PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 3-4 (16-17)/2004
ISSN 1642-0853

Rejs żeglarski "Iława 2004" przeszedł do historii

Pomysł tego rejsu zrodził się w roku ubiegłym w głowach uczestników jubileuszowego XXV Ogólnopolskiego Rejsu Żeglarskiego "Bałtyk 2003" i był częścią wielkiej operacji zainicjowanej przez Komisję Turystyki Żeglarskiej Zarządu Głównego PTTK pod nazwą "Powitanie Unii Europejskiej na polskich wodach - 2004". W programie rejsu zostały ujęte do przepłynięcia te części wybrzeża Bałtyku, których nie zrealizowaliśmy w ubiegłym roku i w ten sposób żeglarze szuwarowo-bagienni zaliczyliby całość polskiego wybrzeża. Niestety, bariery wizowe i biurokratyczne uniemożliwiły nam opłynięcie Mierzei Wiślanej od strony morza. Dokonaliśmy tego, ale od strony Zalewu Wiślanego, a do Kaliningradu popłynęliśmy wodolotem Żeglugi Gdańskiej.


Inaugurację i uroczyste otwarcie rejsu zrealizowaliśmyw gościnnej Marinie WKŻ PASAT na Brdyujściu w Bydgoszczy, zgodnie z programem 5 lipca 2004 r. o godzinie 18.00, z udziałem 18 sterników i ich załóg. Były szanty, ognisko i zabawa do późnych godzin nocnych. Rano o godzinie 9.00 pierwsza odprawa sterników i zbiórka w śluzie Czersko. Pierwsze śluzowanie, dla kilku sterników pierwsze doświadczenia i o 10.30 byliśmy na naszej pięknej Wiśle - stan wody niski, łachy, przemiały, ale szlak dobrze oznakowany i bez przeszkód, dobiliśmy po 4 godzinach do prawego brzegu na wysokości Chełmna. Biwak na dziko, ale było przyjemnie. Uczestnicy rejsu wrócili z Chełmna zauroczeni jego pięknem i zaklętą w murach obronnych historią - szkoda tylko, że gospodarze miasta nie pomyśleli o małej marinie dla żeglarzy nad brzegiem Wisły. Wieczorem zorganizowaliśmy ognisko żeglarskie - przy nim odbyła się prezentacja załóg, było sympatycznie i rodzinnie.

Rankiem, raczej późnym, odbiliśmy - celem naszym był Grudziądz, w którym także nie ma portu z prawdziwego zdarzenia - na krótko dobiliśmy do brzegu przy ujściu rzeki Trynki. Zwiedziliśmy Grudziądz, zrobiliśmy niezbędne zakupy i opuściliśmy niegościnne, nie zagospodarowane nadbrzeże, aby na dziko, bez gapiów, w towarzystwie czapli i ryczącego na pastwiskach bydła rozbić obozowisko w uroczej zatoczce pomiędzy dwoma ostrogami.

Młodzież, której mamy pokaźną grupkę przygotowała sympatyczne małe ognisko, a rankiem w pierwszych promieniach słonecznych w czystych już wodach Wisły dokonaliśmy zbiorowej oblucji, oczywiście, w strojach kąpielowych. Komandor rejsu wszedł w kontakt z okolicznymi rolnikami i zakupił 10 litrów mleka prosto od krowy, jeszcze ciepłego. Obdarowani mlekiem sternicy i ich załogi na długo zapamiętali smak prawdziwego mleka.

Z żalem opuszczaliśmy to urocze miejsce i popłynęliśmy w kierunku Korzeniewa. Wisła leniwie, ale z dostojeństwem i z jakimś majestatem królewskim, wije się tu wśród pól i lewobrzeżnych klifów.

Na horyzoncie widać zamek krzyżacki w Nowem na brzegu stoi spora grupka ludzi, a wśród nich władze miasteczka i rodzina naszych dwóch seniorów, którzy na swojej małej łódce włączyli się do rejsu. Stefan Giełdon i jego szwagier Henio z Krakowa już od kilku lat żeglują z nami po wodach Polski. Razem mają 158 lat, ale radzą sobie doskonale i nie wyobrażają sobie innego wypoczynku jak pod żaglami.

Jest nas już 61 osób na 19 jachtach, flotylla rośnie w siłę, podskoczyła także średnia wieku uczestników.

Wpłynęliśmy do portu drzewnego w Korzeniewie, a tam spotkał nas zawód, przywitał nas nowy kierownik nadzoru - grzecznie, ale stanowczo odmówił nam gościny, tłumacząc to względami służbowymi. Jego poprzednik - mimo że nic się nie zmieniło w przepisach od ubiegłego roku - przyjął nas gościnnie, użyczając skromne zaplecze sanitarne. Okazuje się, że wszystko zależy od ludzi i ich stosunku do innych ludzi - tego pana skreślamy z listy życzliwych i sympatycznych.

Uzupełniamy paliwo i wodę, i płyniemy dalej. Postanawiamy zanocować w Gniewie. Po godzinie, na lewym brzegu ukazał się zamek w Gniewie. Dobiliśmy do brzegu tuż za przeprawą promową - brzeg jest tu podmokły, nie wystarczyło więc miejsca na naszą flotyllę; rozbiliśmy się na dwie grupy i zorganizowaliśmy obozowisko na noc. Niektórzy uczestnicy rejsu pomaszerowali w miasto, jak mawiają Pomorzanie, a pozostali prowadzili zajęcia w małych grupach, zacieśniając więzy przyjaźni i żeglarskiego solidaryzmu.

Rankiem nasz komandor z Kruszwicy - Andrzej K. wraz z załogą Jasiem, zwanym "Piętaszkiem", wrócili z Pałacu Marysieńki, gdzie za czynności higieniczne otrzymali rachunek w wysokości 50 złotych. Śmialiśmy się wszyscy, żartując, że wliczone w to było na pewno śniadanie, z którego nie skorzystali. W nastroju merkantylno-kpiarskim odbijaliśmy od brzegu, by popłynąć dalej - do Tczewa. Nurt był bystry, oznakowanie rzeki dobre i po blisko dwóch godzinach byliśmy w Tczewie. Widać tu, że władze tego zasłużonego dla Wisły i Marynarki Wojennej miasta mają w planach budowę mariny. Jak na razie witało nas betonowe nabrzeże. Pojedynczo, wykonując manewr pod prąd, ustawiliśmy się przy nadbrzeżu. Nie wyszedł manewr Teodorowi z "Wolnej Kuby" i gdyby nie Jurek, który, amortyzując spotkanie z jachtem Bogusia D., poświęcił swoją nogę, to NASH Bogdana byłby przepołowiony. Za to noga Jurka wymagała natychmiastowej interwencji Pogotowia Ratunkowego i pobytu w szpitalu, gdzie założono naszemu bohaterowi trzy szwy.

Dotarł do nas o własnych siłach do Muzeum Wisły, gdzie uczestnicy rejsu zapoznali się szczegółowo z historią i żeglugą na Wiśle. Oddaliśmy hołd założycielowi muzeum, zrobiliśmy wspólne zdjęcie i szykiem luźnym udaliśmy się na tczewski rynek. Uraczyliśmy się lodami i piwem, wspólnie postanowiliśmy zanocować na przyjaznej żeglarzom śluzie Przegalina. Odbiliśmy od betonowego nadbrzeża, mając nadzieję, że za rok będzie tu ładna marina, i popłynęliśmy wartkim nurtem do Przegaliny. Tam przywitano nas jak starych znajomych, szybko zagospodarowaliśmy się, młodzież przygotowała ognisko, dziewczyny skorzystały ze służbowego prysznica i o godzinie 21.00 wszyscy siedzieliśmy przy ognisku, Rysiu z Wiesiem zaś przygotowali dla całego rejsu jajecznicę ze strusiego jaja - była puszysta i smaczna inaczej.

Rankiem klar na jachtach, maszty w górę i po rozpięciu mostu pontonowego w Sobieszewie całą flotyllą wpłynęliśmy do Mariny Yacht Klubu "Neptun" w Górkach Zachodnich. Bosman przygotował miejsca postojowe dla naszych 19. jachtów, ponieważ sześć na tym etapie ma do nas dołączyć dopiero następnego dnia, tj. 11 lipca, zajmując miejsce tych, którzy udadzą się na Mazury. Cztery dni, które przewidzieliśmy w Gdańsku, przeznaczyliśmy na zwiedzanie Trójmiasta i pływania zatokowe. Pogoda była w kratkę. Tylko niektórzy więc odważyli się wypłynąć na Zatokę Gdańską - wiało 6° w skali Beauforta, w porywach zaś do 8°. Bezpieczniejsza była droga śródlądowa Martwą Wisłą, którą dopływaliśmy do mariny gdańskiej i turystycznie konsumowaliśmy atrakcje Gdańska. Jedną z większych atrakcji było spotkanie z Jurkiem Kulińskim - znanym autorem książek i poradników żeglarskich. Przybył do nas z żoną, o której wypowiadał się z taką atencją, że serce rosło. Przez przeszło trzy godziny opowiadał nam zaś o urokach pływań morskich, zawiłościach przepisów i o swoich doświadczeniach w walce z głupotą i niekompetencją urzędów. Skończyło się na wpisach autorskich i udekorowaniu Jurka czapeczką rejsową.

Na osobne słowo uznania zasługują gospodarze Mariny Yacht Klubu "Neptun", którzy stworzyli nam komfortowe warunki postoju za przystępną cenę - dziękujemy Ci Andrzeju Ch. i zgłaszamy Twoją marinę do konkursu "Przyjazny brzeg". Było miło i wietrznie, jednakże trzeba było realizować program. W zmniejszonym składzie, ale silni i zwarci, 13 lipca wypłynęliśmy z gościnnej mariny. Po roszadach jest nas więcej - na 25. jachtach płynie 87. żeglarzy, powiększyła się grupa młodzieży, która nadawała ton i swoisty smaczek wieczornym ogniskom żeglarskim.

Pokonaliśmy śluzę w Przegalinie, kilka kilometrów w górę Wisły i na prawym brzegu witała nas już śluza Gdańska Głowa, zdążyliśmy jeszcze przed godziną 16.00, co skutkowało normalną opłatą, i byliśmy już na Szkarpawie. Nocleg mieliśmy za mostem w Rybinie. Ranek powitał nas pogodny, ze sprzyjającym wiaterkiem. Spięci burtami, utworzyliśmy kwadromarany; pchani fordziakiem podziwialiśmy piękno Żuław i niezwykły urok Szkarpawy, ukwieconej nenufarami i liliami - czuliśmy się jak królowie stąpający po cudownym dywanie natury utkanym specjalnie dla nas.

Po dwóch godzinach wpłynęliśmy na wody Zalewu Wiślanego, minęliśmy lewą burtę boję zwaną Kaszycą i wzięliśmy kurs na Kąty Rybackie - zawsze gościnne dla żeglarzy. Z pewnymi kłopotami, bo miejsca było mało, przycumowaliśmy przy nadbrzeżu, wykorzystując każdą wolną przestrzeń, ale i tak kilka jachtów cumowało nie opodal, na plaży. Zjawił się też człowiek orkiestra - dobry duszek tego portu - Janusz K. Pomógł nam zorganizować ognisko, poinformował o aktualnych atrakcjach i odbywających się imprezach, obdarował gadżetami i samochodem Straży Miejskiej odjechał. Rankiem zwiedziliśmy Muzeum Zalewu Wiślanego, zrobiliśmy zakupy i popłynęliśmy do kurortu Krynica Morska.

Pamiętaliśmy ten port i jego "uroki" z poprzedniego rejsu, dlatego przy ognisku w Kątach Rybackich urabialiśmy Neptuna, co rusz przypijając do niego, aby był łaskawy i nie zsyłał nam wiatrów północnych i północno-zachodnich.

Płynęliśmy sporym łukiem, przedłużając żeglowanie po tej dużej wodzie, i po trzech godzinach weszliśmy do Krynicy Morskiej. Tutaj miejsca był dostatek, ale zafalowanie w porcie duże i trzeba było szukać miejsca w miarę osłoniętego, a o to było trudno. Jakoś się poupychaliśmy, pomogli nam przy tym "Misie" - klan Andrzejów, którzy oczekiwali tu na nas. Było już więc 28 jachtów i 95. uczestników. Nasi żeglarze wtopili się później w tłum wczasowiczów, chłonąc atmosferę wypoczynku, relaksu - pełnego luzu i swoistego uroku tego miejsca.

Nazajutrz już o godzinie 8.30 wypłynęliśmy, niestety wodolotem, do Kaliningradu - jako ostatnia grupa na tzw. wizę grupową. Mieliśmy sześć godzin na zwiedzanie tego historycznego portu. Wynieśliśmy mieszane wrażenia, przeważały jednak odczucia smutne - mimo tętniącego życiem miasta przebija się upiór zniszczeń wojennych i jakiejś dziwnej tymczasowości. Wypłynęliśmy z przeświadczeniem, że dobrze się stało, iż nie zawitaliśmy tu naszą flotyllą - ten duży port nie jest przygotowany na przyjmowanie takiej liczby jachtów. Warto było jednak osobiście przekonać się i zobaczyć to legendarne miasto o wielu nazwach.

17 lipca - w sobotę - popłynęliśmy do Fromborka. Pogoda była piękna, wiała trójeczka - sama przyjemność żeglowania turystycznego. Zaliczyliśmy atrakcje Fromborka, odwiedziliśmy puste mimo sezonu knajpki, pożywiliśmy się i postanowiliśmy spędzić noc w pobliskim Tolkmicku, licząc na dobrą rybę.

Urok żeglowania zakłócił jednakże smutny telefon z mojego ukochanego Kalisza, szybka decyzja i wraz z żoną pojechaliśmy do grodu Asnyka - matczyne serce słabło, wymagało synowskiej terapii.

Dowodzenie przejął Andrzej Kornaszewski i prowadził rejs do Elbląga - naszego portu etapowego w "HOMIE" u Walasa. Rozczłonkowały się nasze siły - niektóre załogi wróciły na Wisłę, inne slipowały, kończąc rejs, a pozostali w sile 18 jachtów kontynuowało żeglarską przygodę. Wróciliśmy własnym samochodem do Elbląga i na czele uszczuplonej flotylli pokonaliśmy unikatowe pochylnie, kanały, dostając się na Pojezierze Ostródzko-Iławskie. Zaliczyliśmy Małdyty, Miłomłyn, ominęliśmy - zgodnie z podjętą demokratycznie decyzją - Ostródę i popłynęliśmy na Jeziorak. Zatrzymaliśmy się w Siemianach - tu dobiły do nas kolejne jachty ze znanymi sternikami: Maćkiem G. i Grzegorzem P., oraz grupa włocławska. Ponownie rośliśmy w siłę. Opłynęliśmy Jeziorak, zaliczyliśmy kuchnię p. Zosi w Małdytach i na noc spłynęliśmy na wyspę naprzeciwko Siemian. Zdyscyplinowani sternicy, było ich niewielu, przywieźli ze sobą chrust na pożegnalne ognisko - wystarczyło go do godziny 24.00.

Punktualnie o godzinie 21.00 - 100% uczestników rejsu zasiadło przy ognisku. Niezawodna żeńska załoga Marka Jankowiaka z Ostrowa przygotowała program - pokazała się także nasza młodzież, prezentując własne utwory. Było wesoło, ale i trochę nostalgicznie - czuliśmy, że kończy się nasza przygoda i przychodzi czas rozstania. Była także niespodzianka - wspólnie z Ewą Walczak, załogantką Marka J., wymyśliliśmy pseudonimy i odbyliśmy wirtualny chrzest z realnymi świadectwami. Spostrzegawczość Ewy zaowocowała celnymi psychologicznie ksywami naszych neofitów - uznano to jako dobry żart.

Zgodnie z programem 24 lipca, w sobotę, po południu dopłynęliśmy do celu naszej podróży - mariny "Pod Omegą", dzierżawionej przez żeglarską rodzinę Kasprzaków w Iławie.

Osobiście witał nas gospodarz p. Stanisław, wskazując keję, do której mieliśmy dobić. Atmosfera zbliżającego się zakończenia udzieliła się wszystkim. Krzątanie, klarowanie, pakowanie - taka jest już kolej rzeczy, ale zebraliśmy się pod parasolami, aby zaplanować trasę rejsu w 2005 r. Padły dwie propozycje: pierwsza większościowa - płynąć na Zachód, docelowo opłynąć niemiecką wyspę Rugię i wrócić do Bydgoszczy morzem oraz Wisłą; druga mniejszościowa - odpocząć po tych dużych rejsach na Zalewie Koronowskim. Sądzę, że zrealizujemy oba rejsy - oczywiście zależy to od nas samych.

W lipcową niedzielę (25.), o godzinie 10.00 zebraliśmy się na uroczyste zakończenie. Komandor wygłosił krótką przemowę oceniającą XXVI Ogólnopolski Rejs Żeglarski PTTK i Wojska Polskiego "Iława 2004", nastąpiło wręczanie drobnych upominków i pamiątek, uściski, całusy i postanowienie, że się spotkamy za rok.

Skończyła się kolejna żeglarska przygoda - było jak zwykle fajnie.

PS Rejs mógł dojść do skutku tylko dzięki życzliwości Zarządu Głównego PTTK, a osobiście sekretarzowi generalnemu Andrzejowi Gordonowi i firmie Gas de France, która wsparła nas finansowo - za co serdecznie po żeglarsku DZIĘKUJEMY.

Komandor rejsu Edward Kozanowski
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT