PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
2 (15)/2004
ISSN 1642-0853

Pocztówka z Arktyki

Na biurku pani prezes olkuskiego oddziału PTTK leży kolorowa pocztówka. Błękitne niebo i niesamowita biel górskich szczytów. Na odwrocie kilka słów skreślonych starannym pismem: Pozdrowienia z wyprawy na Spitsbergen przesyła Adam Kieres. Kartka trafiła do Olkusza we wtorek po świętach. Wtedy jej nadawca samotnie przedzierał się przez smagane śniegiem i wiatrem lodowe piekło Spitsbergenu. A może już wtedy...

W świąteczną, wielkanocną niedzielę media podały lakoniczny komunikat zaczerpnięty z Polskiej Agencji Prasowej: Polski turysta zaginął na jednej z wysp norweskiej, arktycznej prowincji Svalbard, obejmującej między innymi Spitsbergen. Norweskie służby ratunkowe dostały sygnał o zaginięciu w sobotę o godz. 11:51. Ze względu na fatalną pogodę ekipa mogła wyruszyć na poszukiwania dopiero późnym wieczorem, około godz. 22-23 - powiedział w rozmowie z PAP polski wicekonsul Adam Szczypek. W kolejnych informacjach donoszono, że trzech Polaków zostało odnalezionych w niedzielę rano i przewiezionych do głównego miasta regionu, Longyearbyen, gdzie z odmrożeniami trafili do szpitala. Jak podała w środę Polska Agencja Prasowa, norweskie służby ratunkowe zakończyły bezskuteczne poszukiwania polskiego turysty, który zaginął w sobotę na Spitsbergenie. Niestety, nie udało się go odnaleźć - powiedział w rozmowie z PAP konsul Adam Szczypek. - Prawdopodobnie poszukiwania zwłok zostaną wznowione na przełomie lipca i sierpnia, gdy pozwolą na to warunki. Do tego czasu, jak dodał konsul Szczypek, zwłok będą szukać załogi samolotów przelatujących od czasu do czasu nad terenem, gdzie zaginął Adam.

- Kiedy usłyszałem w radio, że zaginiony ma 46 lat i jest członkiem olkuskiego speleoklubu, dopiero wtedy dotarło do mnie, że to Adam. - opowiada Piotr Wiencek, przyjaciel Adama i członek olkuskiego "Speleoklubu" PTTK. Adam był kierownikiem wyprawy "Wielki Trawers Spitsbergenu". Celem wyprawy było przejście na nartach całej wyspy z północy na południe. Chcieli ten dystans, liczący około 600 km, pokonać w czasie krótszym niż 20 dni.

zdjecie
zdjecie

W poniedziałek rozdzwoniły się telefony, kolegom Adama udało się dodzwonić z Olkusza do dwóch członków wyprawy, Mariusza Czarnula i Michała Ładonia, którzy przebywali w szpitalu w norweskim Longyearbyen.

Dopadło ich białe piekło

Tragedia rozpoczęła się w czwartek, gdy gwałtowna burza śnieżna zatrzymała ich w obozie, który rozbili około 80 km na północny wschód od Longyearbyen. Burza szalała przez trzy dni, spadło wtedy ponad dwa metry śniegu, który zasypywał ich namioty i sprzęt. Przez ten czas siedzieli skurczeni w przyginanych wiatrem i śniegiem namiotach. Co godzinę, dwie jeden z nich musiał wyjść na zewnątrz, żeby odkopać namiot spod śniegu. Wyjść na zewnątrz - łatwo powiedzieć. W tych warunkach przygotowanie na spotkanie z szalejącym wiatrem, śniegiem i mrozem zajmuje prawie godzinę. Trzeba założyć kolejne warstwy odzieży, dwie pary rękawic. Jeśli się zapomni o najdrobniejszym elemencie - pewne odmrożenie. W sobotę, kiedy okazało się, że nie są w stanie obronić zniszczonych namiotów przed naporem śniegu i wiatru, musieli wyjść na zewnątrz. W szalejącą burzę. Bez sprzętu, który został pod śniegiem twardym jak beton. Po dłuższym wysiłku udało im się odkopać zasypaną śniegiem boję ratunkową, czyli urządzenie wysyłające sygnał radiowy i jednocześnie pozwalające zlokalizować nadawcę. Wysłali sygnał koło południa. Kilka godzin później dwóch z nich usłyszało przebijające przez wycie wiatru odgłosy silników helikoptera ratunkowego, który jednak odleciał. Przypuszczamy, że wtedy Adam, widząc, że przebywanie w miejscu, które nie zapewniało im już żadnego schronienia może skończyć się tragicznie, podjął decyzję o wyruszeniu do odległego o niespełna 30 km husa, czyli myśliwskiego domku, w którym nocowali przed rozpętaniem się burzy śnieżnej. W husie przebywali ludzie, którzy mieli do dyspozycji skuter śnieżny. Być może Adam liczył, że uda się uzyskać ich pomoc dla pozostałej trójki kolegów. Wyruszył sam podczas burzy śnieżnej, bez mapy i kompasu, a także bez rękawic, które porwał mu wiatr.

Dystans 30 km, jeśli sprzyja pogoda można pokonać w warunkach polarnych w 8-10 godzin. Jednak oni byli zmęczeni trzema dniami walki ze śniegiem i wiatrem, poodmrażani. Cały czas szalała burza. Stracili więszkość sprzętu zasypanego przez śnieg, który zawalił im całkiem namioty. Jednak pozostawanie w zniszczonym obozowisku, które nie dawało już żadnej ochrony mogło oznaczać pewną śmierć z zimna. Wędrówka do husa, choć równie ryzykowna, dawała jedyną, jak zapewne sądził Adam, nadzieję. Takie domki są wyposażone w zapas opału. Przede wszystkim jednak dają schronienie przed wiatrem, mrozem i śniegiem. Z tego co wiemy, Adam namawiał pozostałych uczestników ekspedycji, aby poszli tam wszyscy. Woleli jednak czekać na pomoc przy zniszczonym obozowisku. Dlatego postanowił pójść sam, zostawiając kolegom boję ratunkową, jedyną szansę na odnalezienie. - opowiedzieli olkuscy speleolodzy.

Pytania bez odpowiedzi

Tragedia, jaka wydarzyła się na Spitsbergenie długo jeszcze będzie budzić emocje. Gdzie popełnili błąd? Czy można było uniknąć najgorszego?

Mogli wysłać sygnał z boi ratunkowej, już po pierwszej dobie burzy śnieżnej. Tak, ale wtedy oznaczałoby to zakończenie ekspedycji, na której przygotowanie poświęcili prawie rok. Poza tym, kto mógł przypuszczać, że burza śnieżna potrwa przez tyle dni. Przecież każdemu z nich zdarzało się podczas wcześniejszych wypraw przeczekiwać dobę, a nawet dwie w podobnych warunkach podczas załamania pogody.

Czy mogli wcześniej podjąć decyzję o powrocie do husa, dającego lepszą ochronę? Pewnie tak. Cały czas jednak mieli nadzieję, że burza wreszcie się skończy. Zapewne przeczekanie burzy w namiotach wydawało im się mniejszym ryzykiem, niż kilkanaście godzin wędrówki do husa w skrajnie trudnych warunkach. Może gdyby mieli drugą boję ratunkową, tak aby Adam wyruszając do husa mógł ją zabrać ze sobą? Tak, ale boja kosztuje ponad 4 tys. zł, a kto mógł przypuszczać, że będą musieli się rozdzielić. Może gdyby mieli telefon satelitarny mogliby wcześniej dowiedzieć się o nadciągającej burzy i zmienić plany, przeczekując ją w husie lub ułatwić i przyspieszyć akcję ratunkową. Wiem, że chcieli pożyczyć telefon przed wyprawą, ale żaden z kolegów "z branży", do których się zwracali, nie zgodził się na jego udostępnienie. Czy mogli mieć lepszy sprzęt? Pewnie tak, ale co by to dało? Podczas tej burzy śnieżnej norweskie ekipy ratunkowe ewakuowały z tego rejonu Spitsbergenu wszystkich - ponad 30 - uczestników różnego rodzaju wypraw. Uratowano wszystkich, poza Adamem. Czy byłby z nami, gdyby nie wyruszył samotnie do husa? Może, może, może...

Granice ryzyka

Dwa piętra niżej rozświetlony słońcem olkuski rynek w pierwszych dniach wiosny. Tutaj, na poddaszu "Batorówki", czyli siedziby olkuskiego oddziału PTTK, atmosfera jak w górskim schronisku. Na wybitych deskami ścianach wiszą stare haki i liny, zdjęcia z górskich wypraw, ogłoszenia o następnych. Myślami jesteśmy gdzieś daleko, na Spitsbergenie, trzysta kilometrów od bieguna północnego. Tam, gdzie jest Adam. Sucha notka w katalogu wyprawy "Wielki Trawers Spitsbergenu", który od niego dostałem: Adam Kieres (kierownik wyprawy). Mgr inż. geolog. Członek Speleoklubu Olkusz od 1976 roku i Klubu Polarnego Polskiego Towarzystwa Geologicznego. Wielokrotny uczestnik wypraw na Spitsbergen (1981, 83,85,88,89-90,96), uczestnik wyprawy na Mount McKinley 1998 r. (najwyższy szczyt Ameryki Północnej - dop.red) i Aconcagua 2000 r. (najwyższy szczyt Ameryki Południowe - dop.red). Wspinał się w Alpach, w górach Jugosławii i Chin. Mieszka i pracuje w Olkuszu.

- Z Adamem wspinałem się od ponad dwudziestu lat. To ostatni człowiek, który mógłby popełnić błąd. Był niesamowicie precyzyjny, po prostu perfekcjonista. W trudnych i w groźnych chwilach podczas wspinaczki Adam nigdy nie wpadał w panikę, nie ulegał emocjom, tylko trzeźwo analizował sytuację i podejmował decyzje. Dzięki temu udało nam się wyjść cało, gdy zdobywaliśmy Triglav (najwyższy szczyt Słowenii, 2 863 m n.p.m.), przyszło załamanie pogody i biwakowaliśmy dwie i pół doby w fatalnych warunkach bez namiotów. Czy był ryzykantem? Każdy, kto wychodzi w góry podejmuje ryzyko.

zdjecie

Po tylu latach wspólnego wspinania mogę stwierdzić z całą pewnością, że Adam to facet, na którego można było liczyć w najtrudniejszych chwilach, gdy chodzi o życie. To fakt, że jest bardzo uparty i nieraz się pokłóciliśmy, ale nigdy w górach. Jest bardzo doświadczonym alpinistą i polarnikiem. W 1996 r. był szefem ekspedycji, która przeszła na nartach 250 km z Longyearbyen do polskiej stacji polarnej w Hornsundzie na Spitsbergenie. Dlaczego postanowił odłączyć się od grupy? Nie wiem. Ale jestem pewien, że gdyby nie miało to uzasadnienia, nigdy by tego nie zrobił. Może widział w tym jakąś szansę ratunku. - powiedział Piotr Wiencek.

Siedzimy sobie w PTTK-u, pijemy herbatę i wspominamy, jak to Adam zgłosił się na ochotnika do grupy, szukającej przez kilka dni jugosłowiańskiego speleologa, który utopił się w jaskini Bystrej w Tatrach. Ktoś przypomniał słynną anegdotkę Kieresa, opowiadającego, jak to podczas któregoś z jego pobytów na Spitsbergenie, do stacji polarnej PAN przyleciał rosyjskim helikopterem z zaopatrzeniem zabrany "na stopa" młody student, mający ze sobą plecak i połeć słoniny kupiony "od Ruskich". Nazywał się Marek Kamiński. Potem Adam wprowadzał go w arkana wypraw polarnych.

- Spotkałem się z Adamem kilka dni przed ich wyjazdem na Spitsbergen, zaprosiłem go na pokaz slajdów z naszej wyprawy na Aconcaguę. Powiedział, że pooglądamy jak wróci. - opowiada Adam Knapik, długoletni prezes olkuskiego Speleoklubu PTTK i przyjaciel Adama Kieresa. Ja zapisałem sobie w kalendarzu, że na początku maja mam do niego zadzwonić. Umówiliśmy się przed wyjazdem, że jak wrócą, to napiszę reportaż o wyprawie na Spitsbergen. Nigdy nie przypuszczałem, że taki.

Jacek Sypień
"Dziennik Polski" Kraków

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT