PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 1-2 (18-19)/2005
ISSN 1642-0853

Pętla Toruńska

Po raz pierwszy popłynąłem trasą z Torunia do Torunia - Wisłą, Nogatem, kanałami Jagiellońskim i Elbląskim oraz Drwęcą latem roku 1954. Były to studenckie "wczasy kajakowe" - moja pierwsza przygoda z kajakiem, która zaowocowała pięćdziesięcioletnią fascynacją tym sposobem spędzania wolnego czasu. Ponieważ w roku 2004 przypadało pięćdziesięciolecie mojego pływania, już w końcu sezonu roku 2003 zacząłem przygotowywać grunt wśród koleżeństwa ze "Starej Paki", aby powtórzyć tę trasę. Kiedy więc jesienią zadzwonił do mnie Wojtek Kuczkowski z propozycją zorganizowania - w ramach akcji "Powitanie Unii Europejskiej na polskich wodach' 2004" - przez nasz klub spływu "Pętlą Toruńską", proponując mi funkcję komandora spływu, z zapałem ją przyjąłem i przystąpiliśmy do przygotowań. Przewidując trudności z urlopami potencjalnych uczestników, postanowiliśmy podzielić spływ na trzy etapy: z Torunia do Elbląga, z Elbląga na Pojezierze Brodnickie i z Pojezierza Brodnickiego do Torunia. Szybko porozumieliśmy się z Leszkiem Boltem z Klubu Turystów Wodnych "Chełmno", aby włączył XLIV Międzynarodowy Spływ Drwęcą i Wisłą jako trzeci etap "Pętli Toruńskiej", pozostawiając nam organizację dwóch pierwszych etapów.


Po uzyskaniu zgody Leszka Bolta oraz zainspirowany przez Wojtka jego monografią Wisły, postanowiłem przygotować na spływ przewodnik po trasie. Pomysł poparł Marek Lityński, podsyłając mi swój przewodnik po Drwęcy, a córka Iwonka zaoferowała opracowanie map. Przewodnik został wydany dzięki dotacji z Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego oraz Związku Miast Nadwiślańskich.

Oddzielną sprawą były trudności z pozyskaniem sponsorów. Pozytywne odpowiedzi uzyskaliśmy jedynie z Przedsiębiorstwa Toruń - Pacific Sp. z o.o. (była to dotacja), ze Spółdzielni Mieszkaniowej "na Skarpie" w Toruniu (obiecano transport) oraz z Wydziałów Prewencji Komend Policji w Toruniu i w Bydgoszczy (asekuracja spływu na Wiśle).

Niestety, pomimo reklamy w biuletynie i w Internecie oraz rozesłania informacji do klubów zagranicznych, spływ nie wzbudził zainteresowania. Wyjątek stanowił III etap organizowany przez Klub Turystów Wodnych "Chełmno". W takiej sytuacji ograniczyliśmy się do przygotowań jedynie w ramach naszego klubu. Ostatecznie liczba uczestników spływu, na skutek wycofania się kolejnych osób, zmalała do sześciu. Przewidziany na sobotę, 24 lipca, spływ ze względów osobistych uczestników przesunięty został na dzień 27 lipca, co łącznie z ograniczeniami czasowymi spowodowało konieczność wydłużenia dziennych etapów i zmiany w jego programie. W przeddzień wypłynięcia, gdy ładowaliśmy już kajaki na przyczepę, dotarła kolejna zła wiadomość - Wiesiek nie dostał urlopu, a Adama wezwano na długotrwałe badania lekarskie. Niechcąc jednak rezygnować, postanowiliśmy popłynąć we czwórkę: Gabryś Winnicki, Remek Repelowicz z synem Szymkiem i ja, traktując to jako rekonesans trasy od strony wody (sprawdzonej na wiosnę w trakcie objazdu samochodem). Popłynęliśmy trzema kajakami - ja i Gabryś jako bagażowi ze sprzętem biwakowym.

Po wszystkich niepowodzeniach Wisła na pocieszenie przywitała nas słoneczną i bezwietrzną pogodą, co było ważne na odcinku do Solca Kujawskiego - uciążliwym i niezbyt bezpiecznym przy zachodnim wietrze - zwłaszcza gdy zrezygnowaliśmy z asekuracji motorówek Policji wobec zmniejszenia liczby załóg. Niski stan wody zmusił nas do płynięcia według nabieżników dla statków, gdyż wpadaliśmy na mielizny. Jednakże bystry prąd umożliwił szybkie pokonywanie trasy, pierwsze 10 km pokonaliśmy więc w godzinę. Postanowiliśmy też minąć Solec Kujawski i płynąć do Bydgoszczy. Brzegi w okolicach Fordonu wyglądały niezbyt zachęcająco, ale do wieczora pozostało sporo czasu, płynęliśmy więc dalej. Wśród siedzących na brzegach wędkarzy płynące kajaki wzbudzały zainteresowanie, przechodzące w zdumienie, gdy na pytanie o cel podróży odpowiadaliśmy - Toruń. Panowie to nie w tę stronę - słyszeliśmy, a kiedy mówiliśmy, że nie chcemy płynąć pod prąd, odpowiadano: W konia nas robicie? Dopiero po wyjaśnieniu trasy padały słowa uznania, a nawet zazdrości. Na biwak zatrzymaliśmy się na piaszczystym brzegu, parę kilometrów za Bydgoszczą. Pierwszy "dziki" biwak pozwolił nam odczuć przyjemność z niezorganizowanej formy płynięcia, kiedy można się zatrzymać tam, gdzie się ma ochotę, "nie ciągnąc" do zaplanowanego biwaku, nie zawsze tak cichego i nie dającego możliwości takiego kontaktu z przyrodą.

Drugiego dnia wyruszyliśmy do Chełmna, gdzie, oprócz ciekawych zabytków z uroczym renesansowym ratuszem, czekali na nas przyjaciele z Klubu Turystów Wodnych. Niestety ograniczenie czasowe nie pozwoliło nam na zwiedzanie zabytków Bydgoszczy, Ostromecka czy rezerwatów przyrody położonych nad Wisłą. Nocowaliśmy w siłowni Klubu Wioślarskiego "Wisła", zaprzyjaźnionego z kajakarzami, co pozwoliło nam na spokojne zwiedzenie miasta i spotkanie w Klubie Turystów Wodnych "Chełmno".

Następnego dnia minęliśmy, niestety bez zatrzymywania się, Świecie. Nasz cel to był Grudziądz, gdzie nocowaliśmy również w Klubie Wioślarskim "Wisła", chlubiącym się siedemdziesięcioletnią tradycją, zaproszeni przez jego prezesa - Henryka Wichrowskiego. Spokojni o nasze namioty wyruszyliśmy na spacer po zabytkach Grudziądza. Niestety muzea były zamknięte, pozostał nam tylko spacer wokół zabytkowych murów.

Kolejnego dnia popłynęliśmy do Korzeniewa, gdzie mieliśmy zapewnioną gościnę w przystani Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej u Dariusza Cybulskiego. Zniechęceni widokiem niegościnnego brzegu, nie zatrzymaliśmy się w Nowem. W okolicy rezerwatów florystycznych Wiosło Duże i Wiosło Małe (coś dla kajakarzy) - znajdujących się na terenie leśnictwa Dębiny, w obrębie Pelplina - podziwialiśmy polującą parę orłów bielików. Przed Korzeniewem obejrzeliśmy, interesujące dla torunian, pozostałości po moście, który w okresie międzywojennym został przeniesiony właśnie do Torunia. Niestety zabrakło nam już czasu na wycieczkę do pobliskiego Kwidzyna.

Stąd wypłynęliśmy na ostatni odcinek na Wiśle. Po drodze zatrzymaliśmy się przy przystani promu w Gniewie, w którym oprócz zwiedzania zamku mieliśmy okazję podziwiać paradę rycerzy przygotowujących się do turnieju. Na tym odcinku poważnym utrudnieniem była sytuacja na śluzie w Białej Górze. Pomimo trwającego od dwóch lat remontu, nikt nie pomyślał o turystach. Nie tylko nie było zorganizowanych miejsc lądowania i wodowania przy śluzie, ale poważną niedogodnością była konieczność transportu kajaków na odległość około 1,5 km, w tym częściowo po ruchliwej szosie. Wypożyczony na śluzie wózek (ciężki i nieporęczny), przeznaczony do przewozu materiałów budowlanych, niezbyt ułatwił nam zadanie. W sumie przeprawa trwała kilka godzin i zepsuła nam cały plan dnia. Do Malborka zamiast wczesnym popołudniem dopłynęliśmy wieczorem, tak że zamiast zwiedzania zamku mogliśmy tylko podziwiać jego oświetlone mury.

Rano wypłynęliśmy na trasę do Elbląga, która nie przyniosła żadnych niespodzianek z wyjątkiem samego zakończenia, kiedy to przepływający z nadmierną szybkością wodolot z Kaliningradu o mało co nie poprzewracał naszych kajaków. Po rozbiciu namiotów w przystani Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej wyruszyliśmy na starówkę, która mimo iż zrekonstruowana z każdym rokiem pięknieje. Ponownie z powodu późnego dopłynięcia musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania katedry i muzeum. Następnego dnia mieliśmy przeprawę przez jezioro Druzno. Zaczęło się dość niefortunnie, gdyż na granicy miasta popłynęliśmy prosto, w kanał Tina, zamiast skręcającym w lewo Kanałem Elbląskim. W rezultacie przepłynęliśmy dodatkowo kilka kilometrów. Jezioro Druzno przypominało pole kwitnącego rzepaku - całe pokryte kwiatami grzybieńczyka. Psująca się pogoda skłoniła nas do zatrzymania się na biwaku przed pochylnią Jelenie i zwiedzenia (już w deszczu) wsi Jelonki, gdzie zachował się stary podcieniowy dom oraz ciekawy gotycki kościół i która w maju 2004 r. obchodziła 700-lecie swego istnienia. W końcu pogoda się poprawiła, deszcz przestał padać, wyruszyliśmy więc na dalsze pochylnie. Poinformowani zostaliśmy jednak przez obsługę, że za nami idą statki, zwiększyliśmy więc tempo i na pochylni Buczyniec zjawiliśmy się na tyle szybko, że przeprawiono nas przed statkami, co pozwoliło nam na zaoszczędzenie czasu i spokojne zwiedzenie muzeum kanału. Mimo to czas nas nieubłaganie gonił, zrezygnowaliśmy więc ze zwiedzania Małdyt i wpłynęliśmy na jezioro Ruda Woda. Zbliżający się zaś wieczór skłonił nas do przybicia do leśnego biwaku w pobliżu Szymonowa. Na drugi dzień pogoda wyraźnie uległa poprawie, wykorzystaliśmy więc tę okazję na kąpiel. Co prawda kwitnąca woda niezbyt zachęcała do kąpieli, ale innej "łazienki" nie było, a potem wyruszyliśmy dalej. Przeszliśmy śluzy w Miłomłynie i Zieloną (z bardzo miłą załogą) i wpłynęliśmy na Jezioro Drwęckie. Nad Ostródą była burza, zdecydowaliśmy się więc na płynięcie w prawo, by uciec przed deszczem i piorunami. Jednakże nie udało nam się uciec zbyt daleko, przybiliśmy do prawego brzegu przez wąskie przejście w trzcinach. Okazało się, że trafiliśmy na leśny biwak, na którym spotkaliśmy kajakarza samotnika, pływającego kanadyjką z kilkunastoletnim chłopcem po tutejszych szlakach. Ulewa okazała się krótka, zabraliśmy się więc do sprzątnięcia "pamiątek" po poprzednich biwakowiczach i do przygotowania ogniska.

Rankiem następnego dnia popłynęliśmy dalej. Na jeziorze było mnóstwo ptactwa - kaczek, perkozów, kormoranów, spotkaliśmy nawet białą czaplę. Na rzece Drwęca przykrą niespodzianką był jaz w Samborowie. Brak obsługi i informacji o możliwości jego otwarcia spowodował konieczność nieprzyjemnej przenoski, a wystarczyłoby chociażby przekazanie korby do otwierania jazu znajdującemu się obok gospodarstwu rybackiemu.

Kolejnym punktem było Nowe Miasto Lubawskie. Pole Ośrodka Sportu i Rekreacji w Nowym Mieście Lubawskim, pomimo początkowego przygotowania dla potrzeb wodniaków (port - zatoczka, niestety strasznie zaniedbana), sanitariaty ma zbytnio oddalone od miejsc biwakowych.

W Tamie Brodzkiej zaś, już drugiego dnia, nasz mini spływ musiał się rozdzielić. Koledzy, którym kończyły się urlopy popłynęli długimi etapami do Torunia, a ja wpłynąłem na Pojezierze Brodnickie. Na jeziorze Robotno dołączyłem do już 44. Międzynarodowego Spływu Drwęcą - Wisłą, przewidzianego w harmonogramie "Pętli Toruńskiej" jako III etap. To był już zupełnie inny, zorganizowany rodzaj spływu - w dużej, międzynarodowej obsadzie, z przygotowywanym posiłkiem, z kantyną, z przewozem bagaży i z innymi udogodnieniami. Była to też okazja do spotkania się z przyjaciółmi, z którymi pływaliśmy w ubiegłych latach na różnych szlakach. Po uroczystym otwarciu spływu w Chełmnie uczestników przewieziono nad jezioro Robotno, skąd następnego dnia popłynęliśmy w gali flagowej na wielki festyn nad jeziorem Partęczyny Wielkie, a organizowany przez władze Nowego Miasta Lubawskiego. Biwak w ośrodku PTTK w Bachotku - stanicy założonej przez Marię Okołów Podhorską - uświetnił wodniacki chrzest neofitów, do którego na ochotnika dołączyli uczestnicy i wychowawcy przebywającej tam kolonii. Po kilku dniach spędzonych na wędrówkach po Pojezierzu Brodnickim, jeziorami pokrytymi nenufarami i grążelami, pełnymi ptactwa, zachwycających widokami, popłynęliśmy do Brodnicy. Miasto to - od wielu lat zaprzyjaźnione z wodniakami - oprócz spotkania z władzami, przygotowało dla nas koncerty orkiestry i, entuzjastycznie przyjętego przez słuchaczy, zespołu szantowego "Ostatnia Deska ratunku", co zrekompensowało niedogodności nie w pełni zagospodarowanego pola biwakowego. Mieliśmy także okazję do zwiedzenia z przewodnikami zabytków miasta i obejrzenia w miejscowym muzeum wystawy wykopalisk z Mszana - osady prehistorycznej starszej od Biskupina.

Dwa etapy do Golubia-Dobrzynia utrwaliły się w pamięci uczestników dzięki szczególnie zimnej nocy na biwaku w pobliżu wsi Pusta Dąbrówka. W Golubiu-Dobrzyniu zorganizowano wyścigi kajakowe, których zwycięzcy otrzymali nagrody z rąk miejscowych władz, oraz zwiedzanie zamku zagospodarowanego przez tutejszy oddział Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego z Zygmuntem Kwiatkowskim na czele, zamku słynnego z turniejów rycerskich i z bali karnawałowych.

Dalej były znowu dwa etapy, tym razem do Torunia. Pierwszy - z niezbyt dogodnym biwakiem na granicy miejscowości Młyniec i Krobia, a drugi - urozmaicony dwoma przenoskami w Lubiczu. Przy ujściu Drwęcy powitały nas motorówki WOPR i Policji, które miały nas ubezpieczać na Wiśle. W Toruniu uczestnicy spływu zwiedzali z przewodnikami starówkę, wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Naturalnego UNESCO.

Mój spływ "Pętlą Toruńską" zakończył się. Pożegnałem starych i nowych przyjaciół, którzy płynęli do Chełmna, gdzie dwa dni później kończyli spływ nad Jeziorem Starogrodzkim.

Spływ "Pętlą Toruńską" jest naprawdę ciekawą trasą, możliwą do pokonania w ciągu trzech tygodni. Uwzględniając czas na zwiedzanie zabytków położonych wzdłuż trasy i Pojezierza Brodnickiego, trwać powinien około miesiąca. Z powodu słabego zagospodarowania wymaga dużych nakładów organizacyjnych lub też może być przewidziany do pokonania z wyposażeniem w kajaku, jak za dawnych lat. Dodatkowym atutem trasy jest możliwość rozpoczynania i kończenia jej w dowolnym punkcie, wygodnym dla spływowicza.

Józef Rusiecki
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT