PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
1 (14)/2004
ISSN 1642-0853

Taki szczęśliwy tandem


Nie po raz pierwszy byłem na konkursie krasomówczym PTTK w Golubiu-Dobrzyniu. Nie po raz pierwszy wręcz oddychałem specyficzną atmosferą tego konkursu, w którym wspaniale splata się pełne miłości widzenie Polski, smakowanie ojczystego języka, rodzenie się niekłamanych sympatii, a czasem przyjaźni. Nie po raz pierwszy obserwowałem wyczuwalną wprost więź między wychowaniem a ich wychowawcami - opiekunami. Po raz pierwszy jednak obserwowałem przymierze, w którym tak mocno rysowała się wspólna troska o jutro. Nie tyle osobista, a społeczna. Nie znając jeszcze werdyktu Jury poprosiłem późniejszego laureata 2. miejsca konkursu krasomówczego w roku 2003 i jego mądrą i uroczą wychowawczynię o wzajemną wypowiedź o sobie. Jego poprosiłem także o przedstawienie tekstu swojej wypowiedzi. Stąd ten tryptyk. Wypowiedzi wychowawcy, wychowanka i konkursowe wystąpienie.


Aleksander Puchała z opiekunką
Bożeną Gąsiorowską po ogłoszeniu wyników

Naprawdę kocham takich uczniów jak Olek! To dzięki ich pasjom otwieram się na nowe wyzwania.Tylko taki rodaj egzystencji w zawodzie nauczyciela, który jest ciągłym zmaganiem się z tym, co nowe, interesuje mnie naprawdę. Nie mam szans, aby zjadła mnie rutyna i dobrze.

Tegoroczna wyprawa do Golubia-Dobrzynia (skądinąd magicznego miejsca) zakończyła się naszym sukcesem. Czy na to liczyliśmy? Wiedziałam od zeszłego roku, że Olek ma szansę w takim konkursie, bo już zwyciężył na poziomie gimnazjalnym w zmaganiach ogólnopolskich. Trzeba było jednak poznać specyfikę następnego poziomu. Słuchaliśmy bardzo pilnie wszystkich wystąpień krasomówców, komentarzy do nich, omawialiśmy punktację laureatów. Przyznam, że wiele rzeczy mnie bulwersowało, innych nie rozumiałam, bo byliśmy bardzo zaangażowani emocjonalnie. W drodze powrotnej wiedziałam już jednak w jakim kierunku i jak kontynuować naszą współpracę pod kątem udziału w tym konkursie.

Daliśmy sobie czas na szukanie ciekawego tematu do końca roku szkolnego. W maju organizowałam realizację mojego autorskiego projektu edukacyjnego "Wielokulturowość jest bogactwem", który integrował wybrane treści kształcenia ścieżki regionalnej, czytelniczo-medialnej oraz proeuropejskiej. Stwierdziliśmy zgodnie, że to właśnie dobry problem do rozwinięcia. Potem pochłonęło nas działanie w projekcie...

Oczywiście, na poważnie o tym, czy warto byłoby wygłosić mowę, rozmawialiśmy wielokrotnie. Podczas tych rozmów powstawała jasna intencja oracji, potem nadawaliśmy kształt kolejnym argumentom na rzecz wygłoszonych opinii, zebraliśmy odpowiednie fakty, przestawialiśmy fragmenty wypowiedzi, szukaliśmy najpiękniejszej formy,ale jednocześnie starałam się, aby tekst podporządkowany był możliwościom i preferencjom mówcy.

Olek, poza tego typu pracą, poznawał teorie sztuki retorycznej oraz analizował starożytne przykłady oracji z akademickiego interesującego podręcznika Mirosława Korolki Sztuka retoryki. Sporo przystępnego materiału można obecnie znaleźć do pracy z uczniami w różnych podręcznikach do nauczania językowego. Polecałabym szczególnie Mówię, więc jestem Haliny i Tadeusza Zgółków oraz serię Szkoła pod globusemWL z Krakowa. Pojawiają się również ciekawe artykuły na ten temat w "Polonistyce" (np. nr 5/2002).

Praca nad kształtowaniem umiejętności retorycznych uczniów w trzyletnim liceum to wręcz obowiązek nauczyciela polonisty. Ja miałam tę przyjemność, że dla mojego podopiecznego to była nauka podjęta poza rygorem szkolnym, więc było dużo przyjemniej, bez stresu oczekiwania egzekucji wiedzy. To, czego się uczyliśmy, miało procentować w działaniu.

Nie każdy ma taki dar jak Olek! To utalentowany i pracowity dzieciak (hm, młodzieniec). Nie wiem, jaki wizerunek udziału naszego tandemu w tym konkursie da mój podopieczny, ale na pewno nie zdoła zaprezentować się tak, jak ja go postrzegam.

Bardzo rzadko, proszę Państwa, można w obecnych czasach w środowisku szkolnym spotkać takiego dżentelmena. Tak, dobrze to ujęłam. Olek to najbardziej szarmancki mężczyzna, z jakim mam do czynienia. Nie dotyczy to tylko szkoły. Osoba bardzo taktowna, wrażliwa, a ponadto pracowity uczeń, zorganizowany, a przy tym serdeczny.

To prawdziwa przyjemność być z nim na co dzień. Praca z nim przynosi ogromną satysfakcję. Rzadko pokonuje go marazm, zniechęcenie. Prawdziwy entuzjasta i naprawdę bardzo lojalny człowiek. Prawdziwe moje szczęście, że w naszej szkole spotykam takich właśnie uczniów, ale nie bez znaczenia jest to, że pobyt w Golubiu stwarza ogromną motywację do takiej pracy w szkole, choćby ze względu na to, jakich młodych ludzi tam się spotyka. Mogę tylko podziękować mojemu młodemu przyjacielowi, że zachęcił mnie do współpracy, bo przeżyliśmy w konkursowym zmaganiu wielką sympatyczną przygodę. Może nie ostatnią? Olek chciałby jeszcze raz walczyć o laury, a ja myślę sobie, dlaczego nie?! - powiedziała opiekunka Olka Puchały, finalisty XXXII Międzynarodowego Konkursu Krasomówczego, mgr Bożena Gąsiorowska - polonistka i doradca metodyczny z języka polskiego.

Taki szczęśliwy tandem - wersja Olka

Pamiętam doskonale, kiedy pierwszy raz wszedłem do pracowni prof. Gąsiorowskiej. Muszę przyznać, że to był dla mnie szok. Zobaczyłem bowiem tę drobną kobietę otoczoną wianuszkiem uczniów. Każdy z nich miał do Niej jakąś prośbę, coś chciał, a pani profesor dla każdego miała czas, każdemu odpowiadała z uśmiechem.

Ja wcale nie byłem lepszy. Też coś chciałem. Poprosiłem, aby zechciała wziąć mnie pod opiekę i spróbować przygotować mnie do konkursu krasomówczego. Bardzo chciałem nie zaprzepaścić osiągnięć z gimnazjum. Dlaczego przyszedłem z tym właśnie do pani profesor? Jest wiele powodów. Jednym z nich było choćby to, że ten pierwszy krok - zapoznanie się - w gruncie rzeczy mieliśmy za sobą. Pani profesor znała mnie ze spektakli, mniej więcej wiedziała, jaki jest mój temperament, charakter. To bardzo ważne w budowaniu i tekstu, i co ważniejsze - relacji między nami.

To, co wytworzyło się między nami, uważam za niezwykłą więź. Jest to bowiem jednocześnie relacja uczeń - nauczyciel, ale także relacja dwóch partnerów. Pani profesor bardzo liczy się z moim zdaniem, opinią, nigdy nie narzuca swojej woli, zdania na siłę. Wymaga ode mnie i jednocześnie daje drugie tyle. Widząc Jej zapał i energię, wprost nie wypada nie przygotować się na spotkanie czy zlekceważyć Jej prośbę. Było mi potwornie głupio, kiedy musiałem stanąć przed panią profesor i, patrząc Jej prosto w oczy, powiedzieć, że czegoś nie zrobiłem, bo... choć profesorka nigdy nie krzyczała, nie powiedziała żadnego złego słowa, to i tak czułem się z tym źle. Zawsze mówiła tylko no dobrze, odroczmy tę sprawę do..., a wtedy już musiałem to zrobić, inaczej zjadłoby mnie sumienie. Pnadto słyszałem wiele bardzo dobrych opinii o pani Gąsiorowskiej, chciałem uczyć się od najlepszych. Widziałem kiedyś film, na którym nagrana była dłuższa wypowiedź pani profesor. Usłyszałem wtedy prawdziwego oratora. Jest dla mnie autorytetem nie tylko w kwestii krasomówstwa. Jest doskonała w tym, co robi. Poza tym staram się nauczyć możliwie najwięcej od jak największej liczby ludzi, a można to osiągnąć jedynie współpracując z nimi. Czegoś innego nauczę się od własnej polonistki, a czegoś innego od profesor Gąsiorowskiej.

Wybór właśnie pani Gąsiorowskiej był najlepszym z możliwych. Poznałem bowiem polonistkę z krwi i kości, zafascynowaną swoją pracą, poświęconą jej niemal bezgranicznie. Nauczycielkę, która traktuje swój przedmiot bardzo szeroko. Dla Niej język polski w szkole to nie tylko lektury, poezja, proza. To także filmy, spektakle teatralne, muzyka - kultura. Pani Gąsiorowska ma wiele zwariowanych i niezwykle interesujących pomysłów, które realizuje, a przy tym zaraża swoją pasją do tematu wszystkich wokół. Jest osobą specyficzną. Głęboko wierzę, że w swojej duszy, wcale nie tak głęboko, nosi artystę. Jest specyficznie gadatliwa, proszę mi wybaczyć pani profesor taką poufałość. Specyficznie, ponieważ mówiąc o czymś potrafi swojego rozmówcę zająć tematem, wciąga w rozmowę niczym wir. Niezwykle inteligentna, kulturalna, pasjonatka z poczuciem humoru. Jest osobą, której w mojej opinii, nie można nie lubić.

Pani profesor potrafiła zmobilizować i siebie,! mnie do tego stopnia, że pomimo finalizowania prac nad drugą oracją na dwa tygodnie przed konkursem udało nam się dopiąć niemal wszystko na ostatni guzik.

Pani Gąsiorowska obdarzyła mnie wielkim ciepłem, serdecznością, życzliwością, może nawet przyjaźnią. Bardzo pomagała mi "pozbierać" się, kiedy na kilka dni przed wojewódzkimi eliminacjami konkursu zdarzyła się w szkole bardzo nieprzyjemna sytuacja, która rozbiła mnie zupełnie na parę dni, do tego stopnia, że nie byłem w stanie na niczym się skoncentrować. Pomogło mi wtedy Jej zrozumienie, otucha, której starała mi się dodać. Gdyby nie to, prawdopodobnie nie byłoby tego sukcesu. Wiecznie obecny na Jej twarzy uśmiech i serce, z jakim podchodzi do sprawy, niesłychanie pomaga i w trakcie przygotowań, i już tam - na scenie, kiedy wygłaszam tak starannie przygotowaną mowę.

Bardzo cenne jest także dla mnie to, że nie spotykamy się jedynie raz do roku, żeby przygotować się do konkursu. Pani Profesor wciąż stawia przede mną i innymi pasjonatami pożytecznego spędzania czasu poza lekcjami coraz to nowe wyzwania, kolejne zadania, które wciągają niesłychanie. Szkoda tylko, że rozstaniemy się za rok, kiedy skończę szkołę.

Wielokulturowość jest bogactwem

Zapis oracji nagrodzonej na XXXII Międzynarodowym Konkursie Krasomówczym w Golubiu-Dobrzyniu. Wygłosił ją podopieczny mgr Bożeny Gąsiorowskiej, reprezentant województwa mazowieckiego, uczeń Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Żyrardowie - Aleksander Puchała:

Żyrardów to moja mała ojczyzna. Posiada

Bez wątpliwości w tym tyglu różnorodnych obyczajów kształtowała się ciekawa kultura. Nasze najstarsze korzenie, sięgające początków XIX wieku, to historia działań braci Łubieńskich związanych stanem posiadania z pobliskim współczesnemu Żyrardowowi Guzowem. W wyniku ich starań w dobrach guzowskich powstała fabryka lnu. Jako pierwszy jej dyrektor został zatrudniony Philippe de Girard, wynalazca maszyny przędzalniczej. To był początek Żyrardowa, którego nazwa powstała od nazwiska tego zasłużonego dla fabryki Francuza. Żyrardów to moja mała ojczyzna. Posiada ona piękne tradycje ruchu robotniczego, ale obecnie odkrywamy także inne wartości tworzone niegdyś tutaj wysiłkiem wielonarodowej i wielowyznaniowej społeczności.

Nieco potem Rada Administracyjna Królestwa Polskiego, po wielkiej aferze kryminalnej związanej z nieuczciwym zarządzaniem majątkiem fabryki, sprzedała ją rzutkim przemysłowcom z Moraw - Karolowi Dittrichowi i Karolowi Hielle. Pod ich zarządem osada się rozrosła niebywale, a fabryka stała się w Europie gigantem w branży lnianej.


Ochronka z końca XIX w. w Żyrardowie

Nie wiemy, czy działania nowych właścicieli na tym terenie były wyłącznie wyrazem zabiegów zmierzających do tworzenia ich legend jako dobroczyńców robotników. Za to możemy być pewni, że robotnicy czuli do nich przywiązanie, a mit Dittricha - dobrodusznego opiekuna - był w naszym mieście bardzo trwały.

Wiele zdarzeń historycznych, zmian politycznych przerwało ciągłość procesu kształtowania się wielonarodowościowej i wielowyznaniowej społeczności.

Podobnie kształtowane społeczeństwa europejskie uczyły się o wiele dłużej postaw tolerancji, poszanowania odrębności. Lekcja tych wartości przed nami.

W zeszłym roku szkolnym podjąłem się razem z innymi zainteresowanymi udziału w kampanii "Wielokulturowość jest bogactwem - przeszłość przyszłości". Postanowiliśmy zacząć promować w swoim otoczeniu wartość tolerancji, ciekawość obcych kultur, dumę wyrosłą z wiedzy o własnych korzeniach. Nasze działanie miało na celu ukazać naszym rówieśnikom wkład, który wnieśli także w powstanie i rozwój naszego miasta cudzoziemcy. Zobowiązuje nas do tego choćby pamięć o pięknym geście Karola Dittricha, który umieścił na froncie europejskiej wystawy handlowej w Paryżu w 1900 r. portrety hrabiego Henryka Łubieńskiego i Philippe'a de Girarda - oddając szacunek tym, dzięki których pracy oraz zdecydowaniu wyrosła późniejsza potęga fabryki, gdy jej właścicielami zostali Karol Dittrich i Karol Hielle.

To, z czego współcześnie możemy być dumni, to szczególna wartość obiektu urbanistyczno-architektonicznego, który dał początek naszemu miastu, a wyrósł z marzeń, ambicji i pasji dwóch przybyłych z Moraw przedsiębiorców. Osiągnięcie to było wielokrotnie tematem ówczesnych artykułów w prasie. Wspomnieć można choćby ówczesną pełną zachwytów relację z pobytu w Żyrardowie Henryka Sienkiewicza.

Dziś, kiedy znamy wartość myśli urbanistycznej II połowy XIX wieku, sprzyjającą rozwojowi uprzemysłowionych terenów, jest dla nas oczywiste, że kompleks architektoniczny starego Żyrardowa, stanowiący organiczny twór z fabryką, był najśmielszym ucieleśnieniem bardzo nowoczesnych wówczas idei.

Na pierwszy rzut oka może przytłaczać monotonia czerwonych koszarowych osiedli domów robotniczych i budownictwa socjalno-gospodarczego wzniesionych wówczas w Żyrardowie, ale jeżeli dobrze się przyjrzymy tej zabudowie, docenimy różnorodność powtarzających się regularnie typów domów. Publicystyka ówczesna zareagowała na zespół architektoniczny Żyrardowa z podziwem, stawiano go za wzór, mówiąc z dumą, że wygląda on jak część najporządniejszej prowincji niemieckiej albo kanton szwajcarski. Doceniano niezwykłą regularność zagospodarowania przestrzeni, mówiono o szczególnym czarze i uroku tego ładu. Nawet dziś trudno nam nie uznać zauważonej wtedy solidności tego przedsięwzięcia, skoro do teraz ta zabudowa w 95% zachowała swój kształt, a często nawet przeznaczenie: dawna ochronka to dziś przedszkole, dom ludowy to dziś tętniący życiem MDK, szpital, mieszkania - nadal służą zgodnie z założeniami. Za to niszczeje od kilku lat reprezentacyjny niegdyś budynek resursy. Jej barwny dawny żywot i smutny dzień dzisiejszy mogłyby posłużyć do osobnej opowieści. Jeśli Państwo odwiedzicie moje miasto, na pewno ją usłyszycie.

Racjonalność i piękno rozplanowania dawnego Żyrardowa jako osady robotniczej nawet w porównaniu z podobnymi przedsięwzięciami w wyżej uprzemysłowionych wówczas krajach, jakAnglia, Niemcy,Włochy - robiły najlepsze wrażenie i zasługiwały zdaniem profesjonalistów na miano jednego z europejskich ważniejszych osiągnięć architektonicznych drugiej połowy XIX stulecia. Pierwotna zabudowa obrzeżnie ciągnących się osiedli mieszkaniowych, a jednocześnie skupionych wokół fabryki, została z czasem wzbogacona nowatorskimi elementami. Program usług oferowany mieszkańcom jej kształtem obejmował z czasem naprawdę wiele: były w osadzie trzy szkoły, szpital, przytułek, ochronka, resursa, kantor, straż pożarna, rzeźnia, hala targowa, stołówka, pralnia, trzy kościoły i cmentarz. Nieco potem rozwijała się systematycznie socjalna infrastruktura, powstał na przykład Dom Ludowy.

Można się domyślać, patrząc na panoramę miasta z roku 1899, że obfita zieleń, połączona wówczas z obiektami, nadawała osadzie szczególnie piękny charakter. Wśród dawnej zabudowy wyróżniały się i ciągle się wyróżniają domy dla wysokich urzędników - potężne wille stojące do dziś przy ulicy Armii Krajowej. Bardzo charakterystycznym elementem pejzażu dziedzińców tworzonych przez ciągi domów robotniczych były do dziś zachowane drewniane piętrowe komórki, stanowiące niegdyś zaplecze gospodarcze skromnych domostw. W ogrodach albo w tym, co po nich zostało, gdzieniegdzie jeszcze można odnaleźć resztki przepięknych niegdyś drewnianych altan ogrodowych.

Żyrardowską starówkę rozpoznaje się łatwo. Jest to ciągle dominujący w mieście zespół murowanych budynków z nietynkowanej czerwonej cegły.Ta historyczna zabudowa to żywy skansen objęty opieką konserwatora.

Czy można by przywrócić miastu dawne bogactwo obszarów zielonych według stanu z końca XIX wieku? Tak, jeżeli zechcemy to uczynić, pomoże nam w tym przepiękna panorama osady z roku 1899 eksponowana w holu muzeum - dawnym pałacu właściciela fabryki. Optymistyczne współcześnie są starania, aby miastu przyznano środki z Unii Europejskiej celem wdrożenia ciekawych planów rewaloryzacji i modernizacji skansenu.

Realizując projekt, poszukiwaliśmy śladów zamieszkiwania naszego miasta przez wielokulturową społeczność i... zebraliśmy mnóstwo ciekawego materiału.

Czytaliśmy opracowania historyczne, oglądaliśmy zbiory starych zdjęć lub ich reprodukcji. Przeprowadziliśmy też wiele wywiadów, na przykład z historykami, pracownikami muzeum, starszymi mieszkańcami miasta, panią pastor kaplicy ewangelickiej, księdzem kościoła baptystycznego. Ponadto odkryliśmy, że w pobliskiej osadzie wiejskiej - Lutówce - znajduje się kościół i cmentarz mariawitów. Zwiedziliśmy nekropolię żydowską oraz tę część cmentarza, na której do dziś chowa się ewangelików. Znaleźliśmy też wydzieloną w tym obszarze część cmentarza prawosławnego. Dzięki wspomnieniom bardzo już sędziwego dziadunia naszej koleżanki zlokalizowaliśmy wszystkie groby cudzoziemców na cmentarzu katolickim.

I cóż się okazało w wyniku tych peregrynacji? Nie da się rekonstruować przeszłości naszego miasta bez dostrzeżenia w niej bardzo cennego wkładu wielokulturowej społeczności, która niegdyś - pewnie pokonując mnóstwo problemów związanych ze ścieraniem się różnic - żyła razem na tej ziemi. Istnieje dużo dowodów pozytywnej integracji tych kultur.

Wiele dobrych wspomnień o tamtych czasach zamieścił w swojej powieści "Mój Żyrardów" najsławniejszy żyrardowianin Paweł Hulka-Laskowski. Dzieje opisane z perspektywy autobiograficznej malowniczo rekonstruują wielobarwną mozaikę obyczajów. Niegdyś żyli tu Czesi, Niemcy, Anglicy, Rosjanie - to bardzo znaczący procent mieszkańców dawnego miasta. Mniej licznie byli reprezentowani Szwajcarzy i Holendrzy. Większości dawała zatrudnienie fabryka wyrobów lnianych czy przyfabryczne urzędy, ale nie tylko. Cudzoziemcy zajmowali niemal wszystkie odpowiedzialne stanowiska kierownicze, ponieważ wśród Polaków brakowało jeszcze ludzi wykształconych. To cudzoziemcy rozwijali różnorodne rzemiosło kwitnące w tym mieście, z pasją zakładali stowarzyszenia, zespoły.




Grupa młodzieży pod opieką Bożeny Gąsiorowskiej
na cmentatzu żydowskim w Żyrardowie

Na pewno z życzliwych kontaktów odmiennych kultur może wyniknąć wiele dobrego. Przypadek mojego miasta pokazuje, że takie spotkania wcale rodzimej tradycji nie pomniejszają, a raczej uzupełniają i inspirują. Kolejne świadectwa tych życzliwych więzi zawierają wspomnienia Elżbiety Hulki-Laskowskiej Żyrardowscy Żydzi w mojej pamięci i Każdy idzie własną drogą Janiny Macierzewskiej. Gdy czytaliśmy te pamiętniki, nasuwały nam się refleksje, że istnieją suwerenne racje ziemi, jej własne prawa, oczekiwania i przeznaczenia, z którymi się po prostu nie dyskutuje. Uświadomiliśmy sobie, że naszym zadaniem jest - poznając przeszłość naszej małej ojczyzny - odkryć rzetelną prawdę o niej. Powinniśmy zapełnić białe plamy jej dziejów i nie po to przecież, aby rozsądzać, czy była czyjaś bardziej niż polska, ale po to, by określić właściwości kultury, która się tu rozwijała i której dziedzicami dzisiaj jesteśmy.

Z trudem opowiada się prawdy o ludziach, ale, niestety, nie da się ich uogólnić na wspólnoty narodowe czy wyznaniowe. O tym przekonała mnie tylko ta mała porcja wiedzy o korzeniach i przeszłości mego miasta. Odbyliśmy lekcję poszanowania innych i samokrytycyzmu, co wcale nie oznacza rezygnacji z pielęgnowania rozumnie pojętego patriotyzmu. Jaki on powinien być? To wynika z refleksji nad życiem jedynego człowieka uhonorowanego w 50. rocznicę jego śmierci chwalebnym tytułem "Zasłużony dla miasta Żyrardowa". Dzięki poznaniu jego osoby przekonałem się, że patriotyzm nie może być zarezerwowany dla uczuć wrogości wobec innych nacji. To właśnie jego myśl społeczna wprowadzana w czyn przekonuje, że w takim miejscu, jak dawny Żyrardów traciło i traci sens przywoływanie stereotypów Niemców, Czechów czy Polaków.

Ten syn tkacza i przędzarki osnowy dzięki zdolnościom, sile duchowej, pasji zdobywania wiedzy, ale także dzięki mecenatowi legendarnego Karola Dittricha ukończył uniwersytet reformowany w Heidelbergu na wydziale filozofii, religioznawstwa i historii.To bez wątpliwości najsławniejszy syn naszej ziemi. Najstaranniej wykształcony człowiek i bardzo dla wszystkich żyradowian - bez względu na pochodzenie, wyznanie - zasłużony, a przy tym chluba Polaków - uznany tłumacz literatury czeskiej. Ten potomek braci czeskich, ewangelik był zacnym i pracowitym obywatelem tego miasta. Wspierał pokrzywdzonych przez los robotników. W wystąpieniach publicystycznych narażał się wojującym klerykałom, polemizował ze stereotypem Polakaka-tolika, bo wierzył, patrząc na społeczność Żyrardowa, że pojednanie wyznań wyzwoliłoby ruch umysłowy zdolny uczynić z polskiego narodu potęgę. Bronił zawsze tolerancji, ludzkiej godności i dobra, ale to nie zawsze budziło sympatię. Myślę jednak, że jak mało kto zasłużył na tak piękne pożegnanie. Nad jego grobem podkreślano, że ta śmierć to niepowetowana strata dla Polski, europejskiej kultury religioznawczej i humanizmu.

Myśląc o nim, powinniśmy pamiętać, że Polakiem może być Czech, którego naród kilka wieków wrastał w Polskę i polskość, którego czeskie pochodzenie jest tylko pochodzeniem. A to, że szanował czeskich przodków i ich tradycję religijną nie zmieniało faktu, że czuł się Polakiem - mimo nacisków Niemców podczas drugiej wojny światowej nie podpisał Volkslisty. Szkoda jednak, że zawiódł się na mieszkańcach tego miasta. Bardzo boleśnie zapewne odczuł fakt, gdy tuż po wojnie opętany żądzą odwetu na Niemcach motłoch niszczył wszystkie ich ślady, a tym samym starą nekropolię ewangelicką. Wtedy "Nasz Hulka" - jak się o nim mawia w Żyrardowie - opuścił nasze miasto.

Europa, w której narody by zaczęły bezmyślnie manifestować swoją tożsamość, stałaby się niebezpieczna. Rzecz przecież w wartościach i ocenach: w tym, czy uważamy się za lepszych,czy tylko za innych.

Bożena Gąsiorowska

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk.
Korekta: Elżbieta Matusiak-Gordon
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT