PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
2 (15)/2004
ISSN 1642-0853

Zwyciężyć górę i swoją słabość

Warkot silnika, szum w uszach, upajający pęd motocykla i... traach! Twarde, bardzo twarde lądowanie na drzewie. Film się urywa, wznowienie - na szczęście, na łóżku szpitalnym. Wydawało się, że młody wtedy Krzysztof Gardaś z Żywca, zapalony górołaz i wspinacz, na zawsze zostanie doń przykuty. Po pewnym czasie w oczach i myślach zaczęły powracać przeżyte chwile, wspaniałe górskie widoki. - Muszę do nich powrócić! - powiedział sobie. I wrócił.

Pod koniec marca br. w uroczym podwałbrzyskim schronisku PTTK "Andrzejówka" na zaproszenie jego kierownika ­- sympatyka wszystkich plecakowców - pana Tomka, Krzysztof Gardaś spotkał się z dużym gronem tych, którzy chcieli zobaczyć niezwykłego człowieka i poznać jego osiągnięcia.

Redakcja: Panie Krzysztofie, to wprost niewiarogodne, przecież miał Pan już być na zawsze przykuty do wózka inwalidzkiego?!

- Rzeczywiście, spędziłem na nim dwa lata, od wypadku w 1991 r. Już jednak po kilkunastu miesiącach, gdy poczułem, iż muszę wrócić w góry, zacząłem ćwiczyć swoje ręce. Bo nogi, niestety, mam już na zawsze mocno niewładne, a ciężkie uszkodzenia kręgosłupa i narządów wewnętrznych stale dają o sobie znać. Dla wspinacza ręce są najważniejsze, a ja i tak nie miałem wyboru. W końcu potrafiłem poddźwignąć się na jednej ręce z wózkiem na kilka metrów. Wtedy poczułem, że mam szansę.

I w góry?

- Nie tak od razu! Intensywna rehabilitacja ogólna, zabiegi, wreszcie metr po metrze, krok po kroku, oczywiście z kulami zacząłem chodzić. I w 1993 r. byłem już na Wyżynie Częstochowskiej. Początki były piekielnie trudne. Na Grójec (612 m n.p.m.), który jest 15 minut od mojego domu, szedłem pierwszy raz... dwa dni, z noclegiem po drodze. Pierwsze znów wejście na Babią zajęło mi trzy dni, dziś robię to w trzy godziny. Od dziecka patrząc i chodząc po Beskidzie Żywieckim wprost musiałem wrócić w ten piękny świat.

Taki był początek, a potem?

zdjecie

- Przyszedł mi do głowy szaleńczy, jak większość myślała, pomysł wejścia na Mount Blanc. W towarzystwie przyjaznych druhów (niestety, muszę mieć zawsze asekurację i wsparcie, nie mogę też nosić nic cięższego) wybrałem się tam w 1995 r. Nie udało się, ale nie zrezygnowałem. Po roku - znów tam byłem i... wszedłem! Nie obyło się bez dramatycznego momentu. Niedaleko szczytu doszła nas grupka, a znajdująca się w niej Francuzka stale mnie przepuszczała, choć byłem temu przeciwny - przecież ja tylko hamowałem ich tempo. Ale to chyba uratowało mi życie. Otóż dotarliśmy do ostatniego schronu, takiego blaszaka, do którego trzeba było dostać się po podwieszonej metalowej drabince. Chciałem znów ją puścić przodem, bo mnie to mogło zająć sporo czasu, a tu już zbliżała się burza. Nic z tego, musiałem ruszyć pierwszy. Zawisłem więc rękoma na drabince podciągając się wyżej, a tu jak nie gruchnie piorun! Patrzę z przerażeniem w dół: grupka porażona, na dwóch osobach, w tym na tej właśnie Francuzce pali się odzież... To mogłem być ja, a moje osłabione serce pewnie nie wytrzymałoby. Szybko sprowadzona pomoc uratowała wszystkim życie. Nie mieli jednak takiego szczęścia trzej Niemcy, których poprzedniego dnia trafił na szczycie piorun. Ocalał tylko jeden.

I nie zniechęciło to Pana do takich wyczynów?

- Fakt, po każdej takiej mojej wyprawie jestem ogromnie wyczerpany, ale nie poddaję się. Góry są dla mnie wyzwaniem, muszę je pokonać, to dodaje mi impulsu do życia. Przecież jeszcze w górach jest tak pięknie... Na częstsze wyjazdy nie stać mnie przy tak mizernej rencie inwalidzkiej pierwszej grupy. Mogę się na nie zdobyć tylko dzięki życzliwości sponsorów, których zdobycie jest niezwykle trudne. Jestem za mało medialny, nie umiem zrobić koło siebie odpowiedniego szumu. Dużo pomógł mi Jerzy Widzyk, swojego czasu burmistrz Żywca. Z jego odejściem miasto przestało się mną interesować, za to wspomaga teraz Zakopane.

To szokujące! Od władz, jak wiem, też nie ma Pan pomocy - dostał Pan ministerialną nagrodę za szczególne osiągnięcia w zdobywaniu gór w wysokości... tysiąca złotych! Przyznanego zaś w 2001 r. dyplomu do dziś nie otrzymał. Pańskie wejścia, niejednokrotnie pierwsze lub jedne z pierwszych osób niepełnosprawnych, to nie to samo, co kolejne wejście na jakiś ośmiotysięcznik.

- To prawda, ale to mnie nie powstrzymuje, bo i nie dla wyniku czy rozgłosu chodzę. Tak więc w 1998 r. wybrałem się na Aconcaguę, najwyższy szczyt Ameryki Południowej - 6 960 m n.p.m. Piekielnie trudna góra: i zamiecie pyłowe, i głazowiska, i szutrowe ścieżki, i brak wody... Dodajmy do tego nagłe zmiany pogody. To właśnie zawróciło z wejścia Marka Kamińskiego z szefem "Alpinusa". Ja zaś trochę przeczekałem i... wszedłem! Co za radość! A jakie widoki! Morze Andów u stóp, bliskość nieba... Zejście nie było wcale łatwiejsze, kule ślizgają się po kamieniach, zapadają w śnieg i żwir, ale wszystko to pokonałem. Siebie, a właściwie swoją słabość też. Samo przeżycie na tych wysokościach, szczególnie dla osoby niepełnosprawnej, to już wyczyn sam w sobie. Nocami temperatura spada do -20o (a przecież chodzę tylko w sezonie letnim), szaleją wiatry, więc trzeba walczyć o namiot i kuchenkę. ? propos, doświadczyłem, że bardzo dobrze sprawują się na gaz, benzynowe nie mogą sprostać potężnym podmuchom.

Ale to chyba wystarczyło?

- Skąd, jest tyle wspaniałych gór na świecie! Zacząłem też trochę dorabiać, sporadycznie, bo każdy większy wysiłek kosztuje mnie tydzień odpoczynku. Najchętniej pomagam przy ścince drzew, na przykład na cmentarzach, gdy wspinając się na drzewo asekuruję lub kieruję upadkiem pnia. A jeszcze gdy założyłem rodzinę... W końcu uzbierałem środki i wraz z towarzyszami wybrałem się na "podbój" Kilimandżaro (5 895 m n.p.m.) - cudowny "dach" Afryki - zaliczając po drodze Nairobi i trochę interioru, ale o tym mówiłem wczoraj. Ledwo skończyłem jedną wyprawę, a już zacząłem myśleć o następnej. Za cel wybrałem Elbrus (5 633 m n.p.m.), przez wielu uważanych za najwyższy szczyt Europy. Tyle osób tam wchodzi, myślałem - pójdzie łatwo.

I poszło?

- Nie, z górami nie taka prosta rzecz. Miałem w 2002 r. skomplikowaną sytuację domową, duży stres psychiczny i chciałem jak najszybciej wracać do domu. Postanowiłem zrobić wejście prosto z marszu, ale nie udało się. Trochę odczekałem i udało się. Tu znów były inne problemy, każda góra jest przecież inna. Nagrodą - poza satysfakcją - były przepiękne widoki.

A co w "przerwach" między tak znakomitymi osiągnięciami?

- Jak powiedziałem: sporadycznie praca zarobkowa, ale nie tylko. Dla jednej z okolicznych szkół wybudowałem ściankę wspinaczkową. Chcę taką zrobić i w Żywcu, też społecznie. Z synkiem zacząłem "zaliczać" jaskinie na Wyżynie Częstochowskiej. Spotkania w PTTK, bo jestem członkiem oddziału żywieckiego. Czekam z utęsknieniem na zejście śniegów, żeby znów ruszyć w nasze góry, bo chodzenie o kulach wymaga jednak specjalnych warunków, na przykład jakie stwarza ubicie szlaku przez ratrak, co ma miejsce na Pilsku. Może zabiorę się za napisanie książki o moim chodzeniu...

Gorąco zachęcam, to nie tylko wielkie osobiste osiągnięcia, ale i wspaniały przykład dla innych, dotkniętych przez los, którzy boją się lub nie wiedzą, jak wyjść w szeroki świat. Może Pan ujawnić jakieś swoje marzenia, bo na pewno je Pan m?

Mam, oczywiście. Może o dwóch z nich. Pierwsze, bardzo osobiste, dotyczy wyjścia w Pamir, przekroczyć 7 000 m n.p.m. i tym zamknąć swoją wysokogórską "karierę". Chyba jednak nie uda mi się zdobyć środków, więc raczej realniejszy jest wyjazd na Mount Kenya. Drugie, to zorganizować grupę osób niepełnosprawnych jak ja i pokazać im wysokie góry. To rzeczywiście marzenie, w Polsce nie ma absolutnie zrozumienia dla tego rodzaju działalności i wyczyny, w przeciwieństwie choćby do Francji, gdzie grupy osób niepełnosprawnych w wysokich Alpach nie są czymś dziwnym.

Życzę Panu spełnienia owych marzeń, ale przede wszystkim zdrowia i nieustającej chęci życia i tak wspaniałych doświadczeń. Serdecznie dziękuję za rozmowę i do spotkania na szlaku - w Beskidach czy w innych polskich górach!

Rozmawiał i sfotografował
Krzysztof R. Mazurski

PS. Ktokolwiek chciałby pomóc panu Krzysztofowi w realizacji tych marzeń, choćby i Zarząd Główny PTTK, może skontaktować się z nim przez telefon komórkowy: 0-504 066 410.

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT