PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 1-2 (18-19)/2005
ISSN 1642-0853

W ciągłym kieracie

- Mamy czternaście lat przepracowanych w schronisku, czternaście sylwestrów, czternaście Wigilii i czternaście Wielkich Nocy - opowiadają Alicja i Wincenty Cieślewiczowie, którzy część swojego życia związali ze schroniskiem na Polanie Chochołowskiej. Skupili wokół siebie wielu przyjaciół, stworzyli wokół schroniska niepowtarzalną atmosferę.


W czerwcu tego roku mija 31 lat od czasu, gdy Ala i Wicek Cieślewiczowie opuścili Kraków i z dwoma plecakami udali się na Turbacz do pracy. W ten sposób zaczęła się ich ciągła przygoda z górami. - Turbacz to bardzo krótki epizod naszego działania - wspominają. - Myśmy na Turbacz przyszli w czerwcu 1974 roku, a już od listopada byliśmy na Chochołowskiej - dodają.

Z Tatr na Orawę

Pracując na Turbaczu Cieślewiczowie otrzymali trzy propozycje do wyboru - objąć kierownictwo domu wczasowego w Pieninach, wziąć w ajencję schronisko w Roztoce, ewentualnie "gazdówka" w schronisku na Polanie Chochołowskiej. Wybrali Tatry Zachodnie i pełną krokusów na wiosnę Polanę Chochołowską. Spędzili tam 7 lat. Potem przez krótki okres, bo tylko jeden rok i sześć niedziel - jak mówi Wicek - prowadzili Ośrodek Wczasowy "Stomilu" na Krzeptówkach. W roku 1982 przenieśli się na pobliską Orawę, gdzie do listopada 1989 r. w Orawce prowadzili Ośrodek Wypoczynkowy "Pod Grapą". - Wspomnienia z Orawki są dla nas bardzo sympatyczne z dwóch powodów - opowiadają. - Z jednej strony było to spotkanie i codzienna praca z Orawiakami. Nigdy nie pracowaliśmy z tak wspaniałymi, pracowitymi i sumiennymi ludźmi jak na Orawie. Z drugiej - był cały cykl spotkań prowadzonych z osobami z terenu Orawy, jak i z sympatykami tego regionu z Kręgu Przyjaciół Orawy z Gliwic, z ludźmi związanymi z Ośrodkiem Kultury Turystyki Górskiej na Markowych Szczawinach, z muzeum w Zubrzycy Górnej czy z pracownikami naukowymi z Krakowa i z Warszawy. Przez te lata zmieniło się moje spojrzenie na sprawy tego terenu, sprawy polskości i słowackości. Zrozumiałem, że nie jest to takie proste. Jest tam mnóstwo problemów związanych ze skomplikowaną historią. Dopóki nie zamieszkałem na Orawie, to wydawało mi się, że znam ten region. Teraz po tylu latach można powiedzieć, że wtedy dopiero zacząłem się uczyć tych spraw. Poznałem wielu ciekawych ludzi. W tym okresie -, kiedy ośrodek był kierowany przeze mnie i moją Babę - rozpoczynano tam różne prace, działania, inicjatywy, odbywały się spotkania Towarzystwa Przyjaciół Orawy. Wydaje mi się, że wykluło się tam szereg interesujących pomysłów. I to jest miłe - mówią z sentymentem.

Powrót pod Grzesia

W listopadzie 1989 r. Cieślewiczowie wrócili do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Mimo bycia w ciągłym "kieracie" i, mimo wszystko, monotonnej pracy wynieśli z tego miejsca wiele miłych i niezapomnianych wspomnień. - Weszliśmy tutaj po raz drugi mocnym uderzeniem - opowiada Wicek. - W czwartek, 1 listopada, rozpoczęliśmy pracę, a już w niedzielę było uroczyste odsłonięcie tablicy pamiątkowej poświęconej spotkaniu Ojca Świętego z Lechem Wałęsą. Była to potężna manifestacja, przyszło mnóstwo ludzi z okolicznych wiosek. Mszę świętą w podcieniach schroniska odprawiał ksiądz Bronisław Fidelus, kanclerz krakowskiej kurii biskupiej, w koncelebrze z księżmi z okolicznych parafii - wspomina.

W czerwcu mija 31 lat od kiedy Ala i Wicek Cieślewiczowie zaczęli pracować w schronisku na Polanie Chochołowskiej. Łącznie ze swoim pierwszym pobytem "gazdowali" tam przez czternaście lat. - Mamy czternaście lat przepracowanych w schronisku, czternaście sylwestrów, czternaście Wigilii i czternaście Wielkich Nocy - mówią z żalem. - Odchodząc stąd mieliśmy taki mały problem. Nasz dwunastoletni wtedy wnuk zadał nam pytanie: "To gdzie my w tym roku będziemy siadali do Wigilii?". Trudno mu było wytłumaczyć, że będzie to normalna rodzinna Wigilia w domu. Ale dla niego "normalnie" to nie jest w domu. Uświadomiliśmy sobie wówczas, że to dziecko spędzało z nami święta w Orawce, gdzie do wspólnej kolacji lub śniadania siadało kilkadziesiąt osób. Tu w schronisku zawsze przy takiej okazji było około trzydziestu osób - nasza rodzina, pracownicy i zaprzyjaźnieni turyści. Te pierwsze Wigilie były takie, że człowiek musiał się przyzwyczaić do tego, że nie siada w gronie najbliższych. Były one wyjątkowe, bo spędzane w scenerii przyrody tatrzańskiej, związane z wyjazdami na pasterkę do Witowa lub Kir; w pierwszych latach jeździliśmy końmi - przypominają sobie.

Odcięci od świata

Pobyt w górskim schronisku na pewno był uciążliwy zimą. Niemało kłopotu sprawiało dowożenie żywności czy awarie związane z centralnym ogrzewaniem, turbiną lub oczyszczalnią ścieków. Zima roku 1975 chyba najbardziej utkwiła w pamięci gospodarzom schroniska. - Był to marzec roku 1975. W schronisku pełno ludzi, w tym trochę małych dzieci - opowiada Wicek. - Nagle przyszło załamanie pogody, zadymka, niesamowita zawierucha, duże opady śniegu. Schronisko zostało odcięte od "świata". Jakby to było mało, w tym momencie pękły dwa kotły centralnego ogrzewania. Udało się jednym samochodem zjechać na dół i on dostarczał zaopatrzenie do starego schroniska Blaszyńskich. Stamtąd nasi sąsiedzi z Białego Potoku - Józek Truchan i Jasiek Szwajnos zwany Pytlowacem - końmi dowozili zaopatrzenie do schroniska. Ale najgorzej było z ogrzewaniem, a w tym czasie nie było takie proste załatwić nowe piece. Wtedy okazało się, że w całej Polsce mamy przyjaciół. Udało mi się skontaktować z producentem kotłów, który nam bardzo pomógł. Największy kłopot miałem później w mojej dyrekcji ze wszystkimi formalnościami. Nie wiedziałem jak mam się przyznać, że kocioł jest już w schronisku. Takie to były czasy - podkreśla.

Spotkanie z przyszłym papieżem

Na przestrzeni tych kilkunastu lat przez schronisko przewinęły się tysiące ludzi. Przyjeżdżali, aby zaznać spokoju, ciszy i odosobnienia. Bywały osoby ze świata artystycznego i politycy. - Co roku przychodzili na kawę czy herbatę państwo Holoubkowie. Czasami bywała Anna Seniuk, zaglądał również Daniel Olbrychski. Szlaki chochołowskie przechodził wraz ze swoimi znajomymi marszałek Chrzanowski - wylicza Wicek. - Wtedy, kiedy pełnił oficjalne funkcje zajmowali się nim ochroniarze. Najbardziej honorowym gościem schroniska był Ojciec Święty Jan Paweł II. Ale wcześniej, zarówno jako biskup i jako kardynał, wędrował po okolicznych szlakach. Pamiętam, że był wiosną 1978 roku. Wtedy nawet się skompromitowałem w oczach ówczesnego kardynała. Kardynał Wojtyła rozmawiał z Jaśkiem Kurucem z Dzianisza, który prowadził narciarnię i wyciąg narciarski. Nie zważając na to, kto stał, wpadłem wściekły do narciarni, bo nie był wyrównany wylot nartostrady z Grzesia. Powiedziałem wówczas co myślę o moich kolegach i posłużyłem się słowem niepublicznym. Raptem zauważyłem kardynała i przeprosiłem za to. Na to kardynał - "Samo życie, samo życie". W drodze ekspiacji zaprosiłem kardynała Wojtyłę na herbatę. Wspominał czasy, kiedy jako młody ksiądz przebywał w domu mojej babki i mojej ciotki w Bieńczycach. Wypytywał o sprawy schroniska - wspomina z sentymentem.

Dziwne kradzieże

Miłymi gośćmi wszystkich górskich schronisk są również dzikie zwierzęta. Najczęściej podchodzą one wtedy, kiedy już jest cisza i nastaje noc. Na pewno stałymi bywalcami schroniska są wiewiórki. Kiedyś jedna z nich spowodowała zamieszanie, przegryzając jednemu mieszkańcowi schroniska plecak i wyjadając z niego zapas żywności. - Te miłe zwierzaki czasami sprawiały nam wiele kłopotów, szczególnie wtedy, kiedy było trudno o wędliny i masło - zauważa Wicek. - Turyści przywozili ze sobą swoje kartkowe zapasy i wykładali za okno. Przychodzili później z pretensjami, że ktoś im je ukradł. A to gospodarzyły wiewiórki i ptaki. Kiedyś jeden z turystów przez kilka kolejnych dni zapraszał nas na dobrą kiełbasę i kieliszek koniaku. Kiedy przyszliśmy, sięgnął za okno i ze zdziwieniem stwierdził, że pozostał tylko niewielki kawałek. To sikorki wydziobały i tylko pozostał "rękaw" ze skórki. Były też lata, że ze śmietnika rysie wyciągały kości. Pamiętam, że niedźwiedź po raz pierwszy pojawił się w 1980 roku - dodaje.

Psi instynkt

Okolice Doliny Chochołowskiej są rejonem częstych akcji ratowniczych. Najczęściej tak się zdarza, że kierownicy i pracownicy schronisk są równocześnie ratownikami górskimi. - Był czas, kiedy miałem w schronisku psa ratowniczego - opowiada. - Pamiętam taki wypadek, który być może nie został zanotowany w kronice, ponieważ akcja pozornie była bardzo łatwa. Było to 29 grudnia 1975 roku. Dziewczyna z kursu narciarskiego wyszła ze schroniska późnym popołudniem. W odległości około czterdziestu metrów od budynku straciła przytomność. Szukaliśmy jej początkowo własnymi siłami, a później do akcji włączyła się grupa zorganizowana przez Centralną Stację Ratowniczą z Zakopanego. Teren przeszukiwało kilkadziesiąt osób - polanę, okoliczne dolinki aż po Grzesia i Bobrowiecką Przełęcz. O godzinie 22.00 postanowiłem jeszcze raz wyjść z psem. Ciągnął do pobliskiego kamienia, przy którym dorożkarze składali końskie łajno. Była to rzecz atrakcyjna zapachowo dla psa, dlatego nie wierzyłem, że tam może być właśnie dziewczyna. Okazało się, że pies miał rację, a nie człowiek, który usiłował być mądrzejszy od niego - twierdzi.

***

Cieślewiczowie w swojej pamięci przechowują wiele wspomnień związanych z kursami ratowniczymi, zawodami narciarskimi, spotkaniami przewodnickimi. Stałe uroczystości, które odbywają się w rejonie Polany Chochołowskiej to odpust na świętego Jana Chrzciciela, msza święta "przemytnicza" na Grzesiu czy zabawa folklorystyczna na Grzesiu z udziałem zespołów regionalnych z Podtatrza i Słowacji. Schronisko i jego okolice zapełniają się wówczas setkami ludzi. Ludzi, którzy zawsze chętnie wracają do miejsca, gdzie byli mile przyjmowani.

Ala i Wicek opuścili Dolinę Chochołowską 30 listopada 1996 r. Skupili wokół siebie wielu przyjaciół, stworzyli wokół schroniska niepowtarzalną atmosferę. Zaprzyjaźnieni turyści na pewno długo będą wspominać "nocne Polaków rozmowy", podczas których nie brakowało kawałów ku uciesze słuchających. Zawsze tryskali humorem. Było to miejsce, w którym każdy mógł liczyć na pomoc.

Jolanta Flach
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT