PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
5 (13)/2003
ISSN 1642-0853

Spokojna przystań


Jadąc z Grodziska Drogą Królewską, mija się Milanówek i, nie dojeżdżając do drogi na Brwinów, widzi się stawy niewielkie, a za stawami, w głębi, zasłonięty od drogi dom obszerny - zbyt duży jak na willę podmiejską, a za mały na pałac. Jest to Stawisko! Było siedzibą Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Po ich śmierci musiało stracić znaczenie. Było salonem literackim, i to w wielkim stylu, i przytuliskiem na czas moru i głodu dla całej plejady bezradnych życiowo a zazdrosnych o wszystko ludzi pióra.

Co tam się działo w czasie okupacji... Samych Żydów, płci obojga, plątało się kilkanaścioro. A w czasie Powstania Warszawskiego i po powstaniu to był istny najazd i zajazd sław wielkich ze świata teatru (Horzyca), przemysłu (Spiess), polityki, finansów, literatury, muzyki, eksdyplomacji i czego tam jeszcze... Do stołu zasiadało tyle osób, że trudno było je zliczyć! Między nimi profesor Jerzy Michalski, co po Romanie Rybarskim objął na Politechnice Warszawskiej wykłady z ekonomii politycznej. Każdego, co składał relacje z koszmarnych dni powstańczych, nie omieszkał zapytać gwoli naukowej ścisłości Czy to rzeczywiście miało miejsce?. W Stawisku jest teraz muzeum z pięknie oprawionymi książkami, z eksponatami z dziedziny sztuki, ale cóż z tego... To wszystko jest martwe! Brak tych, co to wszystko ożywiali. Małżeństwo Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów to było małżeństwo niezwykle zgrane - jakże doskonale się rozumieli i prawdziwie byli sobą zainteresowani. Miałem możność zaobserwowania tego podczas kolacji, na której podano raki. Ich zgodność, harmonia w małżeństwie najsilniej o sobie dała znać w czasie okupacyjnej nocy.

Bezustannie siedzieli na przysłowiowej skrzynce z dynamitem. Lecz trudno było po nich poznać, by się tym przejmowali. Oboje byli ludźmi zdecydowanie odważnymi, nie ulegali panice! Lekkomyślni nie byli - wszystko potrafili przemyśleć... U męża mogła to być kawaleryjska fantazja. Atoli zachowała się jego fotografia w mundurze żołnierza piechoty. Tym niemniej jako młodzieniec konno objeżdżał szmat Ukrainy w czasie, oględnie mówiąc, dalekim od spokoju i jakiejkolwiek stabilizacji. Nauczony widocznie przykrym jakimś doświadczeniem z przeszłości, w ważnych sprawach sam nie decydował - uzgadniał z żoną. Wspominał inżynier Bolesław Przylaskowski, że gdy szło o jakąś korektę drogi w granicach posesji Iwaszkiewiczów, i gdy zwrócono się z tym do pisarza, to przyjął ich bardzo gościnnie, ale sam nie chciał decydować: A to ja poproszę żonę. Była przy nim mimo życiowych wyrw, błędów, szaleństw, pomyłek i strat materialnych:

Ty trwałaś wierna jak woda, niezmienna,
Jedyna w świecie, która mnie kochałaś.

To o niej też mówi, gdy nachodzą go wizje miasta jego młodości nad wielką rzeką: I tylko jedne oczy na świecie są dla mnie tak błękitne i tak głębokie jak wody Dniepru (Hilary, syn buchaltera). Istotna prawda jest taka, że kobieta jest wszystkim - ucieczką od rozpaczy, przepastną siłą, jest jak zwierciadło:

We mnie jest twoja młodość, która nie umarła,
We mnie cel twej włóczęgi, kres dalekiej strony,
Odwróć się od szarości, która ziemię zżarła,
W mej nocy nieskończonej jest dzień nieskończony.

(Powrót do Europy)

Po ewakuacji wraz z rodziną z Ukrainy w roku 1918 Iwaszkiewicz znalazł się - po pewnym czasie - w Warszawie: niebo pochmurne, nieprzejrzyste, prawdziwie polskie, lada chwilą słotą lub śniegiem grożące. Warszawa ówczesna nie mogła zachwycić - brud, niedostatek z każdego kąta wyglądający, zwalone przęsła mostu Poniatowskiego zegary źle idące, szyldy blaszane i uderzenia młota o dźwięczne szyny i szklany ton osełki dźwięczącej w podwórzu - albo: Handele, handele, przeraźliwy krzyk, pianiu koguta podobny... domostwa nijakie, ciemnożółte lub jasnoczerwone, dachy potworne z papy czarnej lub ruskiej blachy".

Nie było to olśnienie - jak Celine'a widokiem New Yorku - raczej było spojrzenie przenikliwe i bynajmniej nieobojętnego obserwatora...

Jest to nieczęsty w naszej literaturze opis miasta tak ubogiego - jak zauważył Aleksander Brueckner - w urbanizm, frapujący opis i przesycony jakimś rodzącym się uczuciem. W tym szkicowaniu miasta jest dużo emocji. Przecież była to wyśniona stolica Polski! Zawiedzenie! Rozczarowanie?

- Ale czegóż miał się spodziewać po mieście zniszczonym i wygłodzonym w wojnę... Tak, w każdym razie nie było to obojętne spojrzenie:

No, nie, już nie patrzę na ciebie okiem spokojnym, ty dziwna, ponura stolico, pełna niesymetrycznych kamienic, rurom podobnych, ruder pochylonych i kontrastów. Pełna kurzu, zaduchu, stosów drewnianych brukowych, cegiełek, nie zamiecionych gnojów, kwiatów na ulicach, czerwonych zapałek, białych papierosów; górą na rogach twych stosy jabłek, pomarańcz, gruszek lub odległe bursztynowe, sine, bladobłękitne, wznoszą się śliwy". Widać było oczywisty kontrast we wszystkim... Mimo to, miasto fascynuje go: "Blade zbiorowisko ponuro spiętrzonych kamienic, pełne brudu, wolne od blasku wielkich stolic świata, dlaczego wszystkim, co umiem nazwać, przywarłem do wrót twoich, do ścian niechlujnych, do ulic pełnych prostytutek.

Stopniowo wciskał się w społeczność warszawską, właściwie w warszawskie społeczności! Cyrkulował pomiędzy kawiarnią gniewnych a salonami arystokracji, w charakterze korepetytora. Bytowanie było właściwie znośne - miał mieszkanie, wikt i opierunek. Odwiedzał swoją daleką krewną z Ukrainy, Stanisławę Szymanowską, sławną już śpiewaczkę. - Jakżeż to było wszystko skromne, zredukowane - w zestawieniu z przepychem ukraińskich dworów. Jakże zabawne mu się zdało sadzenie się na wytworne danie (kaczka z pomarańczami) któregoś z literatów warszawskich. Pomyślał: żeby tak zobaczył tamte stoły, to by mu oko zbielało!

Atoli czuł się jak na wygnaniu; nie mógł opędzić się tęsknocie za Ukrainą, w snach widział Kijów i na jawie: przychodzą do mnie echa dawnych daszczów wczesnej pory roku i dawnych cieniów twoich, o stare, stare miasto. Zielenią woalów wiosennych otulony, obrzeżony ogrodami, kopułami, zasłuchany w te dzwony wiosenne, jak odszedłeś już ode mnie w mgły oddalenia, ty Kijowie wysoki... I kiedy czasem z wieczora, zmęczony miastem naszym, powracam, zamykam oczy i serce mi się ściska, widzę czerwone gmachy, tarasy, ulice wspinające się ku górze jak wiszące nowojorskie mosty, jasne drzewa kwietniowe, klasztory o sinych, błękitnych kopułach, zbocza cerkiewnych ogrodów nad szarą pościelą wód.... Dziś, gdybym cię ujrzał naprawdę, byłobyś zupełnie niepodobne, odmienne. I dobrze jest, że odszedłem od ciebie, będziesz dla mnie zawsze bajką wody, gąszczów drzewnych i nocnej muzyki....

Uczył się nieustannie. Lecz instynkt młodości ciągnął do nowych książek, odciągając od "dawnych w starą skórę oprawnych". I te nowe oprawy odrzuca dla gazety, przynoszącej sensację ostatnią, ostatnie wiadomości - chce wiedzieć, co się stało dziś, przed godziną, przed chwilą!. - Rozrywany między obowiązkiem studiów a śledzeniem nowych zdarzeń... Wraz z kształtowaniem się życia politycznego i gospodarczego w odrodzonym państwie nabierała oblicza sztuka, literatura. Trwali jeszcze starzy pisarze, poeci Młodej Polski i ich pogrobowcy. Atoli ludzie powojenni byli jacyś inni, mniej indywidualistycznie nastawieni, zdolni do współdziałania. To samo dotyczyło autorów... Kilku młodych poetów, ludzi mocnego pióra, przybyłych z różnych stron kraju miało to szczęście, że trafili w Warszawie na kogoś o nieprzeciętnym talencie wydawniczym i finansowym. Zrazu zaczął wydawać pismo literackie "Pro arte", a niebawem popłynął "Skamander". Mieczysław Gryszewski to była poprostu instytucja! Najbardziej oczytanym z poetów Skamandra był bezprzecznie Jarosław Iwaszkiewicz. Mało ustępował mu Zygmunt Karski. Tylko że Iwaszkiewicz miał gruntowniejsze i wszechstronniejsze wykształcenie...

Coś około roku 1947 rozmawiałem w Krakowie na Krupniczej z Natalią Gałczyńską: zdumiona była rozległą wiedzą pisarza, szczególnie jego znajomością sztuki. Zaopiekował się nią po Powstaniu Warszawskim. Z obozu przejściowego w Pruszkowie wydobyła ją i jej córkę żona Ludwika Lilpopa, będąca tam pielęgniarką. Gdy przebywała na Stawisku, córka musiała mieć nie mniej niż siedem latek...

Wspomniany wyżej Zygmunt Karski wart specjalnej opowieści... Był ostatnim właścicielem majątku ziemskiego Szczęsne (plątała się też nazwa Chrzęsne), niedaleko Tłuszcza. Gdy wyrzucono go z tego majątku w 1945 roku, trafił prosto na Stawisko. Koniecznie, by Jarosław pożyczył mu 500 złotych. Z gotowizną było wtedy krucho, a Iwaszkiewicz wybierał się do Łodzi, gdzie mieściło się centrum różnych inicjatyw. Tłumaczył mu, że teraz nie może pożyczyć, bo sam ma niewiele. Ale ten nie ustępował... Zirytowało to pisarza: Przez przeszło dziesięć lat nie odzywałeś się, prawie mnie nie znałeś, a teraz diabli cię przynieśli!. Lecz trzeba było znać tego faceta - pojechał za Iwaszkiewiczem do Łodzi i tam wycisnął z niego ostatnią pięćsetkę.

Karski uchodził za naturalnego potomka Aleksandra II. Po wojnie pracował w ambasadzie francuskiej. Był częstym gościem w domu Leonostwa Lutyków na Saskiej Kępie; poza panią domu, z którą miał wspólne zainteresowania literackie, mało kogo zauważał. Odziedziczył niewątpliwe podobieństwo do przedstawicieli dynastii długi czas w Rosji panującej i jakieś podświadome przekonanie, że świat się koło niego kręci... Mało komunikatywny, zwykle milczący - jedynie ożywiał się, gdy była mowa o poezji. Z otoczeniem z trudnością znajdował wspólny języki - robił wrażenie jakby wyobcowanego ze społeczeństwa. I to jego zachowanie... Nie uważał, że obowiązują go zwykłe normy towarzyskie, był ponad to. Raz na przyjęciu u Lutyków (prowadzili dom otwarty) nalewałem piwo Stefanowi Tworkowskiemu. Karski, który siedział za Tworkowskim, niespodziewanie sięgnął po szklankę, zabierając mu ją sprzed nosa i uprzejmie mi dziękując. Ale, ale... Wtedy, w roku 1945, kiedy za Iwaszkiewiczem udał się do Łodzi, to i z nim wrócił na Stawisko. Nie było gdzie go ulokować, więc zainstalowano go u Włodków. Wprowadził tam tyle zamętu, że służąca łapała się za głowę.

W okupację stale rezydował u Iwaszkiewiczów Roman Kołoniecki, w charakterze korepetytora. Był synem szewca ze Starego Miasta. Przed wojną jego wiersze ukazywały się w "Pionie". Był to tygodnik literacki, finansowany przez odpowiednie ministerstwo. Drukowali tam urzędnicy ministerialni i różni czcigodni literaci. Gałczyński pismo to nazywał upiorem prasowym. Kołoniecki wpadał w furię, gdy ktoś wyrażał pogląd, iż najcelniejszym tłumaczem literatury francuskiej jest Boy-Żeleński. Wypada jednak przyznać, że Kołonieckiego przekłady z Daudeta są znakomite.

W Weimarze licznie odwiedzano sędziwego poetę - pielgrzymowano tam! Ale czy tam było tak gościnnie?

Dom Iwaszkiewiczów to był dom w pełnym tego słowa znaczeniu otwarty, szczególnie w czasie okupacji. W grudniu 1943 r. zjawił się na Stawisku słynny batalista Stanisław Membek. Wspomina to zdarzenie w "Dzienniku okupacyjnym": Siedziba Iwaszkiewiczów rzeczywiście mnie olśniła. On sam przyjął mnie bodaj dość życzliwie, choć z zachowaniem form wielkoświatowych.

Dla Iwaszkiewicza niepodobieństwem było rozstanie się duchowe z Ukrainą. Coraz to natrafia się w jego poezjach i prozie na motywy z dorzecza Dniepru. Mój Boże! - Stróżem opuszczonej cegielni na styku Pruszkowa i Komorowa zrobił nadwornego kozaka u Potockich z Pieczary. A żona tego nieszczęśliwego człowieka, Elwira (koszmarna baba, co na wszystkich ściągnęła nieszczęście) była tam panną służącą. Żeby tylko! Fryzjera z Brwinowa skojarzył z kucharzem na wielkim dworze: "Sama pani hrabina Branicka z Białej Cerkwi czekała na moje antrykoty... (Młyn nad Utratą). A filigranowy Murzyn Desmond to też reminiscencje z Ukrainy, gdzie nawet o Arabów było nietrudno.

Wspomnienia ukraińskie wciąż zasilają naszą literaturę... i to w niezwykle dobrym stylu! I to się prędko chyba nie skończy... Przeszłość silnie ciąży nad naszą kulturą, a związki jej z Ukrainą... Jakże to rozdzielić?

Nie tylko Goszczyński (niech Bóg wybaczy temu Sewerynowi tępe napaści na Aleksandra Fredrę), był i Zaleski, Antoni Malczewski ze swoją cudowną "Marią", ale i Słowacki, Słowacki Juliusz:

W stepie jęczały głosy niezbyt śpiewne,
A jednak piękne - harmonią płaczliwą;
Jasną girlandą chorągwie cerkiewne
Szły... burcząc z wiatrem... świece nieśli krzywo
Chłopięta... Nieraz widziałem te rzewne
Pogrzeby, stepem idące i niwą...
Dawno już świata ogłuszone zgrają,
jeszcze teraz słyszę - jak śpiewają.
(Beniowski)

Przeżycia na Ukrainie okresu wojny i rewolucji mają bardzo nikły oddźwięk w utworach Iwaszkiewicza. Brak tam tych strasznych obrazów z pierwszej fazy rewolucji! Tego, co tak wyraziste w książkach Juliana Wołoszynowskiego i Włodzimierza Odojewskiego... A przecież to wszystko widział! Lecz nie chciał powracać do tych wspomnień koszmarnych i jeszcze raz to wszystko, pisząc, przeżywać. Nie sposób jednak było odwrócić się od tamtych obrazów... Zbyt głęboko to zaległo w pamięci! I gdzieś musiało znaleźć ujście...

Tak się złożyło, że osiadł na ziemi mazowieckiej, w strefie podwarszawskiej, w strefie - mimo bliskości Warszawy - właściwie ostałej, gdzie cały krajobraz w tych latach dwudziestych, gdy tu przybył, niewiele się zmienił od czasów Chełmońskiego. Tyle że ludzie byli inaczej odziani - zamiast samodziałowych portek i koszul nosili garnitury z tkaniny Łsinqt tworzonej fabrycznie.

Obraz obwodu podwarszawskiego był zaskakujący... Trudno o większą różnorodność. I jakie kontrasty! Tuż za Warszawą, skąd nie widać było kominów fabrycznych, kilku skupisk miejskich czy cegielni rozrzuconych wzdłuż pasm bogatych w glinę, natrafiało się na miejsca jakby od czasów Księstwa Warszawskiego nienaruszone. I to nawet już w latach pięćdziesiątych, jadąc za Raszynem w stronę Falent - koło tych stawów i łąk z soczystą i gęstą trawą - to człowiek tylko czekał, czy na grobli nie ukażą się idący do szturmu fizylierzy księcia Józefa. A te młyny modne, muczące na małych rzeczkach, różnych Utratach, Mrownach, Pisach (Pisiach), Rawkach, gdzie witali przybysza umączeni młynarze w chłopskich granatowych maciejówkach. To nie była Ukraina z jej rozległymi dobrami ziemskimi i potężnym przemysłem spożywczym. Tu na Mazowszu w okresie międzywojennym trudno było wyobrazić sobie istnienie jakichś rozległych, olbrzymich włości - w rodzaju XVI-wiecznych dóbr Okuniów, w skład których wchodziły i większe miejscowości, czy nawet rodziny Szczęsnych, których klucz majątków ciągnął się od Pruszkowa do Grodziska (i tu i tam pozostały ulice o nazwie "Szczęsna" i majątek ziemski "Szczęsne" [ostatni właściciel Wiktor Skokowski] potem upaństwowiony).

Naturalnie były i większe majątki, lecz przeważała średnia własność ziemska albo zgoła niewielkie resztóweczki, wykupywane od zubożałych właścicieli przez kupców warszawskich, też przemysłowców lub adwokatów. Niektórzy modernizowali tradycyjne dworki i wyglądały jak wille podmiejskie ("Opypy" adwokata Bielawskiego); ośrodki uprawy ziemi traktowali trochę niczem rezydencje za miastem... Nie było to jednak regułą! W Marunie, maleńkim mająteczku leżącym nad rzeczką Pisą Tuczną i należącym niegdyś do rodziny Jana Henryka Dąbrowskiego, emerytowany dygnitarz kolei petersburskiej, niejaki Władysław Gajewski założył sobie w takim sobie poślednim śpichlerzyku, przypominającym trochę chlewek, wytwórnię płyt izolacyjnych z paździerzy lnianych. Od nazwy miejscowości nazwał je marunitem.

Rzecz zaskakująca! - Iwaszkiewicz, zżyty z dużymi i dobrze prowadzonymi majątkami na Ukrainie, w kraju upodobał sobie życie ludzi w małych resztówkach, zagubionych wśród nowych form bytu i w nich bytujących. Te dworki tu i ówdzie tkwiące w pejzażu mazowieckim, choć blisko stolicy usytuowane, to takie jakieś tradycyjne, o nieunowocześnionym rolnictwie, prowadzone przez klasycznych inteligentów, z wszelkimi ich przywarami, mających do towarzystwa dziwacznych nieraz rezydentów. Iwaszkiewicz zwyczajny był bytowania na wsi, w obrębie dworu. Miasto było niezbędne - jako rewir wydawnictw, prasy, bibliotek, kontaktów z różnymi ludźmi i tyle... W książkach jego występują uparcie ludzie dworscy, choćby ze szczątkami życia dworskiego lub przeszłością związani. Od nich się zwykle zaczyna u niego wszystko! Jest to jakby główny motyw... W to się jeszcze wplątują reminiscencje z Ukrainy i wyraźny dysgust co do postępów urbanizacji...

U współczesnych Iwaszkiewiczowi poetów raczej przeważa coś w rodzaju entuzjazmu dla postępu technicznego, dla rozwoju przemysłu, dla nowych budowli. U Iwaszkiewicza nic takiego! Wdzieranie się przemysłu w krajobraz i niszczenie naturalnego piękna wzbudza u niego niepokój:

Za ciasno nam, rzeki nasze wysychają
I stają się coraz płytsze, zmieniają się w stęchłe kałuże;
Fabryczne miasta rosną, na łąkach kopalnie torfu,
Zamiast wysokich topoli dymią czerniawe kominy.
Wygnano nas z pól ogromnych (o, Ukraino daleka!)
(Powrót do Europy)

Jarosława Iwaszkiewicza poznałem w składzie aptecznym, w ostatnich latach okupacji... Stasiek uszlachetnił pół litra zwyczajnej wódki sokiem ze świeżego dziurawca. Piliśmy z jakichś specjalnych naczyń, używanych w laboratoriach chemicznych, gawędząc.

To kierowanie się do zapomnianych domostw było szukaniem spokojnej przystani. Czy taka w ogóle istnieje? W jednym z wierszy (Powrót do Europy) mówi wyraźnie:

I chwalę wiejską ciszę z fałszywym spokojem.

Bo też w opowiadaniach jego spokój jest tylko pozorny. Wszystko zaczyna się niby swego rodzaju sielanką, a potem... Niech to diabli porwą! Ale i w tej pozornej idylli od początku tkwi jakiś niepokój. Czytający ma nieprzyjemne przeczucie, że stanie się coś złego... A jeśli idzie o rodzaj tych zwykle długich opowiadań, to czy należy zakwalifikować je jako opowiadania, czy jako nowele? Według Piotra Chmielowskiego bohaterem noweli jest zdarzenie! A właściwie to tu wciąż oczekujemy jakiegoś zdarzenia, złego zdarzenia.


Młyn nad Utratą, istniejący w dawnych latach.
Rysunek Jerzego Blancarda umieszczony w "Przeglądzie Pruszkowskim"
w zeszycie pierwszym z 1987 r.

Śmierć jest osnową większości opowiadań Iwaszkiewicza. Towarzyszy jej zatracenie się w miejscach nachalnej współczesnej cywilizacji odległych, wtopienia się w bliższe naturze otoczenie.

Krzywizna leżała niedaleko od Warszawy, ale jak wiele podobnych jej miejscowości była zupełnie na uboczu... Dojeżdżało się do podmiejskiej stacji, jakie trzy, cztery kilometry przejeżdżało się piaszczystą zapadliną, następował mały brzozowy lasek, a potem na zielonym posłaniu koniczyn wylegał mały folwarczek z czerwonej cegły. Stały mieszkaniec Warszawy nawet się nie domyśla, ile takich miejsc jest pod samą stolicą, gdzie niby w rezerwacie przyroda przechowuje najpierwotniejsze elementy wiejskości, prymitywu, żywiołu, czy jak kto sobie chce nazwać...

Młyn nad Utratą! - Według wszelkiego prawdopodobieństwa autor miał na myśli całkiem inną rzekę, a raczej rzeczkę... Ale ta nazwa "Utrata" jakże pasuje do ogólnego nastroju opowiadania i tragicznego jego zakończenia. Wypada tu wtrącić, iż dzisiejsza stacja kolejowa "Piastów" zwała się dawniej "Utrata. Tyle było tam strasznych wypadków kolejowych, że mieszkańcy osiedla zapragnęli zmiany tej nazwy. Ogłoszono konkurs! Wygrała go uczennica z miejscowej szkoły, proponując nazwę "Piastów". I tak zostało.

W tradycji ustnej opowiadanie kojarzą z Kuklówką Chełmońskiego, leżącą nad mniejszą od Utraty rzeczką Pisą. Różne były domysły... Książka dobrze była przyjęta, zarówno przez czytelników, jak i przez krytykę literacką. Gdy jedno z pism zwróciło się z pytaniem do Adolfa Nowaczyńskiego, jaką najlepszą książkę przeczytał w roku 1936, ten odpowiedział: "Młyn nad Utratą" Iwaszkiewicza i Czesława Straszewieza "Gromy z jasnego nieba". A różnych Marcinków i Morcinków się nie czyta, więc o takich Kurkach nic się powiedzieć nie da.

Nowele włoskie silnie osadzone w tradycji literatury polskiej, bo iluż to literatów wojażowało pod włoskie nieba! W jednej z tych nowel popularny pisarz, rozpieszczony powodzeniem, wraca z Italii własnym autem z szoferem, trzęsąc się po wyboistych naszych drogach, i w nocy trafia do zrujnowanego gospodarstwa z dworem, co przytulał się do ziemi. I Nic nie było słychać naokoło, nawet psy nie szczekały w tym dworze, zagubionym gdzieś na granicy lubelskiego i Mazowsza, zastaje młodego chłopaka, osieroconego - bez rodziców, zdanego na samego siebie, bezradnego w redukowanym przez komornika majątku, a rwącego się do nauki - zafascynowanego współczesną fizyką, samego z dwojgiem służących - starym stróżem z młodą i ponętną żoną...

Mimo iż proza jego cieszyła się dość dużym powodzeniem, w upodobaniach Iwaszkiewicza przeważała poezja, liryka. Nadmieniał zresztą jakiemuś młodemu, odwiedzającemu go literatowi, że bardziej czuje się poetą.

Artur Sandauer usiłował przypasować do utworów Iwaszkiewicza kryterium polityczne. Nie mógł u niego znaleźć żadnej oceny, żadnej krytyki np. ziemiaństwa... To było dla niego niepojęte! Lecz Maria Dąbrowska ostro tę sferę społeczeństwa oceniała. U nas zresztą zawsze było w dobrym tonie grzmieć na posiadaczy. Specjalnie intensywnie uprawiali to ci, co żyli na koszt państwa. A zaiste Iwaszkiewicz był, w pewnym stopniu, właścicielem ziemskim i znał smak płacenia podatków. Sandauer zniecierpliwiony był uprawianiem przez Iwaszkiewicza tradycyjnej liryki. Jego wiersze jak mogły się zmieścić w nowatorskiej - bądź co bądź - poezji Skamandra; ani jak Słonimski - nie wnosi do poezji określonych idei, ani - jak Tuwim - nowych metod obróbki słowa. Wydumane, wymęczone frazy, przykrawanie słów, manifesty jakieś - po drodze można było zgubić cały nastrój wiersza! Nie u Iwaszkiewicza:

I zdaje się, że w cieniu popielatym sarny
Przebiegają przez ruczaj lub stojąc słuchają,
Jak srebrne lustro wody brzeg odbija czarny
I fletnie białych brzózek, gdzie liście śpiewają
I opadając krążą. A namiętność moja
Niby łania nad źródłem pochyla swą szyję
I tylko jej odbicie lodowego zdroja
Mówi, że chociaż wątła, ale jeszcze żyje.

O nie! Nowe prądy nie były u niego na pierwszym miejscu. To nie znaczy, aby pilnie nie śledził - jak mało kto - nowych prądów w literaturze.

Krytycy zagłębieni w analizie tekstu, pochłonięci tropieniem nasilenia wrażliwości społecznej, śladów orientacji politycznej... Możliwe, że uczeni w piśmie! Ale czy nie widzą u siebie braku wyczucia, intuicji, wyobraźni? Starzy ludzie uważają, że tacy zawsze będą! Niech więc trwają przy tym, nie należy im przeszkadzać.

Byłem na prapremierze Maskarady w Teatrze Polskim z Wyrzykowskim w roli głównej - kapitalna była Smosarska w roli Natalii, gdy wyduszała z wydawcy większe honorarium za wiersze męża. Tomiki z tymi wierszami szły jak woda - Puszkina nawet pokojówki czytały.

Do działań w polityce, w dyplomacji jest dużo chętnych, lecz jakże mało dostatecznie przygotowanych. Tych ostatnich właściwie bywa niewielu. Bo gadający się znajdą, tylko ktoś musi przygotować im materiał do wystąpień i umieć ten materiał uładzić. I załatwiać różne inne czynności, zawsze ważne.

Iwaszkiewicz przez pewien czas był sekretarzem marszałka Sejmu Macieja Rataja, sekretarzem Unii Intelektualnej, sprawował różne funkcje w dyplomacji - m.in. był sekretarzem Ambasady Polskiej w Kopenhadze, przez którą to ambasadę przechodziła owa słynna propozycja Piłsudskiego dla Francji: wojny prewencyjnej z Niemcami. Mimo wiecznej mutacji był wprost stworzony na dyplomatę! Doskonałe wyrobienie towarzyskie, solidne wykształcenie, świetna prezencja, przy okazałym wzroście i orientalnym wyrazie twarzy, co tak fascynowało ludzi na zachodzie Europy, znajomość języków obcych w słowie i piśmie, obeznanie z pracą biurową, wrodzone poczucie taktu i - co niezwykle ważne - piękna, o niepospolitej inteligencji żona, fascynująca w towarzystwie... To wszystko składało się na możliwość zrobienia znacznej kariery dyplomatycznej, gdyby nie... No, mniejsza z tym!

Akcenty polityczne w jego utworach... Nie unikał wypowiedzi jakby politycznych, choćby jego Oda na Gdańsk. Jednakowoż nie uprawiał tak znamiennej dla prasy literackiej dwudziestolecia natrętnej poezji o treści politycznej, społecznej; chociaż:

Gdybym był chmurą, dymem, pożarem
Spadłbym nad Alkazarem.
(Wiadomości Literckie, cytat z pamięci)

Kiedy była druga połowa lat trzydziestych, od dawna już nie uczestniczył w działalności dyplomatycznej. To nie znaczy, aby nie obracał się w kręgach politycznych. Za dobrze znał układy międzynarodowe, aby nie obserwować z niepokojem i to z dużym niepokojem nastrojów w Rzeszy Niemieckiej. W tych latach najbardziej obrotnym i czy nie najlepiej zorientowanym reporterem polskich gazet był Ksawery Pruszyński. Zjawiał się w miejscach zapalnych - objętych wojną i okupacją, wszędzie, gdzie coś ważnego się działo... Były z nim zejścia się w Warszawie w kawiarniach i w lokalach redakcyjnych; słuchano go uważnie, żeby nie powiedzieć... z zapartym tchem, w przekonaniu, że był człowiekiem aktualnie najlepiej poinformowanym. Iwaszkiewicz był z nim w stałym kontakcie. Pisał zresztą o tym! Niepokój Pruszyńskiego, drukowanego wówczas w wielu pismach, udzielał się sferom literackim i nie tylko literackim. A było się czym niepokoić, wprost przeciwnie do niektórych polityków, niefrasobliwie patrzących w przyszłość....

W czasie wojny Pruszyński z zagranicy z bólem obserwował to, co się działo w kraju. Po wojnie zjawił się w Warszawie, już jako ktoś o ustalonej pozycji! Trzeba trafu, że akurat wtedy go spotkałem...

Kończyły się lata czterdzieste. Wracając z budowy Rady Państwa, szedłem Alejami Ujazdowskimi w stronę placu Trzech Krzyży. Naraz zamajaczył przede mną cień kogoś zdążającego w przeciwnym kierunku. Już mijał mnie... szybkim, gwałtownym krokiem, akcentując każde stąpnięcie. Krok ten skądś był mi znany! Przystanąłem. On też się zatrzymał... Chwilę mi się przyglądał swymi szeroko rozstawionymi oczami: "Ach, to pan! Zacząłem od sakramentalnego: "Tyle lat...", Ale Pruszyński to nie był ktoś, kto mógłby się ograniczyć do zdawkowej wymiany uprzejmości. Przybywał z wielkiego świata, od dawna wprawiony w błyskawiczne rozwijanie problematyki. Od razu zaczął mówić dość gwałtownie...

- Pan tu siedział, cały czas?
- Właściwie to nie siedziałem. Jakoś.
- Ale był pan na miejscu, w kraju?
- Żadna przyjemność! Wolałbym gdzieś indziej.
- Działał pan?
- Jakie tam działanie...
- Proszę nie zaprzeczać. Działaliście! - I jak wyście to robili... To było szaleństwo! - Dzieci wysyłaliście na śmierć, dziewczęta!
- Co, ja?
- Pyta się pan... Każdy z was, wy wszyscy!
- Jacy wszyscy?
- Czy ktoś inny, czy pan - wszystko jedno.
- Ależ...
- Ma pan wątpliwości? Nic was nie tłumaczy. Może nie mieliście rozeznania, nie znaliście układu sił?

Usiłowałem jeszcze coś dodać. Lecz nawet słówka wtrącić się nie dało. Zrezygnowałem wreszcie i czekałem końca tej tyrady. Serię taką musiał mieć gotową od dawna ten świetny publicysta. Tylko zapłonu brakowało! I ja - na swoje nieszczęście - mu się nawinąłem. Pęki zarzutów, doskonale sprecyzowanych, leciały mi na głowę. Zaskoczony, bliski byłem prawie przeświadczenia, że to ja (osobiście!) odpowiedzialny jestem za wszelkie poczynania Armii Krajowej i jeszcze Delegatury Rządu. Boże kochany! Wolałbym, aby worek z cementem spadł mi na głowę. I nagle urwał się ten sekwens oskarżeń. Zastąpiła go cisza... I tak jak grzmiał, tak odszedł tym swoim trochę rozkołysanym krokiem, krokiem profesora Stanisława Tarnowskiego.

Ale wróćmy do Iwaszkiewicza, jego poezji... Nachodzą go myśli złe, ponure: Mnie zostaw, młody przyjacielu, na pastwę kontemplacji straszniejszej od śmierci. Beztroskość, jakby zapowiedź czegoś radosnego, rzadko tylko w utworach jego zagości:

Złociste piaski i czarne sosny,
Ciepłe jesienie i zimne wiosny,
Niebo przejrzyste, chmury zielone
- O moje lata błogosławione -

I znowu ton smutny, eligijny - zaduma nad przemijaniem kultur, przechodzeniem piękna w ruinę:

Wznoszą się zgruchotane słupy i pilastry
Ku niebu, które szczerzy lazur jak najrzadszy
I na błękity morze obojętnie patrzy,

(Z Sonetów Sycylijskich)

Także rozczarowanie, jakiego się doznaje po odwiedzeniu miejsc drogich, jakże bliskich w młodości:

Ogród w las się zamienił, a woda w szuwary,
Gdzie dawniej staw szeroki, dziś wilgotna łąka,
Każdy kąt coraz cichszy, obcy, bardziej szary.
Woda płynąca rzeczki uniosła widoki
Dawniejsze, na swej szklistej powłoce odbite,
Nic nie zostało z tego - tylko te obłoki
Zawsze w stado pierzaste i pierzchliwe zbite.
(Z Elegii)

I ta myśl nękająca, co po nim zostanie:

Wszystko, com w świecie zastał, po mnie będzie,
Tylko tych kilka kartek zachowanych w stole,
Do których nie mam czasu zajrzeć - i nie trzeba.

Doprawdy, stale przez prawie wszystkie jego okresy twórczości przewija się widmo śmierci, niby jakiś stały ornament:

Zostanie po mnie stary dom,
nad którym wzrośnie piana drzew,
cmentarny dół, kamienia złom
i nad mogiłą ptaka śpiew.

Przynajmniej z tym ptakiem, to już coś weselszego! Wszakże taki straszny pesymizm i ciągłe przywoływanie śmierci właściwe raczej młodym - tym, co dopiero wchodzą w życie i nęka ich myśl, czy się zawczasu nie wycofać... Z wiekiem czarne myśli zwykle jaśnieją - starszych ludzi cechuje raczej pogoda ducha. U Iwaszkiewicza jest odwrotnie! Czyżby wieczna młodość?

Ta nieustępliwa myśl - jak wiedźma nieustannie krąży po jego wierszach i prozie: Jutro jest nowy wschód, obudzisz się ze śmiercią. Swoją drogą, mógłby tę natrętną wszetecznicę odegnać i od czasu do czasu napisać coś weselszego... Chyba zżył się z myślą o zatracie, przyzwyczaił się do tej myśli jak do starej kapoty.

A była tego poważna przyczyna! Straszne, potworne obrazy z wojny domowej na Ukrainie nie mogły być zatarte z czasem, nie pozostawić śladów w psychice ludzkiej, musiały się odezwać w snach i na jawie, i niepokoić. Iwaszkiewicz wprawdzie nie opisuje tego, co się działo - stara się tych scen zaoszczędzić czytelnikowi. Cóż z tego, kiedy nie sposób sprzed oczu duszy tego odgonić... Te zbójeckie watahy nie przestają krążyć za oknami, wyzierać zza szyb. Te koszmary weszły w podświadomość, odrzucane - ujawniły się w innej postaci! W nieuniknionej lub nagłej śmierci młodego człowieka, kogoś w sile wieku, w przekonaniu, że wszystko pójdzie na marne.

Ślub Marii Iwaszkiewiczówny ze Stanisławem Włodkiem wypadł w sierpniu. Był ostatni rok wojny, dzień jasny i ciepły. Ze Stawiska szliśmy całym towarzystwem, swobodnie rozmawiając. W połowie drogi przechodziliśmy obok willi wziętego niegdyś cukiernika warszawskiego Jana Gajewskiego. Ileż pięknych kobiet było z nami! Obydwie córki - Maria i Teresa - urodą mogły konkurować z matką. Panna młoda była z parafii brwinowskiej, toteż ślub miał się odbyć w kościele pod wezwaniem św. Floriana. Stał ten kościół, jak i teraz stoi, przy placu mającym charakter jakby rynku miejskiego. Pierwszy raz byłem tam w roku 1931 na pogrzebie profesora Jana Szudejki. Poprzedzająca pogrzeb msza święta ilustrowana była grą miejscowego organisty. Nikt nas nie uprzedzał, do jakich on jest zdolny kompozycji... Zaskoczenie było zupełne, gdy w najbardziej podniosłej chwili wydobył z piszczałek fokstrota i zaraz potem zadudnił oberek!


Zdjęcie przed kosciołem w Brwinowie, w chwili po ślubie Marii
z Iwaszkiewiczów ze Stanisławem Włodkiem. Stoją od lewej: Teresa Iwaszkiewiczówna
Maria z Iwaszkiewiczów Włodkowa, Stanisław Włodek, Kazimiera Włodkowa, matka
pana młodego, Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, rodzice panny młodej

Już po załatwieniu koniecznych przed ślubem formalności i opłaceniu księdza i organisty (naszego muzyka), wychodzimy z kancelarii parafialnej i ja mówię Iwaszkiewiczowi o tej ewentualnie spodziewanej grze w kościele. A on na to: Taż panie, jak on na pogrzebie mojej matki zagrał krakowiaka, to same nogi chodziły do tańca! Serdeczny to był kresowiec. Ciche przyjęcie weselne było u Włodków. Wówczas mieszkali w dworku po Skarbkach. Były krótkie przemówienia, świetny nastrój przy stole, interesujące rozmowy. Prawdziwe ożywienie w towarzystwie wprowadzała pani Anna... Potem w salonie do fortepianu zasiadł profesor Artur Taube.


Stoją od lewej: Jarosław Iwaszkiewicz, Maria z Iwaszkiewiczów
Włodkowa, Stanisław Włodek, Kazimiera Włodkowa, matka Stanisława, NN,
Anna Iwaszkiewiczowa

Rodzina Taube, właściwie baronowie von Taube, to byli na Ukrainie wielcy posesjonaci, u których ojciec Iwaszkiewicza - ich daleki krewny - był buchalterem. Artur urodził się w roku 1894, pierwsze studia muzyczne odbył w Elizawetgradzie... Grał Chopina! Wszyscy zasłuchani. Większość obecnych silnie odczuwała muzykę. W oczach Iwaszkiewicza zapalały się jakby złote błyski. Gdyśmy tak siedzieli, zasłuchani w dźwięki fortepianu, nie przyszło mi wtedy do głowy, że przecież przeszło 120 lat wstecz też we dworze Skarbków, tyle że w Żelazowej Woli i w powiecie sochaczewskim, grał sam Fryderyk Chopin...


Stoją od lewej: Maria z Iwaszkiewiczów Włodkowa, Stanisław Włodek, w głębi Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie

Wyszedłszy, siedzieliśmy na przystanku w Jordanowicach, na trawiastym zboczu prowizorycznego peronu, czekając na elektryczną kolejkę. Profesor Taube mówił o miłości związanej z nieodłącznym cierpieniem. Duży, silnie zbudowany, nie pamiętam czy nosił okulary... Do kraju przybył w roku 1919 razem z Karolem Szymanowskim, swoim ciotecznym bratem. Kontynuował naukę muzyki. Z czasem został wykładowcą w klasie fortepianu w Szkole Chopina... Jego drobne uwagi, rzucane mimochodem w rozmowie, zdradzały niepospolitą inteligencję. Często myślę o tych ludziach, co uszli z opanowanej pożarem Ukrainy, jeśli nie spotkał ich los najgorszy! W pamiętnikach, w szkicach powieściowych niesłychanie mało jest o tym, co stworzyli na rozległych obszarach nadnieprzańskich - w rolnictwie i rolnym przemyśle. Opracowań naukowych o tym brak zupełny. Jakież to były olbrzymie przedsięwzięcia! - Potocki samych pracowników umysłowych zatrudniał około tysiąca. I to rzetelnie pracujących! Ileż przedsiębiorczego ducha było w tych ludziach z Ukrainy... Gdy znaleźli się w ciasnych warunkach Kongresówki czy Galicji... i tu zaznaczyli silnie swoją obecność w gospodarce, w akcjach społecznych. Może gdzieś, w którymś z wydawnictw, choćby w Czytelniku, jakaś część pamiętników tych ludzi czeka na wydanie. Po wojnie Artur Taube był wykładowcą w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie. Zmarł w roku 1979.

Jakiś czas potem pomyślano o siedzibie młodego małżeństwa. Powstał pomysł zbudowania w obrębie Stawiska jakiejś chaty z drewnianych bali. Kręcący się około rodziny Lilpopów młody człowiek o zacięciu architektonicznym naszkicował projekt takiej siedziby. Iwaszkiewicz przyszedł z tym do Włodków. Nie było jeszcze południa. Akurat był wtedy Zbyszek Gajewski, cioteczny brat Staśka, cyrkulujący pomiędzy ojcowską Maruną a domem Włodków. Zbyszek swego czasu studiował architekturę w Warszawie, razem z późniejszym profesorem Janem Zachwatowiczem. Z Bohdanem Pniewskim razem na egzaminie ściągali statykę. Uczelni nie ukończył... Za to osiągał duże sukcesy jako architekt wnętrz. Z jego ręki wyszedł przed wojną wystrój wnętrza Cafe-Otto - kawiarni w Alejach Jerozolimskich, za Bracką w stronę Marszałkowskiej, po parzystej stronie ulicy. Był niezłym narratorem. Teraz nadarzyła mu się sposobność popisania się znajomością projektowania i prowadzenia korekty projektu... I to przed kim? Przed samym Iwaszkiewiczem! Znęcał się w niemiłosierny sposób nad tą zresztą mało udaną koncepcją młodego człowieka: Ten hall - toż to kapliczka Matki Boskiej! A ten WC? Kto się w nim zmieści... Niech się trafi tęższy facet i jeszcze się nadmie, to taki interes cały się rozleci!. Były to nie wiadomo już od jakich czasów używane złośliwe uwagi na wydziałach architektonicznych wszelkich uczelni technicznych, cyklicznie powtarzane przez profesorów i studentów przy prowadzeniu korekt studenckich projektów. Zacz mają ten walor, iż są obrazowe, a soczyste wyrażania łatwo wpadają w ucho.

Otoczenie było na wskroś męskie, więc można było sobie pozwolić na różne dosadne określenia! Zadziwiające, jak pewne dowcipy nigdy nie są ograne, są jakoś zawsze do śmiechu, choć powtarza się je nieustannie... I bawią ludzi te refreny, tak jak w wojsku śmieją się zawsze z od stuleci używanych porównań w rodzaju: To jest równanie, to tak jakby byk ...... na bieżącą wodę!. Tak też było i wtedy! Diagnoza Zbyszka wywoływała salwy śmiechu. Bawił się i Jarosław Iwaszkiewicz, mimo że nie w smak mu była krytyka kogoś znajomego.

Po wojnie w okresie odbudowy kraju chciał jakoś przyłączyć się do silnie podtrzymywanego entuzjazmu - było to uradowanie jednak nieco sztuczne. Wypowiadał się w periodykach o trasie W-Z. O ile sobie przypominam, umieszczał też jakieś wiersze... Próbował też opowiadań dłuższych o ludziach pozytywnych, co "tworzyli", o jakimś architekcie, pracującym przy pomocy suwaka logarytmicznego. W każdym bądź razie wychodziło mu to lepiej niż innym. Pisano wtedy i całe książki, wiele książek... Ale żeby coś godnego czytania napisać, nie wystarczy sam entuzjazm. Trzeba coś więcej wiedzieć o życiu, coś umieć, mieć szersze pojęcie o świecie niż z perspektywy jednego zakładu pracy czy urzędu.

Zajmowania się aktualiami pisarz zaniechał, wrócił do przeszłości. I wyszła rzecz zdecydowanie udana! Co tu dużo mówić, tak interesującej powieści jak Sława i chwała nikt po wojnie nie napisał! Trawestując słowa Ksawerego Dunikowskiego wygłoszone na zjeździe literatów, ta powieść była rzeczywiście do czytania, a nie tylko do pisania...

Nie można tu pominąć nieocenionych zasług Iwaszkiewicza dla propagowania kultury polskiej za granicą. Był do tego stworzony. Samo jego pojawienie się na różnych międzynarodowych zjazdach robiło wrażenie. Umiał kraj reprezentować - przede wszystkim wobec zagranicznych gości. Bo nasze sfery rządowe... Bożesz ty mój! - jak mawiali starożytni Rosjanie...

Poezje do końca życia pisał jakże piękne, jakże z naszym wiejskim otoczeniem zharmonizowane:

Plejady to gwiazdozbiór już październikowy,
Spokojnym okiem płynąc losy twoje iści.
Powoli wyjdź przed bramę, nie odwracaj głowy
I zerwij parę złotych, poranionych liści.
Proch ci zostaje w dłoni, rozwiewa się, ginie
I słyszysz tylko ogród, co dyszy jak chory.
Złociste liście giną i jasień ta zginie,
I złe - i dobre nawet - giną gwiazdozbiory.

Zbierał z polskiego pejzażu co najpiękniejsze, równie subtelnie jak Paul Valéry, lecz ileż w nich tęsknoty i... smutek bezbrzeżny, ciągły, gniotący, a chwilami i rozpacz przeziera:

Noc czarnym płaszczem swoim ścieżkę nam zasłania,
Wiara, nadzieja, miłość już nas opuściły.

Proza jego starcza coraz bardziej ponura, chwilami przypomina trupie teksty Borgesa - jakby nie było żadnej nadziei! Gdy plątał się wśród ogrodu, wśród jeszcze ostałych drzew - jak ten stary, bezradny koń z jego szkicu. Widocznie nie mógł się przemóc, aby tego konia choć pogłaskać...

Anna z Lilpopów Iwaszkiewiczowa zmarła w roku 1979, 23 lipca. Z jej śmiercią... runęła podpora. Straszny to był cios dla pisarza. Stracił chęć do życia! Chciałoby się za Tadeuszem Korzonem mówić o "przedśmiertnych męczarniach" - nie wodza, lecz poety. Umarł niewiele później, w roku 1980, 2 marca... Pogrzeb jego tłumny! - Msza święta żałobna w kościele brwinowskim ściągnęła znaczną liczbę ludzi. Obok gospodarzy z okolic i z różnych stron dawnego powiatu błońskiego była spora liczba uczestników wycieczek turystycznych - przyszli, by go pożegnać! Fascynujące były dla nich związki różnych miejsc na Mazowszu z fragmentami opowiadań pisarza. Było to ledwie w sferze domysłów, ale czy to jest takie ważne? I tak przeszło to już w legendę... Tak się jakoś złożyło, że ten klasyczny kresowiec, osiadłszy w głuszy mazowieckiej, wtopił się w tutejszy klimat i poniekąd został jakby piewcą zapomnianych miejsc w strefie podwarszawskiej.

Jakżeż się odczuwa brak w niedzielne dni podkowiańskie widnej już z daleka jego wyniosłej sylwetki, gdy wracał z kościoła. Miał w pamięci i w oczach wszystkie przemiany miejsca, zwanego Leśną Podkową - jeszcze kiedy tu nie było ogrodzeń i szyn kolejowych, i utwardzonych nawierzchni, tylko drogi gruntowe. Rzucał okiem na drogę w stronę Brwinowa, podobniejszą ulicy - bez żadnego uroku! Pamiętał tamtędy trakt przebiegający, piękny, piaszczysty, mazurski, wysadzany wierzbami, którym się tak zachwycał swego czasu Karol Szymanowski. Tak! Podkowa po jego śmierci gwałtownie zubożała.

Kacper Czeretowski

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk, Korekta: Elżbieta Matusiak-Gordon
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT