PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 1-2 (18-19)/2005
ISSN 1642-0853

Wielki Sztandarowy Rejs Wokół Serca Polski

Moja przygoda z akcją "Powitania Unii Europejskiej na Polskich Wodach" rozpoczęła się we wrześniu roku 2003, w Kamieniu nad jeziorem Bełdany, podczas XX Zlotu Przodowników Turystyki Żeglarskiej. Po długich rozmowach z głównym pomysłodawcą i motorem napędowym przyszłych działań Wojtkiem Kuczkowskim, ze względu na miejsce zamieszkania (Zagłębie Dąbrowskie) zająłem się trudnym logistycznie i technicznie odcinkiem Wielkiego Sztandarowego Rejsu Wokół Serca Polski: Kędzierzyn-Koźle - Oświęcim-Broszkowice - Warszawa.


Przygotowania do specyficznego odcinka - szukanie miejsc do cumowania i pobytu łodzi, ich slipowania na Odrze i Wiśle, a później rekonesans, początkowe rozmowy z gestorami przystani i władzami miejskimi, następnie szczegółowe uzgodnienia i rozwiązania techniczne przyczyniające się do bezpiecznego, szybkiego i możliwie taniego przerzutu łodzi z Odry na Wisłę - zakończyły się pod koniec roku 2003. Ogromna liczba wiadomości i ustaleń, którymi przyszło mi się wymieniać z szefem Biura Organizacyjnego Powitania Unii, Mirkiem Czernym, i wyniki zakończonych uzgodnień technicznych oraz ich pozytywna ocena przez Komitet Organizacyjny z komandorem generalnym akcji "Powitania Unii Europejskiej na Polskich Wodach", Edwardem Kozanowskim, przyczyniły się do powołania mnie na śląskiego komandora akcji Powitania Unii. Nie rozwiązana była jeszcze najważniejsza sprawa, kwestia finansowania przedsięwzięcia. Wcześniej hucznie składane deklaracje pomocy finansowej pozostały, niestety, tylko na papierze, a wpisowe uczestników rejsu tylko w symboliczny sposób mogło przyczynić się do pokrycia sporych kosztów organizacji i przerzutu łodzi. Dopiero sfinansowanie tego etapu rejsu z prywatnej kieszeni jego organizatorów zamknęło tę tak dziwną sytuację. Pozostała jeszcze tylko jedna niewiadoma: ilu żeglarzy z Polski, a może i z zachodniej Europy, zdecyduje się na dwumiesięczny rejs, aby w Płocku zakończyć go Galą Wiślaną.

Jednakże po kolei, swoje komandorstwo nad rejsem przyjąłem 18 lipca 2004 r. w Kędzierzynie-Koźlu, na przystani centrum kształcenia praktycznego i ustawicznego, gdzie, po prawie miesięcznej żegludze od Bydgoszczy przez Wartę i Odrą pod prąd, dotarły cztery łodzie z uczestnikami rejsu wraz z dodatkowymi członkami załóg: papugą arą - Loora i psem - Łacia. Ten bardzo uciążliwy odcinek rejsu, momentami bardzo ostry nurt rzeki, który niekiedy wymagał całodziennego płynięcia na silnikach, życiowo zweryfikował odległości poszczególnych etapów oraz dał podstawy do oceny "ludzi odpowiedzialnych za odrzańską wodę". Przytoczę tu fragment listu komandora tego właśnie odcinka Sztandarowego Rejsu Wokół Serca Polski, pana Janusza Matuszyka:

Niezależnie od podziękowań dla gospodarzy miejsc, przez które przepływaliśmy, szczególne podziękowania należą się dyrekcji RZGW Wrocław z panem inż. Boguckim na czele. Na wyróżnienie spośród całej rzeszy życzliwych nam pracowników RZGW Wrocław zasługują pp. Stanisław Sokołowski i Marian Kwiatkowski, których podległe statki dziwnym zbiegiem przypadku, dokonywały inspekcji odcinków w czasie naszego przepływu, co pozwalało nam skorzystać z holu.

Wyrazy uznania i podziękowania należą się wrocławskim działaczom regionalnym w osobach p. Leszka Mulki, oraz panom Białobłockiemu i Pawlakowi za stworzenie nam domowej atmosfery życzliwości i wrażenia bardzo oczekiwanych gości.

Bardzo również proszę o wyrażenie podziękowań p. Mariuszowi Przybylskiemu, dyrektorowi Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Kędzierzynie-Koźlu, który od Opola wspierał nas dobrymi, praktycznymi radami, wyposażył w mapy szlaków i był zawsze na wezwanie(...)

Na początku "mojego" etapu, dzięki życzliwej pomocy Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gliwicach w osobie zastępcy dyrektora ds. utrzymania wód, Krystiana Polywki, po spokojnym, choć całodziennym przeprawianiu się przez sześć śluz Kanału Gliwickiego, dotarliśmy do Gliwic, gdzie na terenie portu Wydział Kultury, Sportu i Promocji Miasta Urzędu Miejskiego w Gliwicach, w osobach Sylwii Banaszewskiej i Joanny Przypaśniak, oraz Śląskie Centrum Logistyki S.A, reprezentowanej przez panią Patrycję Daszewską, zgotowały nam iście królewskie powitanie i przyjęcie. Nasz pobyt w porcie stał się również doskonałą okazją dla działu spedycji Śląskiego Centrum Logistyki S.A. do zrobienia zdjęć dla swojego przyszłego prospektu reklamującego portowy obszar celny jako umiejący zmagazynować i odprawić, załadować i przewieźć wszystko. Kanał Gliwicki, choć zupełnie nie znany żeglarzom, daje bardzo przyzwoite warunki żeglugowe, a gościnność i profesjonalizm zarządu portu w Gliwicach wręcz zachęca do wykorzystania tego miejsca jako bazę wypadową dla wycieczek po całym regionie górnośląskim oraz oferuje doskonałe wyposażenie techniczne i miejsce przerzutu łodzi na Wisłę.

Dzień odpoczynku połączony ze zwiedzaniem Gliwic oraz terenów stacji i masztu radiowego (najwyższa na świecie drewniana konstrukcja - 110 m; to tutaj, co mało kto pamięta, miała miejsce historyczna prowokacja gliwicka, mająca uwiarygodnić wybuch II wojny światowej), poprzedziły nam przygotowania do najważniejszego momentu na tym etapie rejsu: slipowania, załadunku łodzi na ogromne samochody ciężarowe i przerzut łodzi do Oświęcimia-Broszkowic, już na Wiśle. Nie doszła do skutku z braku czasu wyprawa do pobliskich Tarnowskich Gór i zabytkowej kopalni srebra i ołowiu, gdzie na głębokości ok. 40 m i na trasie ok. 1400 m można w łodziach, w specyficznych warunkach sprawdzić swe umiejętności "żeglarstwa podziemnego". Gorąco polecam jednak kilkudniowy pobyt w gliwickim porcie, żeby spokojnie, korzystając z doskonałej komunikacji miejskiej, zobaczyć i zwiedzić - Willę Oscara Caro (obecnie Oddział Muzeum w Gliwicach), budowniczego i pierwszego właściciela Huty Łabędy, przepiękny gliwicki rynek z Neptunem, zanikające powoli tradycyjne śląskie budownictwo familoki w Rudzie Śląskiej, Muzeum Najmniejszych Książek Świata w Katowicach czy wreszcie chorzowskie Planetarium. Śląsk to nie tylko szyby kopalniane, kominy i hałdy, ale jest to również region bardzo zielony i czysty, z mnóstwem akwenów wodnych dostępnych dla pasjonatów żeglarstwa.

Wisła - królowa polskich rzek

Przez zachodnich żeglarzy uważana za ostatnią tak "dziką" rzekę w Europie, przywitała nas spokojnym, leniwym nurtem. Pięknie położone miejsce, przy wałach przeciwpowodziowych, w pobliżu mostu na drodze Oświęcim-Chrzanów, wręcz zachęcało do rozpoczęcia przygody. Wyrazy podziękowania w tym miejscu należą się właścicielowi tego terenu panu Arturowi Kierczyńskiemu, który bezpłatnie użyczył miejsca pod rozładunek łodzi.

Wydział Rozwoju i Promocji Miasta Urzędu Miasta Oświęcim i Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji w Oświęcimiu, a osobiście panowie: Radosław Folga i Kazimierz Homa, tutaj także stanęli na wysokości zadania, przygotowując dla załóg teren pod biwak, zabezpieczając wodę pitną i wc. Tutaj również do rejsu dołączyły następne łodzie.

Na zwiedzaniu Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Bierkenau, hitlerowskiego obozu koncentracyjnego utworzonego w czasie II wojny światowej w Oświęcimiu - Brzezince, a także miasta z jego zabytkami, upłynął nam cały dzień. Spotkanie w Urzędzie Miasta w Oświęcimiu z władzami miasta i starostwa - poświęcone turystycznemu zagospodarowaniu brzegów Wisły i Soły - które kontynuowane było wokół ogniska nad brzegiem rzeki, przyniosło mnóstwo pomysłów jak miasto i powiat, mające doskonałą lokalizację, mogą otworzyć się na rzekę przy niewielkich nakładach finansowych i promocyjnych. Podsumowaniem dotychczasowej współpracy z włodarzami miasta i regionu było wręczenie przez członka prezydium Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, Jerzego Kapłona, Medalu 50-lecia PTTK. Rozmowy te zaowocowały również pomysłem certyfikatu kilometra "0" Wisły, wydawanego przez upoważnione osoby, na przykład sołtysa Broszkowic Mariana Gołąba, wszystkim żeglarzom, którzy zechcą swą przygodę z Wisłą rozpocząć od "0" żeglownego kilometra rzeki.

Rano 24 lipca pożegnaliśmy gościnne brzegi Broszkowic i, przekraczając jako pierwsi w tak licznym gronie umowną granicę kilometra "0" - gdzie Przemsza wpływa do Wisły - rozpoczęliśmy żeglugę po Wiśle. Pokonanie czterech bardzo nowoczesnych i skomputeryzowanych śluz, na etapie do Krakowa, zajęło nam dwa dni. Ogromne wrażenie robi długa na 200 m śluza w Dworach, a zwłaszcza o niewielkich wymiarach komory, ale o 12-metrowym stopniu spiętrzenia śluza w Borku Szlacheckim.

Po drodze do Krakowa warto jeszcze, przy wielgachnym kamieniu u stóp malowniczego wzgórza, zrobić sobie, jak my, postój w Tyńcu i wybrać się na wycieczkę do klasztoru. Dziwny wydaje się tutaj zwyczaj Żeglugi Krakowskiej, której statki dobijają tylko na 10 minut do przystani i zaraz zawracają w drogę powrotną, a szkoda. Klasztor, pobliski cmentarz i okolica zachęcają do znacznie dłuższego pobytu.

Odcinek z Oświęcimia do Krakowa okazał się istną żeglarską pustynią - żadnych łodzi, barek transportowych, jeden stateczek żeglugi pasażerskiej. Przepiękna, prawie dziewicza przyroda, i tylko niezliczona rzesza wędkarzy pozdrawiająca nas przyjaźnie machaniem rąk. Etap ten najlepiej opisze fragment jednej z relacji szefa Biura Organizacyjnego - Mirka Czernego:

(...) Z Oświęcimia żeglarze ruszyli do Krakowa, przez całą serię śluz Kaskady Górnej Wisły. Trochę szkoda, że był na nich tak mały ruch - przecież statki pasażerskie mogłyby pływać między Oświęcimiem a Krakowem, dwoma miejscami z Listy Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, zazwyczaj jednocześnie odwiedzanymi przez turystów. Przy okazji okazało się, iż nie do końca rację mają radykalni ekolodzy twierdzący, iż wszelkie urządzenia hydrotechniczne niszczą przyrodę. Na śluzie Dwory, na wysokości kilku pięter, pod wysuniętą częścią szczytu wieży kontrolnej jest chyba ponad setka jaskółczych gniazd. Pracownicy śluzy lojalnie ostrzegali, aby zbyt blisko nie podchodzić, gdyż jaskółki robią nie tylko na drutach (...)

W Smolicach rządzą śluzą bociany. Gdy dowiedziały się, że te z polskim paszportem stanowią jedną czwartą europejskiej populacji, są tak pewne siebie, iż wymuszają pierwszeństwo na skrzyżowaniach szlaków swych spacerów i aut jadących na śluzę. W Borku Szlacheckim czajki zadenuncjowały piszącego te słowa - ledwie (będąc tylko pasażerem) wyjął puszkę piwa, już zaczęły krzyczeć "Piiije, piiije". Ostatnia śluza przed Krakowem - nosząca nazwę Kościuszki - pełno tu ptactwa, mieszkają czaple, wodą pływają dzikie kaczki, górą lecą dzikie gęsi.

Kraków przywitał nas gościnnymi progami przystani wodnej kolejarzy, gdzie gospodarze udostępnili nam w pełni infrastrukturę swojego ośrodka, a gorąca kąpiel, przy załamaniu się pogody na południu Polski i obfitych opadach deszczu, rozgrzewała nasze ciała i nie psuła humorów. Z jednodniowym opóźnieniem wypływamy z Krakowa, aby pełni lęku dopłynąć do ostatniej śluzy Kaskady Górnej Wisły - śluzy Przewóz. Ma ona złą sławę i na pewno już nie jednego żeglarza "specyficzną budową" odstraszyła od swojego pokonania. Po prostu dolna woda jest niżej niż betonowy próg dolnych wrót?! Teoretycznie nic tylko wziąć łódź na ręce i siłami załogi pokonać około 30-40-centymetrową przeszkodę. Praktycznie zaś doświadczenie, a przede wszystkim życzliwość obsługi śluzy - wcześniejsze spuszczenie wody przez jaz powoduje "cofkę" na rzece, a dopuszczenie wody do komory śluzy bezbolesne opuszczenie jej otchłani. Nie taki diabeł (Przewóz) straszny jak go malują. Również w tym miejscu chcę podziękować krakowskiej dyrekcji Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej, a szczególnie Piotrowi Jamka, za życzliwe rady i udzieloną pomoc.

Żadna ze śluz Kaskady Górnej Wisły nie jest przystosowana do żeglugi małych jachtów żaglowych czy motorowodnych. Po wpłynięciu w ich czeluść, ogrom wręcz przytłacza, i choć śluzowanie odbywa się dość szybko, tak maleńkie "łupinki" jak nasze siedmiometrowe jachty mają kłopot z szybkością przekładania cum na coraz niższe polery i bardzo rwącym nurtem wypływającej wody, po otwarciu dolnych wrót.

Po opuszczeniu granic Nowej Huty płyniemy obwarowanymi wałami przeciwpowodziowymi korytem rzeki, może nie nazbyt atrakcyjnym turystycznie (zza wałów widać wyłącznie wieże kościołów mijanych miejscowości), ale za to bardzo absorbujących nawigacyjnie. Bardzo ostry nurt, niespodziewanie uciekający z jednego brzegu na drugi, ostrogi, a zwłaszcza opaski, które w stale podnoszącej się wodzie stają się coraz mniej widoczne, i gwałtowne opady deszczu wydzielają w nas dodatkowe dawki adrenaliny. Jeden nierozważny manewr i muszę chować się za kamienną ostrogą z wygniecioną na lewej burcie dziurą. Szczelina okazuje się niewielka (pękło wadliwie wykonane poszycie) i, na szczęście, tuż pod linią wody. Pomoc doświadczonego szkutnika Andrzeja Górskiego i posiadany przez niego sprzęt w godzinę załatwia problem.

Komunikaty o zagrożeniu powodziowym i stanach alarmowych na dopływach Wisły powodują, że musimy zupełnie odejść od przyjętego planu rejsu i dostosować do zaistniałej sytuacji długość etapów oraz miejsca noclegowe, mając na uwadze przede wszystkim bezpieczeństwo załóg i łodzi. Niezapomniane wrażenie robi na nas wpływający w Opatowcu do Wisły Dunajec. Ogrom płynącej wody, kilkakrotnie przekraczający ilość w Wiśle, wielkie drzewa z korzeniami płynące huczącym nurtem dają dopiero przedsmak tego, co zobaczymy i będziemy musieli pokonać na dalszych etapach rejsu.

Nadzwyczajność sytuacji i wynikające z niej zagrożenie jeszcze bardziej konsoliduje załogi łodzi oraz udowadnia, że woda to żywioł, przed którym zawsze trzeba chylić czoło, mieć ogromny szacunek i respekt. Przy rzece mającej kilkaset metrów szerokości i płynącej z szaloną prędkością, gdy nie wiadomo, gdzie właściwie jest koryto, przechodzimy błyskawiczny kurs wypatrywania właściwej drogi na ogromnych rozlewiskach, pośród których wystają tylko czubki drzew. Sumując prędkości nurtu rzeki i silników, pracujących na "pół gwizdka", pokonujemy w ciągu godziny około 10-12 km. Dzienne przebiegi rzędu 50-60 km nie zaliczamy więc do specjalnych wyczynów. Do pokonania na tym odcinku Wisły, pozostała nam ostatnia przeszkoda hydrotechniczna - pneumatyczny jaz w Połańcu. Przy niskich stanach rzeki gumowa zapora całkowicie przegradzająca koryto rzeki jest nie do pokonania. Tylko kilkudniowe, wcześniejsze poinformowanie obsługi jazu o zamiarze przepłynięcia koło elektrowni może (sic!) spowodować opuszczenie gumowej rury na dno i otwarcie koryta rzeki dla żeglugi. Nas na szczęście ten problem nie dotyczy, z uzyskanych informacji wiemy o około pięciometrowym zapasie wody nad sławną już rurą.

Stale podnoszący się poziom Wisły, przekraczanie stanów alarmowych, a zwłaszcza bliskość powodziowego Sanu, zmusiły nas 1 sierpnia do dłuższego zatrzymania się w Sandomierzu. Ładna zatoczka, tuż u podnóża zamku, dawała nam prawdziwe poczucie bezpieczeństwa, tym bardziej że była sprawdzonym miejscem cumowania miejscowych żeglarzy i pasażerskich stateczków Żeglugi Wiślanej. Choć przyszło nam po kilka razy w ciągu dnia zmieniać długość cum i stale podwyższać ich położenie w stosunku do stromego brzegu, walory turystyczne i krajoznawcze miasta (właśnie tutaj znajdują się najstarsze góry Europy - Góry Pieprzowe, malowniczo położone na prawym brzegu Wisły), jego historia i zabytki w pełni rekompensowały nam przymusowy postój. Tutaj też spotkaliśmy cumującą przy stalowym pomoście kozacką czajkę z załogą wystrzyżoną i ubraną w oryginalne stroje. Atrakcyjność łodzi i jej załogi zrodziły we mnie pomysł zaproszenia ich na Galę Wiślaną do Płocka. Przy pomocy Fundacji Ziemi Sandomierskiej oraz osobistym zaangażowaniu szefa Biura Organizacyjnego akcji "Powitania Unii Europejskiej na Polskich Wodach" Mirka Czernego, pokonując bariery biurokratyczne i wizowe, udało się załatwić zaproszenia dla kozaków i ich czajki. Poprawiająca się pogoda, długie i ciepłe wieczory skłaniają przy ognisku do żywych dyskusji, snuciu opowieści o odbytych rejsach, omawianiu planów na przyszłość, śpiewaniu piosenek oraz dumek w wykonaniu już "naszych" kozaków i Wojtka Kuczkowskiego. Wysoka sierpniowa temperatura, obniżenie się o prawie 3 m wody w rzece i data w kalendarzu wyganiają nas 4 sierpnia z gościnnych brzegów Sandomierza. Choć Wisła jeszcze nie w pełni powróciła do swego normalnego koryta i nadal jest stan podwyższony wody, teraz tylko możemy oczekiwać ciągłego spadku wody. Żegnając na horyzoncie wyniosłą sandomierską skarpę uświadamiam sobie jak piękne mamy zabytki, jak nie doceniamy ich znaczenia, walorów turystycznych, a przede wszystkim jak zupełnie inaczej wyglądają one od strony rzeki.

Słoneczna pogoda i doskonałe humory sprawiają, że żegluga staje się samą przyjemnością. Wisła, choć jeszcze "rozlana", jest naprawdę piękną rzeką. Ze swoimi zakolami, zarośniętymi wikliną brzegami, cudownymi maleńkimi piaszczystymi plażami, mnóstwem wysp i wysepek w nurcie, miejsc do wędkowania, stwarza niezliczoną możliwość biwaku i okazji do obcowania z przyrodą. Jeszcze tylko postój przy sławetnym wodowskazie z 1924 r. w Zawichoście, gdzie przyjmuje nas dyrektor Domu Kultury Maria Sudoł z zespołem folklorystycznym i wybieramy miejsce na następny nocleg.

Kazimierz Dolny już z daleka wita nas wysoką malowniczo usytuowaną wapienną skarpą. Urokliwość miasta, maleńkie wąskie uliczki, rynek ze sławną studnią, Góra Trzech Krzyży, z którego roztacza się fantastyczny widok, w pełni nagradzają gwar, wręcz tłok panujący z powodu właśnie odbywającego się festiwalu filmowego. Mnóstwo gości, w szczególności młodzieży przewijającej się przez 24 godziny po nabrzeżnym bulwarze i wypatrujących wielkich nazwisk świata filmu, wszelkiego rodzaju imprezy towarzyszące, pokazy, wystawy, galerie i koncert muzyki celtyckiej w ostatnim dniu festiwalu, przygotowany na przycumowanej przy bulwarze barce, gra świateł z przepływających rzeką potężnych ognisk, robiły na wszystkich ogromne wrażenie. Zaiste jest to perełka wśród nadwiślańskich miast. Warto jeszcze poświęcić kilka godzin na wycieczkę do pobliskiego Nałęczowa - jednego z najstarszych polskich uzdrowisk, przepięknie zlokalizowanego na terenie Kazimierskiego Parku Krajobrazowego, pełnego starodrzewia. Godna polecenia jest też przystań Kazimierskiego Towarzystwa Wiślanego, z jego sympatycznym i uczynnym bosmanem, dość przyzwoicie wyposażona i z zawsze gorącą wodą. Cóż - jednak wszystko, co dobre szybko się kończy.

Opuszczając Kazimierz Dolny wypływamy już na zupełnie inną rzekę. Przez okres naszego błogiego leniuchowania Wisła powróciła do stanów średnich, a pod koniec naszej żeglugi, nawet do średnio-niskich. Kłania się tu jednak archaiczny sposób oznaczania nurtu "na tykę". Zwłaszcza biało-zielone kije są "doskonale" widoczne na tle otaczającej zieleni. Płyniemy przez z rzadka zamieszkałą część rzeki i dla nas właśnie na tym odcinku rzeka jest najpiękniejsza. Już leniwie płynąca i pełna jeszcze niespodzianek nawigacyjnych, ale nie niebezpieczna. Powstałe podczas powodzi w najmniej spodziewanych miejscach przemiały i przykosy, brak jakichkolwiek oznaczeń żeglugowych wymuszają jednak pamięć o potędze rzeki, która natychmiast karze za brak szacunku do siebie. Po drodze, nie zatrzymując się, mijamy Puławy i Dęblin, który zaprasza widokiem potężnych fortów i kazamatów swojej twierdzy.

W okolicach Kozienic szukamy miejsca na biwak, aby po gwarze Kazimierza, pośród przyrody, przy ognisku i śpiewie spędzić noc. Niestety, wiele pięknych zakątków jest niedostępnych z powodu naniesionej przez wodę, cieniutkiej warstwy mułu, który jest tak śliski, że momentami czujemy się jak na lodowisku. Spokój, ogromna zmienność mijanych miejsc, piękno przyrody, cisza zakłócana tylko przez stada żurawi gnieżdżących się na wiślanych wyspach udowadniają, że określenie "ostatnia tak dzika rzeka w Europie" jest w pełni uprawnione i zasadne. I niech tak jak najdłużej zostanie. Gołym okiem widać braki w infrastrukturze brzegowej. Niewiele jest miejsc, gdzie naprawdę wygodnie można przycumować łódź. Zupełny brak sanitariatów, punktów poboru wody czy kontenerów na śmieci, nie wspominając już o takich "luksusach", jak nabrzeżny punkt tankowania paliwa. Te niedogodności w pełni rekompensuje życzliwość i uśmiech mieszkańców mijanych miejscowości, nie uświadczy się tu jeszcze mazurskiego komercjalizmu, za to na każdym kroku spotkać można zainteresowanie i chęć pomocy. Na jedno na szczęście już nie można narzekać - na zaopatrzenie. W najmniejszej wiosce czy przysiółku, w każdy dzień, łącznie z niedzielami i świętami, można kupić podstawowe produkty spożywcze i posmakować świeżych owoców oraz jarzyn prosto z pola. Uwalnia nas to od robienia ogromnych zakupów w dużych miejscowościach i dźwigania ciężkich toreb, nierzadko ze znacznych odległości.

Nasze rozmarzone, bujające w obłokach głowy, rzeczywistość bardzo szybko sprowadza na ziemię. W Górze Kalwarii, po wpłynięciu do maleńkiej zarośniętej zatoczki, oczom naszym przedstawia się widok zdewastowanej i powoli rozkradanej przystani "Brzanka". Serce się ściska na widok budynku ładnie wkomponowanego w otoczenie, z niezłymi możliwościami lokalowymi, a popadającego w całkowitą ruinę. Gdzie są władze miejskie i osoby odpowiedzialne za takie traktowanie owoców czyjejś pracy?! Kto i kiedy pociągnie ich do odpowiedzialności za takie marnotrawstwo?!

Powoli dopływamy do Warszawy. Wisła płynie tutaj szerokim, leniwym nurtem, z brzegami urozmaiconymi kępami zarośli i ładnymi czystymi plażami, dającymi możliwość rozkoszowania się pięknem przyrody, ciszy i spokoju i to nie więcej jak w godzinę drogi od centrum miasta.

W środę 11 sierpnia we wczesnych godzinach popołudniowych wpływamy do przystani Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego, na Cyplu Czerniakowskim, doskonale chronionym przed wysoką wodą wrotami powodziowymi. Dyrektor przystani, Jerzy Leszczyński, bardzo chętnie gości nas w swoich progach i bezpłatnie oferuje do dyspozycji pełne zaplecze socjalne.

Zawody motorowodne, które mają zamknąć nurt Wisły, powodują, że dzień wcześniej odpływamy z przystani Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego i dumnie przepływając środkiem rzeki, wzdłuż całej Warszawy, cumujemy na nocleg przy dolnych wrotach śluzy Kanału Żerańskiego. Tutaj dochodzą nas pierwsze wiadomości o próbach podpłynięcia kozackiej czajki do Warszawy. Ich coraz większe kłopoty z powodu opadającej wody i stosunkowo dużego zanurzenia czajki (około 80 cm), brak oznaczeń nawigacyjnych, porządnie wydanej locji Wisły, powodują ciągłe wchodzenie na przemiały i mielizny powstałe podczas "wysokiej wody". Tylko z pomocą napotkanych holowników i życzliwych kapitanów pchaczy, płynąc z zawrotną prędkością 5-10 km na dzień, tracą powoli złudzenia, co do swego udziału w Gali Wiślanej w Płocku.

W sobotni poranek, po pokonaniu 520 km rzeki, z tego ponad 100 km na fali powodziowej, 14 sierpnia przekazuję komandorstwo rejsu Bogusiowi Trębali. W gronie powiększonym o łodzie przybyłe z Jeziora Włocławskiego rozpoczynamy następny odcinek rejsu sztandarowego. Nowy komandor, znakomicie przygotowując organizacyjnie swój odcinek, sprawia nam wielką frajdę wycieczką do twierdzy modlińskiej. Ogrom budynków, ich długość oraz usytuowanie w rozwidleniu Wisły i Narwi, niezwykle barwnie opowiedziana historia powstania twierdzy, ponownie potwierdza przysłowie "cudze chwalicie, a swego nie znacie".

Następnego dnia już z daleka wita nas, usytuowane na wyniosłej wiślanej skarpie, opactwo w Czerwińsku, sławne z muzeum misyjnego oo. Cystersów, a niedostępne, niestety, podczas naszego pobytu z powodu odbywających się uroczystości religijnych. Nie zmienia to jednak faktu, że warto tu przycumować i zrobić sobie wycieczkę po tej urokliwej miejscowości.

Żegnając Czerwińsk wypływamy na ostatni etap naszego rejsu - płyniemy do Płocka. Wisła na tym etapie jest bardzo spokojna i płynąc tworzy miejscami szerokie rozlewiska. Mnóstwo wysp, wysepek czy wreszcie piaszczystych łach, tajemniczo porośnięty brzeg, wygodne do cumowania i kąpieli niewielkie wiśliska zapraszają do biwakowania.

Płock oczekuje na nas piękną słoneczną pogodą, wspaniałymi widokami zabytkowej części miasta, a przede wszystkim gościnnością gospodarzy przystani "Morka". Cumuje tu już kilkadziesiąt jachtów szykujących się do udziału w paradzie jachtowej. My zaś, po jednej nocy spędzonej u podnóża zamku, udajemy się kilkaset metrów dalej, do przystani Petrochemii Płockiej, która staje się dla nas miejscem pobytu podczas wszystkich imprez związanych z galą powitania.

Uroczystości przygotowane wspólnie przez władze miejskie, oddział PTTK, Płocki Okręgowy Związek Żeglarski i komandora odcinka, poprzez swoją atrakcyjność i różnorodność wypełniają nam dwa dni pobytu. Parada jachtów pod żaglami dostojnie przepływających przed pełnym widzów miejskim amfiteatrem dopełnia uroczystości Gali Wiślanej w Płocku. Ostatnim akordem kończącym mój udział w Wielkim Sztandarowym Rejsie Wokół Serca Polski były regaty żeglarskie zorganizowane na trasie Płock - Murzynowo, w których nasz jacht zajął drugie miejsce. Wcześniej pokonując rzeką około 650 km. Tutaj też faktycznie była meta mojej tegorocznej przygody z Wisłą.

Na zakończenie chcę wyrazić szczególne podziękowanie mojemu wicekomandorowi rejsu Zygmuntowi Borgowi i jego jachtowi Mak 707 GTK oraz wszystkim niewymienionym tutaj z nazwiska osobom, które z wielką życzliwością nam pomagały. Jeszcze raz dzięki.

Wojtek Skóra
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT