PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik 3-4 (16-17)/2004
ISSN 1642-0853

Posmak zgasłej epoki

Stary ród góralski Bustryckich przez dziesiątki lat gospodarzył na Hali Gąsienicowej. Stary Jędrzej Kasprzak Bustrycki to postać nierozerwalnie związana z tym miejscem, która pozostała we wspomnieniach licznych turystów i darzona jest przez nich wielką sympatią. Podobnie jego żona - Agnieszka, powszechnie zwana Babką lub Bustrysią - była osobą charakterystyczną na Hali. Wraz z dziećmi prowadzili kolejno trzy schroniska. Dzieje jednego z nich - "Wyżniego" - są dramatyczne.


Już ponad sto lat temu turystyka tatrzańska w szczególny sposób związana była ze schroniskami. W zarodku działalności Towarzystwa Tatrzańskiego, jak grzyby po deszczu wyrastały altany i schrony - zwiastuny przyszłych schronisk. Niektóre z nich ze starości umarły śmiercią naturalną, zostały przypadkowo spalone albo porwane przez lawiny. Dziś przeszły już do historii. Później wśród dziewiczych lasów i polan, a potem przy uczęszczanych tatrzańskich szlakach powstawały coraz wygodniejsze domki. Jedne były przytulne i bliskie poszukiwaczom górskich wrażeń, inne "zimne" i niezbyt sympatyczne. Dla wędrującej, górskiej braci miały one duże znaczenie. Dawały nie tylko schronienie przed zimnem, wiatrem, śniegiem lub deszczem, ale właśnie tam nawiązywało się znajomości i przyjaźnie. Niektóre obiekty zostały już zapomniane, ale były i takie, o których mówi się do dzisiaj. O boska swobodo minionych czasów i raju przygodnych schronisk - pisała Wanda Gentil-Tippenhauer i Józef Oppenheim.

Jednym z najprzyjemniejszych schronisk, zbudowanych w okresie międzywojennym, było prywatne:

Jędrzej Kasprzak Bustrycki rok 1913 (fot. Arch Muzeum Tatrzańskiego)

Schronisko "Wyżnie" Bustryckich

na Hali Gąsienicowej. Gazda z Bustryku - Jędrzej Kasprzak Bustrycki - równocześnie długoletni baca to postać nierozerwalnie związana z tym miejscem, która pozostała we wspomnieniach licznych turystów i darzona jest przez nich wielką sympatią. Podobnie jego żona - Agnieszka, powszechnie zwana Babką lub Bustrysią, była osobą charakterystyczną na Hali. Odkąd ją pamiętam, zawsze tak samo wyglądała. Drobna, schylona do ziemi, zawsze czymś zajęta, z uśmiechniętą twarzą i dobrymi jasnymi oczami. Gdy w izbie siedziała, to ciągle coś myła - garnki, szklanki, patelnie - schylona nad cebrzykiem, milcząca. Rzadko tylko można było z nią gadać, zwykle wtedy, kiedy lato już przeszło, gości nie było. Robota wtedy ustawała, Babka miała więcej czasu, mogła se na chwilę przysiąść i pogwarzyć. Dziw, skąd się tyle sił roboczych brało w tej ponad siedemdziesiąt lat liczącej babce?! - napisał we wspomnieniach Marian Maurizio-Abramowicz.

Początkowo stary Jędrzej przez długie lata gospodarzył w drewnianym schronisku Towarzystwa Tatrzańskiego. Nie było jeszcze pociągu. Dziadek kupił jednego konia i aż do Krakowa jeździł po panów - wspomina jedna z wnuczek, Helena Bobak. - Dwa dni jechał do Krakowa i dwa dni z powrotem. Nabrał dziesięciu, piętnastu gości, inżynierów, profesorów. Później to byli stali goście. Jeden namawiał drugiego. Mąż Heleny, Stanisław Bobak, dodaje - Jej dziadek wcześniej miał jakiegoś małego konika, takiego żółtego hucuła i przy jego pomocy na górę wywoził klamry i łańcuchy do budowania Orlej Perci, do ubezpieczenia szlaków.

W mojej rodzinie po Bustryckich to była moja mama i jej brat, mój wujek - opowiada Helena Stachoń - Razem gospodarzyli do 1935 roku, do chwili, kiedy dziadek zmarł. Potem się rozłączyli. Jeden rok siedziała mama, a drugi rok wujek. A wybudować, to my swoim kosztem wybudowali, tylko że to była wspólna parcela i nikt nie mógł mieć swojego. Mogli to odsiedzieć, sami czerpiąc zyski, do 1939 roku. Największe prawa do wypasu na Hali mieli Bustryccy, ale zyski ze schroniska dzielono według serwitutów: Współwłaściciele tego gruntu mieli proporcjonalne udziały. Ustalano cenę na każdy rok, a prowadzący schronisko musiał ją zapłacić już na początku każdego roku - wspominają.

Babka na schodach 'Wyżniego' schroniska rok 1920 (fot. Arch Muzeum Tatrzańskiego)

Na własny rachunek

Z czasem dziadkowie Bustryccy wybudowali prywatne schronisko "Betlejemkę". Najprawdopodobniej zostało ono wzniesione z początkiem lat dwudziestych. W jego prowadzeniu pomagały ich dzieci, które odziedziczyły imiona po rodzicach - Agnieszka i Andrzej. Później rodzeństwo całkowicie przejęło "Betlejemkę", a w roku 1928 nie opodal wybudowało większe drewniane "Wyżnie" schronisko. Dziadek do końca życia nie rozstał się z Halą Gąsienicową, a Bustrysia zeszła na dół w rok po jego śmierci, w roku 1936. Staremu Jędrzejowi wolne chwile wypełniała gra na dudach, a Babce - przędzenie wełny.

Potomkowie dziadków Bustryckich

W Zakopanem, w Bustryku i w Czerwiennem mieszkają ich wnuki. Z sentymentem i wielką tęsknotą mówią o Hali Gąsienicowej. Zostały tam zaniesione jako maleńkie dzieci.

Mnie rodzice wynieśli, a może wywieźli. Nie miałam wtedy więcej niż cztery latka. Byłam najstarszą w domu. I mieszkałam tam, zanim nie poszłam do szkoły. Wtedy stała tylko ŤBetlejemkať, ale była taka malutka, zupełnie w innym stylu niż teraz. Przebudowali ją dopiero w roku 1936. Później bywałam tam w czasie wakacji. Dawniej trzeba było pomagać. A roboty nie brakowało. Wodociągu nie było, światła nie było. Musiałam lampy naftowe myć. - przypomina sobie wnuczka Bustryckich Helena Stachoń, która najdłużej mieszkała na Hali. W literaturze tatrzańskiej wspomniano o niej w kilku miejscach. Występuje tam jako Helcia.

Wyżnie schronisko Bustryckich (fot. Arch Prywatne)

Podobnie zapamiętała okres dzieciństwa Maria Gawlak Mikuda, siostra Heleny Stachoń: Byłam na Gąsienicowej od małego dziecka, potem poszłam do szkoły, tam, za Gubałówkę do Czerwiennego. Później miałam dwanaście, może trzynaście lat i mama znowu mnie tam dała. Przez jakiś czas siedziałam tylko ze służącymi, musiałam sama gazdować.

Trudne początki

W schronisku Bustryckich było ponad sześćdziesiąt miejsc do spania. Natomiast "Betlejemka" dodatkowo mogła pomieścić około pięćdziesięsięciu osób. Były tam łóżka piętrowe. Zaczynano jednak inaczej. Nojtrudniejse były pocontki. Srazu nie było pokoi na górze, bo nie było fundusów wykońcyć. Tam była taka jedno izba. Późniyj rozbudowali, dachu prziycynili. Wtedy było cheba siedem pomiysceń. Na łózkach była nakładziona słoma i przykryta prześcieradłem. Potem juz były piyrse sienniki, coroz to lepsa wygoda. A downo to mielimy koce z wełny naprzendzione. My je sami robili i pod tym panowie spali. Nie było takik kocy, ani kołder jak dzisiok - tłumaczy Helena Bobak. - A jak prziysła wyciecka, to nawet na podłogak spali, gdzie bondź. Z czasem - gdy w roku 1947 schronisko objęła Maria Gawlak z mężem - kupiono już żelazne łóżka piętrowe z materacami, pochodzące z firmy Januszkiewicza. Takie łózko kosztowało wiyncyj jak krowa - mówi.

Na parterze znajdowały się dwa pokoje dla turystów, jeden duży - na dwanaście osób - przypomina sobie Helena Stachoń. - Na parterze był też pokój dla nas, obok kuchnia i jeszcze jedno pomieszczenie jako zaplecze kuchenne. Na górze było sześć pokoi. Najmniejszy pokój na pięć osób, a tak, to po dziesięć. A wzdłuż całego domu biegła oszklona weranda. Wszystkie schroniskowe pomieszczenia ogrzewano piecami z cegły lub kafli. Paleniem zajmował się jeden z pracowników. Węgiel dowożono z Zakopanego, a drewno znajdowano na miejscu. Tylko w czasie okupacji Niemcy pozwolili wycinać kosówkę, z czego górale byli zadowoleni.

Maria Bukowska (Gawlak Mikuda) przędzie wełnę na werandzie schroniska (fot. Arch Prywatne)

Na nosidłach

Pracę w schronisku utrudniał brak prądu i wody. Pomieszczenia oświetlano lampami naftowymi, natomiast wodę brano z "Murowańca" i przynoszono ją w wiadrach. Używano do tego nosideł.

Tyn dziadek Bustrycki zacon kopać studnie - tłumaczy Stanisław Bobak. - Woda wychodziyła pomiendzy skole, tak do góry. A dziadek sobie tak planował, ze jak sie dokopie tam do spodku, to woda mu pódzie. Kopoł tak dwa roki te studnie. I sialowoł, bo sie straśnie zesypało, bo to było syroko. Kopoł studnie na osiymnoście metrów głymboko. A te kamiynie sie stale zawoziły. A potem sie zawiezło, cała ta studnia sie zaschła i woda sie wróciyła. Teroz tryska koło ŤBetlejemkiť. Nie było mondrego cłeka, coby sie dostać do zywyj wody. Potem mielimy z ŤMurowańcať wode ciongnońć, juz rury my kupili, ale sie nie dało.

Popod "Betlejemkom" była taka rynienka. Jak było po dyscu, to nosilimy stamtela. Cysto, dobro woda była. W zimie, to śniegu my natopili. Ale wydzielalimy gościom wody. Dawalimy dwa, trziy litry do mycio na miednicy - dodają Mikudowie.

Niemało kłopotu sprawiało pranie pościeli. Jedni wozili do domu w Czerwiennem, drudzy borykali się z tym na Hali. Pranie robiło się w rękach na górze - mówi Maria Gawlak. - Prasować też się nie dało. Pościel układaliśmy na kosówce. Później się przyłożyło deskami i kamieniami. Sama się zależała. Najważniejsze, że była czysta - śmieje się.

Przed schroniskiem (fot. Arch Prywatne)

Na plecach i koniem

Towar do schroniska wynoszono na plecach lub wywożono koniem. Najkrótsza droga wiodła przez Boczań i Skupniów Upłaz. Natomiast zimą zaprzęgano sanie i na Halę udawano się przez Brzeziny. Bieda była tam wyjechać. Bieda jaki groś zarobić. A dziadek Bustrycki był juz taki mocny, ze siedemnoście butelek piwa na plecak wynosił, bo na tym zarobioł. Duzo płacili za piwo. A piwo pili nie tak jak teroz, ba takie piwo jak zacon wiecór, to do rania go pił. Tak smakowali - opowiada dalej Helena Bobak. - Roz, jak jechali koniem do góry, to sie wóz wywalił i do Jaworzynki sie stuloł. Wtedy porwało i konie, taki był wiater bez Bocoń. Wyrzuciło wszystek towor.

Mieliśmy trzy mocne konie, które wędrowały góra - dół, góra - dół. Wtedy wozy nie miały jeszcze gumowych kół, tylko takie drewniane. Woziliśmy żywność, przeważnie chleb, herbatę, cukier, mięso, a także śmietanę, mleko. Ludzie dawniej więcej pili mleka. Przywoziliśmy go w obońkach, bo nie było takich borni, jak dzisiaj. Mleko mieliśmy swoje, bo w domu było chyba z osiemnaście krów. Z Czerwiennego służący musiał bardzo wcześnie wyjeżdżać - wspomina Maria Gawlak.

Na zimę robiono zapas węgla, ziemniaków, cukru oraz innych najpotrzebniejszych i trwałych produktów. Mielimy piwnice jak w domu na gospodarstwie - podkreślają.

Na Hali Gąsienicowej - pierwsza z lewej stoi babka Bustrysia, pierwszy z prawej to baca Galica, bez kapelusza siedzi Jędrzej Bustrycki (fot. Arch Prywatne)

W gospodzie

Bustrycy prócz noclegów prowadzili też gospodę. Można tam było dostać bigos, kaszę gryczaną lub ziemniaki ze zsiadłym mlekiem i jajko sadzone, a także kiełbasę na gorąco czy jajecznicę.

Było i tak, że wycieczki, które szły do Czarnego Stawu, po drodze zamawiały sobie jedzenie. Czasami nie mieli pieniędzy na cały obiad, który przed wojną kosztował 1,50 zł. Zanim wrócili, to jedzenie było gotowe - zupa ugotowana albo mięso upieczone. Turyści nosili też ze sobą prymusy na spirytus denaturowany. Czasem sami warzyli - dorzucają.

Ze Zokopanego ciostkarnik chodził i takie pudełko z ciostkami mioł na głowie, coby sie nie zgniotły. Jak cłek łaknon takiego ciostka. Drogie, bo drogie, ale kielo sie nom kciało. Kielo my pytały, coby ciostko nom kupić. A jak goście go uwidzieli, zaroz te ciostka poprzedoł - wspomina z błyskiem w oku Helena Bobak.

Zapewne niektórzy pamiętają jeszcze takie dobre czasy, kiedy na szlakach turystycznych stały góralki, oferując zsiadłe mleko, śmietanę, żentycę lub herbatę. Takie sceny poszły już w zapomnienie. Mozno było dostać syr, oscypki. Mlyka i zyntycy sie napić. Turysty prziysły, syćko wykupili. Popod Kasprowy Wierch była druga bacówka, Galicy. To juz on tam wyprzedoł syćkie oscypki - opowiadają panie. - Kobiety to sprzedawały mlyko i herbate. Wzieny śklonecki i wody do pomywania. Na Hali paśli krowy, potem z tym mlykiem nie było co robić. Potrafili górole z mlykiem na Świnice chodzić, na Zawrat. Wynosili na plecak. A na Karcmisku, to stale byli.

Schroniskowi goście

Kiedy na tatrzańskich halach pasły się owce i krowy, po górskich ścieżkach wędrowali nieco inni turyści niż dzisiaj. Downiyj turyści nie byli tacy jak dzisiok. Ej, biedoki. Torbecke takom, plecocek mały mieli - opowiada Helena Bobak. - Nie było tak piyniedzy u turystów. Nawet na herbate choćkie nie mieli. Babka casem darmo dawała, jak byli biedni jacyś. Byli tacy ludzie starsi, zasłuzeni. Nie było dzieci - dodaje.

Byli tacy, co stale przyjeżdżali. Jesienią zawsze przebywał Jalu Kurek. Wtedy wiały straszne wiatry, lecz on to lubił. Zajmował kilkuosobowy pokój i płacił za wszystkie łóżka. Nikogo nie chciał mieć w pokoju, żeby mu nie przeszkadzać. Ile chciał, tyle siedział i pisał przy lampie naftowej -przypomina sobie Maria Gawlak Mikuda.

Częstymi gośćmi schroniska byli zakopiańczycy, a przede wszystkim przewodnicy - Andrzej Marusarz stary, Stanisław Gąsienica Byrcyn, czy Wawrytkowie. Pamiętam Marusarza w tych portkach góralskich. Przewodników to wszystkich znałam, bo to dawniej ludzie chodzili na wspinaczki z przewodnikami - podkreśla. Była to również baza taterników.

Wszystkie panie z żalem wspominają życie towarzyskie na Gąsienicowej - Przyszła niedziela, a górale szli, grali, śpiewali. Przyszli do schroniska. Daliśmy im zjeść, wypić. Cieszyliśmy się. Było bardzo wesoło.

Schronisko było otwarte cały rok, lecz najwięcej gości przyjeżdżało w zimie. Sezon zaczynał się w Boże Narodzenie i kończył w Wielkanoc. Miłośnicy narciarskich wędrówek spali wówczas nawet w jadalni i na poddaszu bez ogrzewania.

Przyszedł czas wojny

Schronisko opustoszało. Pojawiali się jedynie kurierzy, uciekinierzy lub osoby, którym groziło niebezpieczeństwo. To był martwy sezon. Ale trza było siedzieć i pilnować schroniska. Oj, bojno było. Kiedy wzienak dwa półlitrowe gornusecki masła, bo to nie było hań co jeść, to dobrze, ze mnie Niemcy nie wzieni - stwierdza Helena Bobak.

Przebywałam tam w czasie wojny. Byłam z bratem albo ze służącym. A dużo nocy i sama przespałam. Nieraz i mysz mnie straszyła. I gestapo nachodziło, rewizję robili. I tak jakoś szczęśliwie przeżyliśmy - dodaje Helena Stachoń.

Utrata majątku

Wydawało się, że po wojnie nadeszły spokojne czasy. Jednak dla Bustryckich okazały się koszmarem. Wprowadzona w roku 1950 reforma rolna doprowadziła do odebrania im całego majątku, łącznie z dwoma schroniskami na Gąsienicowej. Zrobili z nas kułaków - nadmieniają. Przez następne lata prowadziło je Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. W tym czasie do "Wyżniego" doprowadzono wodę i prąd.

W schronisku Bustryckich robiłak, kiedy remontowali murowane. To był początek lat pięćdziesiątych. Byłam tam dwa lata - wspomina Ceśka Słodyczka, która przez dziesięć lat pracowała w "Murowańcu". Z tego okresu utkwiła jej w pamięci taka historia:

Czyn Stalina

Były takie dwie panie, pamiyntom je jak dziś. Jesce w schronisku Marcinowsko była. I te panie tak wiecór późno sły. Jo ta myślołak, ze idom zajrzeć kany do góry i bedom wracać. No, ale paniów ni ma, i ni ma. Patrzem rano, panie idom. Jedno stoi i tupko nogami na ty werandzie.

- No skądeście sie panie wzieny? - pytom.

- A wie pani, my sły tu wiecór - mówiom.

- No, dy jo wos widziałak - godom do ty pani.

- My sły pod Kościelec Mały robić cyn Stalina i chorongiew wbijać - tłumacom.

- No wiecie, cy one som niepowazne - jo se pomyślałak

- No pani, ale palce zamarźniente syćkie - godom.

Pytały, cy je jakisik doktor - opowiada dalej Ceśka Słodyczka. - Całom noc stały prziy tyj chorongwi, tam jom wbiły i zostawiły. A w schronisku był prawie Józek Krzeptowski.

Ujku, pódźciez, bo baby robiyły cyn Stalina, pewnie majom nogi przemorźniente - wołom.

Psiokrew, nie godojze - mówi Ujek.

A jo juz widziałak, ze palce w rencak zamarźniente. Kieby jesce miały renkawice o jednym palcu, to jest cieplej, ale o tyk jednyk palcak? To straśnie niedobre. No i Krzeptowski wstał i godo tak: - Naryktuj miednice. W jednej zimnej wody, w drugiej goroncyj. Trza te buty łozpruć.

- Nie, bo to nie moje - mówi pani.

Co one godajom - myślem se. Nie dały se ani renkawicek zdjonć, bo renkawicki ze skórom sły. Późni Ujek ucył, ze majom kłaść zmarźniente nogi i rence do jednej i drugiej miednicy, tak na przemion. I pyto sie mnie, cy mu pomogem wieźć na Karcmisko tobogan.

- No, jakoz to bedziecie ciongnonć? - pytom.

- Jednom na drugom, skoro cyn robiyły - mówi Krzeptowski.

I załadowoł jednom na drugom, zawionzoł i zaobkrencoł snurkiem. Wyciongneli my na Karcmisko. A reśte ik Józek zwiózł. A potem sam juz wyjechoł kolejkom. Kie prziyseł do schroniska, tak mi godoł: Wiys co, bedzies widziała, jaki bedzie cyn Stalina. Palcy nie bedzie ani w nogak, ani w rencak. Józek Krzeptowski mówił, ze kilka palców miały poobcinanyk.

No, potem ta jedna pani prziysła w lecie. Ona kciała, cobym jom nie poznała. A jo sie jom pytom: Pani, idziecie robić cyn Stalina? Widziołak jak het pozrywali palce w rencak i w nogak. Miała takie malućkie. Taki miały cyn Stalina - zakończyła opowieść pani Cesia.

Ponownie na Hali

W roku 1957 - po wielu zabiegach o oddanie obiektów na Hali Gąsienicowej czynionych przez potomków starego Jędrzeja - w "Wyżnim" schronisku ponownie gospodarowali Bustryccy, a za jakiś czas oddano im "Betlejemkę". Oddano nam gołe ściany - zaznaczają. Niestety, radość nie trwała długo. Z początkiem lat 60. Sanepid nakazał remont schroniska, na co nie zgodziło się ówczesne kierownictwo Tatrzańskiego Parku Narodowego. Schronisko opustoszało. Ludzie wybijali okna, do środka nawiało śniegu, deszczu - opowiada Antonina Bukowska, żona Andrzeja. - Później przyszli jacyś inżynierowie i powiedzieli, że to na rozbiórkę. Schronisko wcale nie było zagrzybione, tak jak stwierdzili. To rozbierał park tatrzański. Wystarczył tylko remont, tak jak w przypadku ŤBetlejemkiť. I ono też by stało do dzisiaj. Komuna dwa razy zabrała nam schronisko. No, a później to już przymusowo wszystkich wywłaszczyli. Za te pieniądze kupiliśmy później parcelę na Bystrem i zaczęliśmy budować - mówi z żalem. W jeden dzień namyślili, a w drugi rozwalili schronisko - dorzuca Helena Bobak. Przez jakiś czas pozostali jeszcze w "Betlejemce", lecz w roku 1973 zostało przejęte przez Klub Wysokogórski.

W roku 1968 "Wyżnie" schronisko Bustryckich zniknęło z powierzchni ziemi. Dzisiaj nie pozostał po nim żaden ślad.

***

Od początku istnienia "Wyżniego" schroniska aż do roku 1939 prowadziło go rodzeństwo - Agnieszka Bukowska z d. Kasprzak Bustrycka i Andrzej Kasprzak Bustrycki. Na Hali Gąsienicowej wychowywały się ich dzieci, które później tam gospodarzyły. Pilnowały go również w okresie okupacji. Od końca wojny do roku 1947 gaździną była córka Agnieszki - Helena Stachoń z d. Bukowska. Później gospodarstwo na Hali przejęła od niej siostra - Maria Gawlak Mikuda z mężem Józefem, którzy pozostali tam do 1950 r. Po odzyskaniu schroniska w roku 1957 prowadził go syn Agnieszki Bukowskiej - Andrzej Bukowski z żoną Antoniną. Byli oni ostatnimi gospodarzami i jednocześnie świadkami dramatu, który rozegrał się na Hali Gąsienicowej.

Jolanta Flach
Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT