i do Francji, na Morze Północne, Atlantyk, Morze Śródziemne. Dzięki zaś planowanym połączeniu Odry z Dunajem w tym samym czasie także aż po Morze Czarne w jedną stronę - i po Szwajcarię w drugą, powstał pod Krakowem kawałek kanału i wybrzeża portowego w samym mieście, dziś bulwary nadwiślańskie. Wszystko przerwała I wojna światowa i upadek monarchii austro-węgierskiej, powstanie nowych państw, granic, kordonów. W efekcie z Krakowa trudno nawet do Gdańska dopłynąć...

Droga wodna między zachodnią a wschodnią Europą

Dziś, gdy granice tracą na znaczeniu, Unia Europejska wraca do wielu starych projektów, w tym do wskrzeszenia drogi wodnej między zachodnią a wschodnią Europą - przez Polskę. W parlamencie europejskim w Brukseli w październiku tego roku odbędzie się konferencja i wystawa na temat europejskich dróg wodnych, z wirtualną podróżą z irlandzkiego Limeric przez Wielką Brytanię, Francję, Benelux, Niemcy, Polskę (od granicy na Odrze przez Poznań, Bydgoszcz, Warszawę, po granicę na Bugu) aż na Ukrainę - do Kijowa. Faktycznie zaś jeszcze dalej - do Morza Czarnego, a z powrotem gigantycznym szlakiem Dunaju.

Zalecenia Unii Europejskiej, aby maksymalnie zastępować transport kolejowy i jeszcze bardziej trujący, niebezpieczny, drogowy - towarowym transportem rzecznym, w tym ładunków wielkogabarytowych, paliw - spowodował już ogromną koniunkturę w płockiej stoczni rzecznej, produkującej między innymi całą serię rzecznych tankowców dla Holandii. Inna stocznia produkuje turystyczne bocznokołowce, w stylu znad Missisipi, dla Niemców. Blisko połowa naszych rybaków nad Bałtykiem przerabia swe kutry na statki pasażerskie. Na Mazurach, nad Odrą, nad Wisłą lokalne samorządy i prywatni armatorzy rozglądają się za tramwajami wodnymi i barkami pasażerskimi.

Szacuje się, iż w całej Europie jest około miliona jachtów, łodzi motorowych i innych jednostek o przeznaczeniu sportowym lub turystycznym, nie licząc takiej "drobnicy", jak kajaki czy sprzęt do windsurfingu. W efekcie na wodach i w przystaniach Szwecji miejscowi i zagraniczni wodniacy zostawiają ponad 800 mln euro rocznie. Jednocześnie wielu wodniaków "starej" Europy przyznaje się, iż najdalej na wschód dopłynęło do Berlina, kilkadziesiąt kilometrów od Polski. Pytają też, czy obok Mazur, najbardziej wypromowanych, są jakieś inne akweny w Polsce, czy i jak da się dopłynąć przez Polskę na Mazury. Poszukują map i przewodników w zrozumiałych dla nich językach.

Jednakże firma Baltic Gataway nie miała żadnych problemów, by znaleźć chętnych zagranicznych turystów na drogie, luksusowe rejsy statkiem pasażerskim "Chopin" z Gdańska do Warszawy, ze zwiedzaniem po drodze choćby takich turystycznych klejnotów, jak Toruń czy Płock. Tyle, że wiosną stan Wisły pozwolił na dwa tylko rejsy, następne trzeba było odwołać. Podobne statki pasażerskie docierają do Wrocławia nawet ze Szwajcarii. Jednocześnie obecne lato znane jest ze skarg gestorów turystyki nad Bałtykiem i na Mazurach, iż powstał spisek biur podróży sprzedających wyjazdy do ciepłych krajów wspólny z autorami prognoz pogody, by informacjami o deszczu, o chłodzie i o chmurach zniechęcać do wypoczynku nad polskimi wodami. To lato również znane jest z "zabaw" na Zalewie Wiślanym, gdy Rosjanie co parę dni zgadzają się na żeglugę polską po ich stronie lub nie. Problem w tym, iż część wolnocłowych "pijanych statków" z Zalewu Szczecińskiego tu próbuje się przenieść, na nowe granice Unii Europejskiej, pozwalające na Duty Free i chyba Kaliningrad też chce na tym zarobić.

Sąsiedzi mają też alibi - stara umowa dopuszczała pływanie po wspólnym akwenie jednostek polskich i rosyjskich, a teraz nawet wiele polskich statków ma zagranicznych armatorów. Pojawiają się także turyści z Europy na swych jachtach. Ponadto zaczęła obowiązywać "zasada wzajemności" - wy nam wprowadziliście wizy, my też mamy do tego prawo. Gdy organizator dużego rejsu, który miał dotrzeć do Królewca, żalił się, iż zażądano od niego, by przy staraniu się o wizy przedstawił imienne zaproszenia dla każdego żeglarza i zaświadczenia, iż żaden nie jest chory na AIDS, kibic rozmowy skomentował to: albo rybka, albo akwarium, albo przyjaciółka przysyłająca zaproszenie, albo zaświadczenie o braku AIDS...

M/s Poland

Do portu Unii Europejskiej pierwszego maja 2004 r. wpłynął m/s Poland z zaproszeniami, biletami na wspólne rejsy po niemal nieznanych dotąd wodach. Niektórym Europejczykom jest już znany, gdyż dotąd pływał niedaleko tamtejszych wód terytorialnych, ale dostęp na jego pokład był utrudniony.

Dziwny to statek, tysiącletni, mający za sobą dni chwały, gdy zachwycał bogactwem i budził postrach wśród piratów - ale i osiadał na mieliźnie, a mieszkańcy okolicznych wysp robili z nim i załogą co chcieli, próbowali nawet "pociąć na żyletki". Od kilkudziesięciu lat znowu pływa, choć omal nie zatonął na Rafie Hitler, tracąc znowu wiele ożaglowania i członków załogi. Potem krążył niczym Latający Holender po stalinowskim trójkącie bermudzkim, stopniowo jednak wypływając na prostą i dziś witany jest w wielkich portach.

Kusi więc, ale i budzi obawy. Jedni opowiadają o wspaniałym, unikatowym już wystroju, inni widzieli już część wyremontowanych pokładów i kajut, chwalą też kuchnię pokładową. Nie wszyscy mają zaufanie do załogi i kadry oficerskiej - ciągle kłótnie, co jakiś czas a to jeden chce płynąć do Japonii, inny woła, że trzeba odkryć Amerykę. Ten i ów Europejczyk ze zgrozą opowiada, iż nie tylko wśród majtków zdarzają się kieszonkowcy, ale i niektórzy oficerowie domagają się napiwków nawet za to, by papier toaletowy był w ubikacji. Chodzą plotki, iż "pierwszy po Bogu" mniej czasu poświęca na dowodzenie, więcej na "kapitańskie bale" dla najbogatszych i najsłynniejszych pasażerów. Ponoć myśli też o tym, czy po zakończeniu kontraktu nie osiąść na stałe w jednym z portów świata, licząc na jakiś awans, nawet jeśli już nie będzie związany z żeglowaniem.

Jednak coraz więcej jest chętnych, aby samemu przekonać się, jak wyglądają rejsy na tym statku. Z różnych powodów: jednych kuszą tanie bilety w klasie turystycznej, inni zaś chcą sprawdzić, czy naprawdę w pierwszej klasie są już apartamenty nie gorsze niż na Queen Elizabeth II. Koneserzy wspominają, iż po oczyszczeniu starych wodociągów zwykła woda z kranu ma wspaniały smak. Tylko tych kranów żeby było więcej...

Trwa ciągle remont, modernizacje, podejmowane są starania, by jak najwięcej Europejczyków, w tym oczywiście Polaków, pływało na tym statku. Z marketingiem i sprzedażą bywają kłopoty - większość folderów, biletów, instrukcji pokładowych i kart menu jest w tubylczym tylko języku, jedynym - niestety - znanym przez większość załogi. W niektórych portach zagranicznym agentom nie zależy na sprzedaży albo nakładają marże powodujące, iż podróż staje się droższa niż na bardziej znanych, nowszych statkach innych armatorów. W dodatku, przy tak zróżnicowanym standardzie, przy trudnym dostępie na część pokładów, brak jest jednego biura sprzedaży, każdy steward na własną rękę oferuje klientom swoje kabiny, osobno zaś trzeba dogadać się w sprawie wyżywienia, korzystać z podpowiedzi bywalców, by trafić w najciekawsze miejsca, na jakąś marynarską zabawę, chrzest Neptuna czy pokaz, jak wyglądało przeciąganie pod kilem.

M/s Poland uruchomił więc stałe rejsy do Portu UE, stopniowo zdobywa nowych pasażerów, wykupujących nawet abonamenty. Zarówno wśród szeregowej załogi, jak i średniej kadry oficerskiej coraz więcej jest też zwolenników, aby przygotować wspólny program działania zarówno w sprawach dalszych modernizacji, jak i lepszej promocji.

Po pierwsze, mówią, co z tego, że wiele kabin jest już przyzwoitych, niektóre nawet luksusowe, jeśli trudno dojść do nich przez zarwane trapy, dziurawe pokłady. Musi być sprawna komunikacja po całym statku, tym bardziej iż mało który pasażer cały rejs chce spędzić nie opuszczając jednej tylko, nawet niezłej kabiny.

Po drugie, goście będą mieli większą satysfakcję, a właściciel statku i cała załoga lepsze zarobki, gdy sprzedawać się będzie także bilety na cały rejs, z pełnym wyżywieniem, z programem rozrywkowym i rekreacyjnym, all inclusive, zamiast każdy dzień i każda usługa osobno, z licytowaniem się sprzedawców, iż sąsiednia kabina, menu na następny dzień nic nie warte, że szkoda czasu na zwiedzanie całego statku. Potrzebna także specjalna promocja najciekawszych wydarzeń na statku, rejsów dla młodzieży, najsłynniejszych żeglarzy, dla laików z lądu, którzy śledzia znają tylko marynowanego, a rekina - biznesowego, dla nudzących się emerytów. Dla dziennikarzy, dla filmowców poszukujących nowych scenografii.

Oznacza to także, że trzeba przygotować foldery z programami całych rejsów, opisami całego statku, cennikami dla każdej z klas - skorzystać przy tym z pomocy wilków morskich, którzy na niejednym statku pływali, ale i specjalistów mających sukcesy w sprzedaży każdego produktu, od mydła do powidła. Oczywiście i tłumaczy, by materiały te były maksymalnie dostępne. Zarówno w głównych językach portu Unii Europejskiej, jak i innych portów, jeśli z nich byliby goście. Bo, na przykład, razem z naszym statkiem do tego samego portu dopłynęło kilka innych, ze swoimi programami, załogami, pasażerami - to nie tylko konkurencja, niektórzy z nich mogą pojawić się i na naszym pokładzie. Są też inne porty - z jednego wielkiego, nieodległego, pojawiali się wcześniej tylko biedni majtkowie, piechota morska i oficerowie rozrywkowi, teraz są tam potężni armatorzy, bogaci turyści, szastający pieniędzmi po wszystkich portach świata, głodni ich poznania.

Przystań UE jest zaś atrakcyjna, wprawdzie surowo przestrzega przepisów bezpieczeństwa, ale w ten sposób gwarantuje wszystkim pasażerom niezbędne minimum komfortu na każdym statku mogącym tu zawijać, pobiera opłaty portowe, ale na wspólny fundusz promocyjno-rozwojowy, mający poprawiać jakość obsługi na wszystkich statkach, z preferencjami dla nowych, ale takich, które "chcą chcieć" podnieść standard. Niezależnie od wielu potencjalnych pasażerów z tego portu, statki dysponujące jego certyfikatem łatwiej zyskują pasażerów z innych kontynentów.

Obyśmy tylko nie ograniczyli się do satysfakcji z prawa używania obok własnej bandery flagi tego nowego portu, bo konkurencja między armatorami wcale nie znikła teraz, będzie nawet trudniejsza. Ponadto u części załogi pojawiły się nastroje, że skoro kapitanat portu pomaga statkom, to m/s Poland po swej długiej podróży, za zasługi dla innych statków, powinien być teraz w całości wyremontowany, wyposażony i prowiantowany na koszt portu, który także powinien wypłacać obowiązkowe premie całej załodze, niezależnie od efektów pracy, znaleźć komplet pasażerów i - zapłacić za bilety.

Rozsądni jednak mówią, że dobry Pan Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie, więc nie można więcej niż od Boga wymagać od Portu UE. Jest to szansa na sukces, nie zaś skazanie na sukces.

Polskie szlaki wodne

Stary Ezop może rozczarowany byłby dosłownością tej bajeczki, lekko tylko kamuflującej potoczne opinie polskich i zagranicznych wodniaków, animatorów turystyki i innych osób "krajowych i zagranicznych" na temat Polski.

Można jednak stwierdzić, iż:

  1. Miejsca na uprawianie turystyki wodnej i takichże sportów są we wszystkich województwach Polski, natomiast góry oferujemy tylko w granicznym pasie południowym - Góry Świętokrzyskie. Wspinaczkę mimo wszystko trudno uprawiać w Szwajcarii (Kaszubskiej) i w Górkach (Wschodnich, Zachodnich - na obrzeżach Gdańska). Jak liczne są oferty na rejsy pasażerskie i jachtowe (pod żaglami i nad motorami), regaty, spływy kajakowe, windsurfing, ślizgi zimowe po jeziorach i rzekach, ekstremalne wyprawy pontonami, canoe, nurkowanie pod wodą i pod ziemią, pokonywanie górskich i nizinnych strumieni, jezior każdą znaną i nieznaną techniką? Od starodawnych łodzi Wikingów i Galindów, tratw flisackich po wodoloty i pływające hotele pięciogwiazdkowe. Albo "pływanie na byle czym".
  2. Dla reszty Europy nasze akweny są nowością, nie tak skanalizowane, jak choćby Ren, wyglądające tak naturalnie, jak Puszcza Białowieska (choć w większości uregulowane bez szkody dla przyrody, w mniejszości przystosowane do serio żeglugi, nawet tylko turystycznej), z unikatowym ptactwem, roślinami, bobrami plączącymi się nawet po warszawskich przystaniach. Czarny bocian zaś jest dziś w Europie chyba równie rzadko spotykany, jak flisak. A tylko tu w Europie znaleźć można wieś, gdzie mieszka więcej bocianów niż ludzi.
  3. Możemy cierpieć na "zawrót głowy od dobrobytu" - rzekami, kanałami, jeziorami, polskim morzem, gospodarką, sportem, rekreacją i turystyką nad nimi zajmuje się kilka resortów, w tym infrastruktury, gospodarki, środowiska, rolnictwa. Kilka urzędów i instytucji centralnych, w tym Zarządy Dróg Wodnych, Polska Organizacja Turystyczna. Wiele organizacji, w tym Polski Związek Żeglarski, świętujący w tym roku jubileusz osiemdziesięciolecia, wskrzeszona Liga Morska i Rzeczna (już od dawna, a naprawdę nigdy, Kolonialna), Związek Miast Nadwiślańskich, Stowarzyszenie Miast i Gmin Nadodrzańskich, podobne organizacje nad innymi wodami, akcja "Porozumienie dla Mazur" itd., itp. Setki gestorów przystani, marin, nadwodnych hotelików, armatorzy i firmy czarterujące, wypożyczające wszystko niemal co pływa - od statków pasażerskich po kajaki i rowery wodne. Sport i turystykę wodną rozwijają, wspierają też inni - w tym harcerze, Liga Obrony Kraju, Akademicki Związek Sportowy.
  4. Może to oznaczać totalną niespójność działań albo szanse na utworzenie szerokiego, wspólnego frontu na rzecz polskich szlaków wodnych. Zresztą, z powyższego wyliczenia widać, iż procesy integracyjne postępują. Sądzę, iż nadchodzi pora na opracowanie kompleksowego raportu na temat stanu i perspektyw polskich wód jako oferty dla turystów. Może też zwołania krajowego forum turystyki wodnej. Koniecznie - powołania jakiegoś biura, ośrodka informacji i promocji zarówno o ofertach wspólnych, jak i indywidualnych działaniach na naszych wodach, nie tylko rejsach i spływach, ale i wydawnictwach (przewodnikach, mapach, albumach), portalach internetowych, ofertach portów, marin i innych przystani, armatorach statków pasażerskich, firmach czarterujących i produkujących łodzie, koncertach, festiwalach itd. - o wszystkim, co przyciągnie nad wody polskich i zagranicznych wodniaków.

W mojej, subiektywnej zapewne opinii, w realizacji spójnego programu rozwoju Odra wyprzedza nie tylko Wisłę, ale i Mazury. Cóż, już w przeszłości była to zagospodarowana pod każdym względem droga wodna, zarówno dla ruchu towarowego, jak i turystycznego. W samym Wrocławiu w okresie międzywojennym było ponad 70 przystani i klubów żeglarskich i wioślarskich, za 2 lata planowana jest powtórka (w strojach z epoki) pierwszych międzynarodowych regat wioślarskich zorganizowanych 125 lat temu - właśnie tu. Za rok zaś odbędzie się X Flis Odrzański. Akcja, którą można uznać za unikatową, gdyż nie sprowadza się tylko do spływu Odrą tratw, statków pasażerskich, żaglówek, motorówek, kajaków zaprocentowała opracowaniem programu rozbudowy łańcucha nadodrzańskich przystani, w dodatku realizowanego - o czym świadczą między innymi osiągnięcia Nowej Soli czy Krosna Odrzańskiego, inwestycje Wrocławia czy Głogowa. Co sympatyczne - sąsiedzi z niemieckiej strony Odry zamiast traktować nasz brzeg za konkurencję, bezpłatnie udostępnili dokumentację wzorcowych przystani. Choć obiektywnie stwierdzić należy, iż nadal lepiej mają zagospodarowaną swoją stronę - my zaś większą fantazję (i skuteczność) w działaniach promocyjnych. Ukazała się cała seria wydawnictw o Odrze, od jej czeskich źródeł po ujście, pokazujących szlak wodny, zamki, pałace i dwory nadodrzańskie, przyrodę. W dodatku nie tylko w języku niemieckim o naszej stronie Odry, lecz i w języku polskim o niemieckiej stronie. Odbywają się cyklicznie konferencje naukowe, w ramach Stowarzyszenia Miast i Gmin Nadodrzańskich albo z jego inspiracji powstają raporty naukowe i bussines study. Deklaracje o współpracy sygnują marszałkowie polskich, nadodrzańskich województw i podpisywane są umowy transgraniczne. Szczecin zaprasza wrocławski holownik-parostatek na przyszłą operację Sail - po raz pierwszy z udziałem nie tylko żaglowców, lecz i parowych statków. Nie tak dawno, słuchając prezydenta miasta Słubice i nadburmistrza miasta Frankfurt pomyślałem, iż łatwiej oni znajdują wspólny język niż polsko-polscy sąsiedzi na Wiśle...

Nad Wisłą jest trudniej. Zabory przerwały jej istnienie jako jednej rzeki, nawet do dziś widać na niej tego ślady - w zaborze rosyjskim oznaczenia nurtu ustawiane były w rzece, w zaborach austriackim i w pruskim na brzegach. Trwa to nadal, jakby jedna stolica Wisły była w Krakowie, druga w Warszawie, trzecia w Gdańsku, oddzielone kordonami. Nadal żegluga możliwa jest z osobna - w górnej Wiśle, w okolicach Krakowa, w środkowej, fatalnie, choćby między Warszawą a Włocławkiem i w dolnej, znowu nieźle zagospodarowanej, z odejściami Kanałem Bydgoskim na Wartę, Odrę, Zalew Wiślany. Trzy królewskie miasta - Kraków, Warszawa i Gdańsk - bardziej konkurują ze sobą niż współpracują. Przy okazji gubią się takie miejsca, jak choćby: Sandomierz, Kazimierz Dolny, Płock, Grudziądz...

Na Mazurach, podobnie jak na polskim wybrzeżu Bałtyku, także trwa konkurencja - która z miejscowości może ubiegać się o tytuł letniej lub żeglarskiej stolicy Polski. Pierwsza połowa tegorocznego lata była na Mazurach klęską ofert turystycznych średniej klasy - choć nieźle prosperowały nawet przy złej pogodzie kwatery agroturystyczne i hotele wyższych klas. Po prostu, na obu biegunach cenowych zapewniano usługi adekwatne do cen. W grupie średniej wyraźny był jednak niedosyt - "w czasie deszczu dzieci się nudzą". I nie tylko dzieci. Jeśli oferta cenowa tunezyjskiej Dżerby lub egipskiej Hurghady była niewiele droższa, pogoda gwarantowana, atrakcje do wyboru, to łatwiej szejków arabskich namówić na deszczowe wczasy w Polsce, wśród zieleni lasów i błękitów wód (bo to dla nich atrakcja) niż Polaków przekonać, iż "dobre, bo polskie" - niezależnie od pogody i jakości całej oferty.

W tym roku zorganizowana została akcja "Powitania Unii Europejskiej na polskich wodach". Obok Polskiego Związku Żeglarskiego i Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego zaangażowały się też inne organizacje, zarówno ogólnokrajowe, jak i regionalne, lokalne oraz kluby wodniackie, zrzeszające żeglarzy, motorowodniaków, kajakarzy. Władze województw, miast, powiatów i gmin. Armatorzy, gestorzy przystani, firmy zajmujące się wypożyczaniem sprzętu pływającego. Organizatorzy imprez, znanych od lat i pomysłodawcy nowych rejsów, spływów w miejscach niemal nieznanych. Wielu z nich pomógł, zmobilizował patronat prezydenta RP nad całą operacją - w efekcie od początku kwietnia do końca września organizowanych było kilkadziesiąt rejsów i spływów we wszystkich województwach Polski - i przez jej granice. W dzień oficjalnego wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, 1 maja bieżącego roku, granicę na Odrze pokonywał spływ kajakowy Poznań-Berlin, a granice na Kanale Augustowskim - spływ do stolic Litwy i Białorusi. Inne spotkania odbywały się w Mikołajkach, na pomorskiej rzece Osie, na jeziorze Pogoria, z którego brzegu widać Hutę Katowice. Łączna długość tych rejsów i spływów to prawie połowa obwodu równika, razem ponad 2 lata pływania.

Czasem uczestniczyło w nich tylko kilka jachtów, czasem setki wodniaków z różnych stron Europy - poza Polską - z Niemiec, z Czech, ze Słowacji, z Białorusi, z Ukrainy, z Litwy, z Rosji, czyli z wszystkich naszych sąsiadów, a także z Austrii, z Francji, z Norwegii, z Walii i z innych krajów.

Coraz bardziej uprawnione staje się więc oferowanie Polski "po wodzie", a nie tylko narzekanie na polskie powodzie.

Mirosław Czerny
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT