PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 1-2 (18-19)/2005
ISSN 1642-0853

Straszy na Chochołowskiej

W czasie czternastoletniego pobytu w schronisku na Polanie Chochołowskiej Wicek Cieślewicz spotkał się z wieloma dziwnymi i mało wytłumaczalnymi historiami. Spotykał się też oko w oko z niedźwiedziami. Poniżej zamieszczamy opowieści Wicka o tym, co zdarzało się w Dolinie Chochołowskiej.


W historii Doliny Chochołowskiej zdarzały się różne dziwne, nadprzyrodzone zjawiska, takie jak "biała pani", która kiedyś pojawiała się w schronisku, dezerter biegający w rejonie Jarząbczej czy dziad przysiadający na mostku w przy Siwej Polanie.

Schroniskowa "biała pani"

Schronisko, które obecnie stoi na Polanie Chochołowskiej wybudowane jest na miejscu przedwojennego schroniska Warszawskiego Klubu Narciarskiego. Kiedy zaczęliśmy tutaj pracować w roku 1974 - pracownice wspominały, że co jakiś czas widują "białą panią", przy czym ma ona jakiś taki dziwny wygląd. Po rozmowach z osobami, które ją widziały, doszliśmy do wniosku, że może to być "wspomnienie" dziewczyny.

W roku 1938 na zabawie sylwestrowej zorganizowanej przez Warszawski Klub Narciarski była tu dziewczyna. Na sylwestra przyjeżdżało zazwyczaj międzynarodowe towarzystwo, a wtedy była tu grupa związana z ambasadą niemiecką. Opiekował się nimi jakiś rotmistrz kawaler, który przyjechał ze swoją narzeczoną. Mieli oni brać ślub w karnawale 1939 r. Ale tutaj w schronisku dziewczyna stwierdziła, że jej partner za bardzo zajmuje się paniami z tej grupy. Zrobiła mu awanturę - krzyczała, że dla niego głowę straciła. Zarzuciła tylko szal na głowę i w sukni balowej wybiegła ze schroniska. Góral z Witowa odwiózł ją saniami do Zakopanego. Wsiadła do pociągu i pojechała do Warszawy. Zaręczyny zostały zerwane. Kiedy w roku 1939 były narzeczony poszedł na wojnę, napisał do niej list zapewniając, że ją kocha. Niestety z wojny nie wrócił. Dziewczyna natomiast w latach powojennych - kiedy stały jeszcze ruiny dawnego schroniska - przychodziła na to miejsce i wspominała to ostatnie spotkanie. Opowiadała różne dziwne rzeczy, które wskazywały nawet na chorobę psychiczną.

Pewnego razu już nie przyszła. Wkrótce potem na Chochołowskiej zaczęła się pojawiać "biała pani". To były jeszcze czasy, kiedy pomieszczenia obecnego schroniska oświetlano świeczkami lub lampami naftowymi. Duch "białej pani" miał zaś dobre warunki do pokazywania się tutaj. Przez te ostatnie siedem lat naszego pobytu nikt w schronisku nie widział już "białej pani".

Dezerter z Jarząbczej

W pewną czerwcową noc, przy pełni księżyca w 1975 r. przyszli do mnie turyści informując, że konieczna jest pomoc medyczna. Widzieli oni pokrwawionego człowieka w góralskim stroju, który biegł przez Jarząbczą Polanę i krzyczał.

W tym czasie pracowała u nas gaździnka z Witowa - pani Aniela Szczechowicz, mająca wówczas około siedemdziesięciu lat. Powiedziała wtedy - Kierowniku, nie zawracajcie sobie głowy, bo dyć to dyzerter. Nie zrozumiałem o co chodzi. W każdym razie wziąłem apteczkę z dyżurki ratowniczej i poszedłem z psem szukać rannego. Obeszliśmy z kolegami cały teren i nie widzieliśmy żadnych śladów. Pies również nie reagował. Właściwie nic nie było wiadomo. Turyści upierali się, że na pewno widzieli tego człowieka i słyszeli jak krzyczał. Był ubrany w góralskie portki i białą pokrwawioną koszulę. Sądziłem, że może to jakieś góralskie porachunki lub sprawy przemytnicze. Pani Aniela zaś, która czekała na nas, skomentowała - Widzicie kierowniku, dobrze mówiłam, że to dyzerter.

Okazało się, że wśród miejscowych górali znana jest historia z dezerterem i to potwierdzona historycznie. Krzyż, który stoi na początku Wyżniej Polany Jarząbczej jest powszechnie zwany krzyżem dezertera. W tym właśnie miejscu zakończył życie młody chłopak z Cichego, który w czasie pierwszej wojny światowej uciekł z wojska i ukrywał się u baców na Wyżniej Polanie Jarząbczej, a powyżej Jarząbczych Rówienek. Szukający go żandarmi wykorzystali moment, kiedy jego matka poszła zanieść mu koszulę na zmianę i jakąś spyrkę do jedzenia. Gdy w księżycową noc odprowadzał matkę na dół, żandarmi zaczajeni na skraju polany postrzelili go, a on uciekał krzycząc. Padł kolejny strzał i kilkadziesiąt metrów dalej chłopak zmarł. Na pamiątkę tego wydarzenia został postawiony krzyż. Ja nie widziałem tego dezertera, ale ci turyści byli przekonani, że go widzieli.

Dziad z Siwej Polany

W latach siedemdziesiątych namówiliśmy dziewczyny, które u nas pracowały i były bez żadnego zawodu, aby chodziły na kursy w Zakopanem - kelnerskie czy kucharskie i zdobyły jakiś zawód. Zdarzało się, że wracały pieszo, bo nie było takich możliwości transportowych jak teraz. Jedna z tych dziewczyn twierdziła, że jak idzie, to zawsze na Siwej Polanie - blisko miejsca, gdzie jesienią roku 1939 zostali rozstrzelani mieszkańcy Zakopanego - na barierce mostku siedzi jakiś dziad. Myśmy się podśmiewali z tego. Jednak jadąc kiedyś wieczorem samochodem, zabrałem dziewczyny. Padał wtedy śnieg. W pewnym momencie mówią: - Patrzcie kierowniku, siedzi. Rzeczywiście widziałem postać siedzącą na barierze, przy czym na mostku był kilkucentymetrowy śnieg. Później śnieg już nie padał. Na drugi dzień rano zjechałem samochodem na dół, ale na barierce nie było żadnego śladu po tym człowieku. Coś jednak w tym jest.

Bliskie spotkania z niedźwiedziem i nie tylko...

Podczas mojej "gazdówki" na Chochołowskiej niedźwiedź po raz pierwszy pojawił się przy schronisku w październiku 1980 r. Akurat pamiętam, bo pojechaliśmy z Babą do Francji na winobranie. W schronisku zastępował nas nasz poprzednik. Wtedy to niedźwiedzie przyszły do schroniskowego śmietnika. Przywędrowały z terenu Słowacji. Potem już nie było roku, żeby te sympatyczne zwierzaki nie zaglądały do schroniska.

Trzeba było wprowadzić ostry reżim: nie zostawiać garnków ze zlewkami na zewnątrz schroniska, bo zapach tych odpadków je przyciągał. Zlewki zazwyczaj zabierali bacowie dla swoich zwierząt, a czasami nasz kierowca wywoził do gospodarstw.

Pamiętam, były takie lata, w których praktycznie niedźwiedzi nie było widać. Zresztą niedźwiedzia zobaczyć jest niezwykle trudno. To dlatego, że normalny niedźwiedź - to znaczy taki, który nie zetknął się z człowiekiem - omija ludzi, bo mu po prostu śmierdzą cywilizacją, kulturą, dezodorantem czy mydłem. Natomiast niedźwiedź, który zasmakuje jakiegoś jedzenia związanego z człowiekiem może być trudnym sąsiadem. Pamiętam jak kiedyś w maju obudziły mnie dość głośne ryki. Okazało się, że w rejonie naszego schroniska przebywa co najmniej pięć niedźwiedzi, które porykując ustalają sobie swoje terytorium. Wygrała wówczas potężna niedźwiedzica z trójką małych. Niestety, później w sierpniu została skłusowana w okolicy Mietłówki - zawiesiła się na "oku" zastawionym na jelenia. Prawdopodobnie był to przypadek.

Bliskie spotkanie z niedźwiedziem miałem w czerwcu 1981 r. To było około godziny pierwszej w nocy. Podjechałem "maluchem" do schroniska. Otworzyłem garaż, wjechałem do niego i kiedy zamykałem drzwi zobaczyłem idącego od strony śmietnika niedźwiedzia. Usłyszałem głębokie ryknięcie. Przeszedł dosłownie 3-4 metry ode mnie. Później okazało się, że była to niedźwiedzica. Podeszła do samochodu, którym kierowca wywoził zlewki i wsadziła do niego nos. Nic tam ciekawego dla niej jednak nie było. Weszła więc sobie dosyć wysoko na murek i szła jakby to była ścieżka w lesie. Dała mi sygnał, że idzie swoją drogą i w ogóle się mną nie interesowała.

Nasz kierowca mi opowiadał, że któregoś roku zostawił w tym samochodzie trzydziestolitrowy garnek ze zlewkami. Niedźwiedzica weszła i, jak to Władek powiedział, spucyła trzydzieści litrów zlewek.

Kiedyś wbiegły przed schronisko trzy bawiące się niedźwiadki, a za nimi zdenerwowana matka. Było to około godziny 21.00. Ja akurat wychodziłem z kuchni i niechcący kopnąłem kawałek węgla, który potoczył się w kierunku tych maluchów. Niedźwiadek zaskomlał, a matka, bojąc się jakiegoś zagrożenia, wystartowała w moją stronę. Zgodnie ze zwyczajem niedźwiedzi, taki skok ma za zadanie odstraszyć potencjalnego przeciwnika. Ja, oczywiście, natychmiast się wycofałem. I w tym momencie uświadomiłem sobie, że te wszystkie opowieści mówiące o tym, że przed niedźwiedziem należy uciekać w dół, bo zwierzę ma ciężką głowę i stoczy się na dół - są nieprawdziwe. Niedźwiedź jest szybki jak błyskawica, a człowiek nie miałby żadnej szansy, gdyby rzeczywiście został zaatakowany.

Te oba spotkania potwierdzają teorię, że człowiek nie jest dla niedźwiedzia czymś interesującym. Toleruje go na swoim terenie, czasem odpędzi. Oczywiście, nie należy szukać sposobności do takich spotkań - szczególnie wtedy, gdy niedźwiedzica jest z małymi - bo może opacznie zrozumieć intencje człowieka.

Podobna sytuacja jest z lisami. Lis przyzwyczajony do tego, że ludzie mu rzucają jedzenie jest bardziej narażony na różne niebezpieczeństwa. U nas w Chochołowskiej też był taki oswojony lis przez jednego z pracowników.

Na przestrzeni lat zmienia się liczba zwierząt żyjących w okolicy. Do niedawna, jeszcze wiosną, wtedy kiedy zaczynały kwitnąć krokusy i wychodziły spod śniegu, na Polanę przychodził najpierw koziołek, a za nim kilka saren. Od kilku już lat ich nie ma. Zaprzyjaźnieni leśnicy twierdzą, że jest to za sprawą wilków, które przywędrowały do naszej doliny. Bardzo aktywnie działają, chociaż ja ich nie widziałem. Natomiast koledzy spotykali wilka wczesnym rankiem w rejonie Wielkich Korycisk, a ślady widzieli nawet na Ornaku. To by świadczyło, że wilki chodzą dość wysoko. Nie wiadomo, czy zmniejszenie liczby kozic nie jest związane z obecnością tych drapieżników.

Mieliśmy także bardzo sympatyczne towarzystwo; przychodził wspaniały jeleń z pięknym porożem. Kiedy wiosną wychodziły młode trawy, a turystów było niewielu pasał się nawet na tarasie. Szczególnie upodobał sobie smakowitą trawę na terenie oczyszczalni ścieków i tam często chodził. No, ale niestety został zastrzelony w ramach selekcyjnego odstrzału przez jakiegoś myśliwego z Austrii. Szkoda!

Zanotowała Jolanta Flach
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT