PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
5 (13)/2003
ISSN 1642-0853

Wpisany w pejzaż Tatr


W Pięcistawach człowiek czuł, że jest w górach. Bacowie czasem bili się między sobą. Ale było i wesoło. Gdy zaśpiewali - a takiego śpiewu byle gdzie nie usłyszysz - to echo rozlegało się po całej dolinie - wspomina Józef Krzeptowski, który już przeszło 45 lat gospodarzy w tatrzańskich schroniskach. Najdłużej, bo blisko dwadzieścia lat, przebywał w Dolinie Pięciu Stawów i to miejsce najbardziej pokochał. Dzisiaj z sentymentem opowiada o tym małym zakątku Tatr.


Bracia Andrzej (z lewej) i Józef Krzeptowscy

Józef Krzeptowski schroniskowe życie polubił już w okresie dzieciństwa, kiedy to wszystkie wakacje spędzał w Pięciu Stawach, gdzie rodzice jeszcze przed wojną prowadzili schronisko. Gdy w czasie okupacji zostało przez Niemców spalone, ojciec Józefa Andrzej Krzeptowski wybudował w roku 1947 maleńki drewniany budyneczek przy Małym Stawie, obecnie służący za strażniczówkę Tatrzańskiego Parku Narodowego.


Józef Krzeptowski transportuje towar, który na górę wywiozła prowizoryczna kolejka

Mały Józik nie był oszczędzany, już od najmłodszych lat musiał pomagać w wysokogórskim gospodarstwie. - Miałem zaledwie dziewięć lat, a musiałem już chodzić po towar do Morskiego - wspomina. - Trzeba było wodę nosić, drzewo rąbać, garnki myć. Pamiętam, jak kiedyś ojciec wziął mnie na górę już przed Wielkanocą, bo na święta zawsze parę osób przyszło. Latem wodę nosiliśmy z Małego Stawu, ale w zimie zamarza do dna i trzeba było chodzić do Wielkiego Stawu. To kawał drogi. Byłem mały i wiadrem zahaczałem o zaspy i zawsze mało co wody doniosłem. Przyjechały wtedy dwie doktorki, takie po metr dziewięćdziesiąt wzrostu każda i ja do nich mówię, że im to by było dobrze wiadra nosić, bo by nie zawadzały o śnieg. I od tego czasu mi pomagały, a ja im za to smarowałem narty - mówi.

Strażniczówka

Józef przypomina sobie czas wojny, a miał wtedy zaledwie kilka lat. Mimo to epizody związane z historią pięciostawiańskiego schroniska głęboko zapadły mu w pamięci. Maria Krzeptowska na górze przebywała tylko latem, ale gdy Ruscy obrabowali schronisko, wróciła do domu, a to co zostało, przechowała w Roztoce. - Pamiętam, był maj 1945 roku. Rano przyszedł do nas do domu kolega ojca i mówi, że chyba się schronisko spaliło. Więc mama razem z Janką Kwapień poszły zaraz przez Zawrat w Pięcistawy. Zastały tylko zgliszcza. Jeszcze się dymiło. A potem przez dwa lata ojciec gromadził drewno, deski na nowe schronisko. Było maleńkie. Dwie izby, sień. Taka góralska chałupa według projektu Czarniaka. Później budynek został rozbudowany i jako schronisko funkcjonował kilka lat, do 1955 roku - opowiada Józef Krzeptowski.

Niewielkie pomieszczenia prowizorycznego schroniska mogły pomieścić niewyobrażalną liczbę turystów. - Jak przyszła burza, deszcz, to już nie można było palca wbić. Spało tam chyba ze sto pięćdziesiąt osób. Każdy chciał się schować pod dachem. Spali wszędzie, ale na strychu było najgorzej, bo bardzo duszno. Kiedyś jakiś facet butem próbował wybić deskę, aby wpuścić trochę świeżego powietrza, lecz mu się nie udało, bo to była dobra robota ciesielska. A kiedy przyszły mrozy, woda zamarzała w czajniku. Na górze w pokojach stały kozy, w których paliło się drewnem i wtedy było ciepło. Ale gdy wygasło, w momencie robiło się zimno. Goście przykrywali się kilkoma kocami. Mimo wszystko było to sympatyczne miejsce, tam człowiek czuł, że jest w górach - podkreśla mój rozmówca. Gospodarze zazwyczaj spali w kuchni na podłodze, a czasem musieli wynieść się do komórki.

Pięć Stawów to miejsce, gdzie trzeba było wszystko donosić na plecach. - Po ziemniaki chodziło się do dróżnika przy Wodogrzmotach, bo na górze by zamarzły. Ale kartofli myśmy mało potrzebowali, bo mój ojciec był mistrzem w robieniu kładzionych klusek. Rodzice wspaniale gotowali i z byle czego potrafili ugotować doskonałe jedzenie - wspomina Józef.


Na Pięciu Stawach rozpoczęto budowę
schroniska z surowego kamienia

Między Roztoką a Pięcistawami

Z czasem nad brzegiem Przedniego Stawu PTTK wybudowało z surowego kamienia nowe schronisko, w którym również gospodarzyli Krzeptowscy. Pierwszy rok wspólnie z Józefem Kapeniakiem, lecz ciężkie warunki bytowania sprawiły, że już po roku znowu zostali sami. Czasem towar donosili od Kasprowego Wierchu przez Liliowe, a następnie omijając Świnicę przez Walentkową Dolinę i Gładką Przełęcz. - Rodzice mieli bezpłatne bilety na kolejkę. Ale trzeba było bardzo uważać, gdy przechodziło się przez czechosłowacką stronę, bo nie jeden raz nas goniono - opowiada.

Tymczasem Józef ukończył Szkołę Przemysłu Drzewnego w Zakopanem. - To był koniec z nauką. W 1956 roku mama zabrała mnie na dobre w Pięcistawy. Wtedy byłem już pełnowartościowym pracownikiem, bo miałem prawo jazdy i motor, którym jeździłem po zaopatrzenie - mówi. Wszystkie zakupy przywoził na dworzec autobusowy i pakował na dach autobusu, który ostatnim kursem jechał do Włosienicy. Potem Józef wyprzedzał autokar i czekał na niego przy wodospadach. Następnie towar ładował na juki i wnosił na górę. Jak wychodził o szóstej rano, wracał o dziesiątej wieczorem. W niespełna rok później razem z ojcem prowadził już schronisko w Starej Roztoce, jednocześnie pomagając matce w Pięciu Stawach. - I tak kursowałem między dołem a górą, ale byłem wysportowany, więc nie sprawiało mi to żadnej trudności. Roztoka była w pewnym sensie bazą dla schroniska w Pięcistawach, które jest najcięższym obiektem do prowadzenia w Tatrach. Nie ma żadnego dojazdu. Dzisiaj jest łatwiej, ale wtedy można było liczyć tylko na własne siły - tłumaczy. Tak było do roku 1968, kiedy opuścił Roztokę i wrócił do Pięciu Stawów, gdzie schronisko nadal prowadziła matka ze starszym bratem Józefa, Andrzejem.


Kolejką transportowano wszystko, nawet narty

Wysokogórska gospodarka

Do Pięciu Stawów Krzeptowscy zabierali ze sobą niemal całe gospodarstwo. Wiosną przyprowadzali kilka krów, dzięki temu spragnionym turystom pani Maria serwowała doskonałe kwaśne mleko, śmietanę, masło i ser. Krowy Krzeptowskich można było spotkać w różnych miejscach Doliny, ponieważ nikt ich nie pilnował i chodziły własnymi ścieżkami. - Gdy szło się doić, trzeba było ich szukać. Nie jeden raz dziewczyny wróciły z niczym, bo nie znalazły krów. Raz to odszukałem je dzięki pomocy psa lawinowego. A było wtedy zimno, deszczowo i nie były dojone już dwa dni. Okazało się, że zwierzęta ukryły się w kosówce aż pod Gładką Przełęczą. Zdarzyło się też, że krowa się ocieliła - opowiada. Za to konie były bardziej posłuszne. Krzeptowscy wykorzystywali je głównie do wożenia towaru. W czasie wolnym od pracy konie odpoczywały przeważnie przy schronisku w Roztoce. Był taki czas, że zostawały przy Wodogrzmotach, ale na dłuższy pobyt nie zgodził się dyrektor Zarządu Dróg.

Zorba

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów zawsze było w Tatrach najtrudniejszym obiektem do prowadzenia i tak jest do dzisiaj. Brak możliwości dojazdu i kłopoty z wywozem towaru sprawił, że trzeba było szukać innych rozwiązań. Stąd w 1968 roku Andrzej i Józef Krzeptowscy wzdłuż Litworowego Żlebu wybudowali kolejkę towarową, nazywaną przez nich "zorbą". Była prymitywna, bezpodporowa, ale spełniała swoje zadanie, a co najważniejsze, ułatwiała nieco życie. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała się rozpaść, ale funkcjonowała aż dwadzieścia dwa lata. Była napędzana silnikiem z wueski. Chociaż udźwig miała zaledwie 50 kg, zdarzało się, że wytrzymywała więcej. - To była prowizorka, która chodziła 22 lata, a budowaliśmy ją trzy dni. Udźwig miała 50 kg i jeździła bez względu na pogodę, nawet jak wiater duł. To nam częściowo rozwiązało problem z transportem towaru w najbardziej stromym miejscu - przekonuje Józef.

Jesienią dwudziestoma kursami wywożono nią dwadzieścia ton węgla i koksu. - Czasem ja nawet nią wyjeżdżałem na górę - śmieje się Krzeptowski. - Był taki czas, że w Pięcistawach zadomowił się taki Daniel, lwowiak. Był bardzo gościnny, dbał o turystów w schronisku. Nieraz pracował przy kolejce. Kiedyś wyciągaliśmy drzewo, a na koniec ja siadłem i pojechałem. Nagle, gdy byłem już wysoko, Danielowi wyskoczył wężyk z gaźnika i zgasł silnik. A ponieważ starter był zepsuty, nie mógł ponownie zapalić. W tej sytuacji musiałem uwiesić się na linie nożnej, a byłem w najbardziej stromym miejscu. Dobrze, że wcześniej już trenowałem chodzenie po tej linie. Bałem się puścić, bo nie wiedziałem, jakie warunki są w żlebie. Rozhuśtałem linę, jak była w najniższym punkcie puściłem i skoczyłem. Okazało się, że na górze był puch, a pod spodem twardo, jakby był beton. Zatrzymałem się na butach. Wyszedłem z tego cało, ale Danielciem trzepało z nerwów. Stwierdził, że już więcej nikogo nie wywiezie na górę - opowiada. Mimo to dla oszczędzenia sił - zwłaszcza zimą - jeszcze nie jeden raz ktoś z gospodarzy wyjechał "zorbą" na górę. - Kiedyś szedłem z Mietkiem w zaspach i strasznej zadymce - ciągnie opowieść mój rozmówca. - Mieliśmy plecaki takie po czterdzieści kilogramów każdy. Postanowiłem, że jedziemy kolejką. Najpierw posłaliśmy jeden plecak, później drugi. Daniel nie wiedział, ile jest rzeczy do wysłania. Zawsze ostatnim kursem jechał termos, bo przecież dogadać się była bieda. Ja siadłem do kolejki jako pierwszy, o czym Danielek nie wiedział. Miałem wtedy zupełnie nowe rękawiczki narciarskie. Musiałem się trzymać liny pociągowej. W pewnym momencie lina szarpnęła, palec mi wciągnęło pod rolkę. Próbowałem się wydostać. Dzięki Bogu urwało mi tylko palec rękawiczki. Jakoś wyjechałem na górę, a Daniel się mnie wystraszył, bo nie spodziewał się tego. Był o to bardzo zły. Później na górę wyciągnąłem Mietka - wspomina. Potem "zorbę" zastąpiła nowa kolejka, o trzykrotnie większej nośności niż jej poprzedniczka, która pomaga do dzisiaj w trudnej gospodarce wysokogórskiej.


Przeprowadzka do murowanego schroniska przy Przednim Stawie

Schroniskowi goście

Cząstkę historii schroniska tworzą ludzie, którzy tam przychodzą. Jedni tylko na parę godzin, inni na dłużej. Są też tacy, co chętnie wracają. Zwłaszcza, że Krzeptowscy są lubiani w kręgach turystów górskich, taterników, narciarzy. W schronisku potrafią stworzyć swoisty klimat, dobrą atmosferę. - Zimą to ludzie przyjeżdżali na tydzień, czasem dwa. Po jakimś czasie traktowało się ich jak kogoś z rodziny - wspomina Józef. - Przyjeżdżali artyści, malarze, naukowcy, lekarze, sportowcy. Dominowały Warszawa, Śląsk, Gdańsk, Szczecin, Kraków. Trafiali się też studenci. Różne istoty przychodziły. A jesienią mieliśmy też szkolnych uciekinierów. Jeden to się nawet na dłużej zadomowił. Był z Opatowa. Schronisko było prawie puste, to siedział ze mną, drzewo nosił z lasu. Kazałem mu tylko do matki napisać, gdzie przebywa. Potem rodzice ubranie mu przysłali. Po jakimś czasie moja matka go wyrzuciła, bo wkradł się do spiżarki, poodkręcał wszystkie słoiki z konfiturami i z każdego trochę ujadł. Wszystko się zepsuło. A mama na zimę miała zawsze zapas swoich konfitur z malin, poziomek, czarnych jagód - dodaje.

Dawniej schronisko roiło się od taterników, którzy Pięć Stawów traktowali jako świetne miejsce wypadowe. Tutaj przyjeżdżali Żuławscy.


Józef Krzeptowski trenuje psa na lawinisku

Na ratunek

Gospodarze tatrzańskich schronisk to najczęściej ratownicy górscy, którzy wielokrotnie podążają na pomoc potrzebującym turystom. Często przyjeżdżają ludzie niedoświadczeni, lekceważący góry, przypłacający nieraz życiem swą lekkomyślność. Jak twierdzi Józef Krzeptowski, dawniej najczęściej zdarzały się wypadki narciarskie i taternickie. - Najdalej co drugi dzień była zwózka. Łamali, wykręcali nogi, a to wszystko przez wiązania, jakie wtedy były. Takiego delikwenta zwoziliśmy do szałasu w Roztoce, a stamtąd zabierali go goprowcy - mówi. Aby powiadomić GOPR o wypadku, z Pięciu Stawów trzeba było pobiec do telefonu w Morskim Oku lub Roztoce. Pierwszą letnią wyprawą dwunastoletniego zaledwie Józefa była akcja pod Niebieską Turnią po nieprzytomnego Wojtka Krzeptowskiego, który odpadł w czasie wspinaczki od ściany. Innym dramatycznym wydarzeniem, które na długie lata pozostało w pamięci, to śmierć trzech osób pod lawiną. - Wtedy było trzydzieści wypadków w Tatrach, a w samych Pięciu Stawach dziewięć - opowiada. - Był marzec. Dwie osoby zmarły przed samym schroniskiem. Nie wiadomo, z jakiego powodu. Szedłem z żoną do góry i po drodze zbieraliśmy plecaki, narty, kijki. Nie wiedziałem, czyje są te rzeczy. W schronisku dowiedziałem się, że nikt nie przyszedł. Zobaczyłem ślad, idący w kierunku Świstówki. Przez lornetkę zacząłem obserwować teren. Nagle oderwałem wzrok, spojrzałem na staw, a tam piętnaście metrów od schroniska była zamarznięta pani Rejkowska, a nieco dalej pan Czechowicz, którego znałem kilka lat. Spotkałem ich dwa dni wcześniej, gdy schodziłem na dół. Oni szli do góry. Nie dali już rady dojść do schroniska, mimo że je widzieli, bo w kuchni zawsze światło się świeci - mówi.


Narty to prawie życie Józefa Krzeptowskiego

Rakiety i pochodnie

W Pięciu Stawach szczególnie uroczyste były święta, zarówno Bożego Narodzenia, sylwester, jak i Wielkanoc. - Tylko wtedy była lepsza kultura osobista ludzi niż teraz - ubolewa. - Jak ostatni raz byłem tam na sylwestra jedenaście lat temu, to się za głowę złapałem. Po nocy nazbieraliśmy na stawach kilka worków pobitych butelek - narzeka. Najmniej osób przyjeżdżało na Wigilię, ale ci, którzy chcieli ten wyjątkowy wieczór spędzić w górach, w Pięciu Stawach znaleźli ciszę i spokój. Czasem do wigilijnego stołu wspólnie zasiadali goście i gospodarze. Za to w Sylwestra schronisko wypełniało się po brzegi. - Pięcistawy miał pod opieką ksiądz Teofil - przypomina sobie. - Pamiętam, że nie brakowało go też na Sylwestra, a miał wyjątkowy dar porozumiewania się z młodzieżą. Zaraz po kolacji w jadalni odsuwało się stoły, przychodzili wszyscy schroniskowi goście i jegomość zabawiał towarzystwo, organizował różnego typu konkursy. I to trwało do wpół do dwunastej - opowiada. Potem wszyscy z nartami ruszali na stoki Niedźwiedzia, aby o północy z pochodniami zjechać na taflę Przedniego Stawu. Tymczasem TOPR wypuszczał na spadochronie rakietę. Później w schronisku zabawa trwała do białego rana. - Grało się na patefonie, a jak odmówił posłuszeństwa, to do wybijania rytmu posłużyły nawet łyżki. Było bardzo przyjemnie, miło się wspomina - podkreśla.

Zawody

Jak twierdzi Józef, najbardziej uroczystymi świętami była Wielkanoc. Wtedy to w Pięciu Stawach spotykali się m.in. Stefan Kulczycki, Teresa i Stanisław Tesserowie, Józefa Wnuk, Hanka i Jacek Żuławscy, Zenon Jagodziński, Stanisław Siedlecki. Po wojnie Krzeptowscy postanowili wznowić starą tradycje i zorganizować zawody narciarskie dla turystów. Pierwsza powojenna impreza narciarska odbyła się w 1955 r. Inicjatorem zawodów był prof. Kulczycki. Po jego śmierci bieg zjazdowy otrzymał jego imię. Zawody odbywały się w Niedzielę Wielkanocną. Co roku trasa była wyznaczona nieco inaczej. Czasem prowadziła spod grzędy Miedzianego przez Niedźwiedzia do Małego lub Przedniego Stawu, innym razem spod Szpiglasowej na Wielki Staw. Wieczorem odbywało się uroczyste wręczenie nagród i dyplomów.

Niedźwiedzie odwiedziny

Niemal od zawsze pod pięciostawiańskie schronisko podchodziły niedźwiedzie. Dawniej były mniej natrętne niż teraz. - Pamiętam, jak pewnej jesieni padł koń. Dostał wzdęcia i udusił się. A później wozakom dwa konie spadły z trawersu i się zabiły. Wtedy jeszcze nie było kolejki i trzeba było wywieźć jakiś towar. I tak leżały trzy padnięte konie i do nich - chyba z Białej Wody - przyszło aż pięć niedźwiedzi. Porozwlekały padlinę, pochowały i zamaskowały trawą. Wieczorem tak baraszkowały, że strach było wyjść - opowiada Józef.

Oto inna opowieść: - Teraz te niedźwiedzie to są oswojone. Raz w Roztoce brat zostawił sobie samochód. To była stara skoda, którą woził towar. Akuratnie przywiózł parówki. Auto przesiąkło zapachem. A wtedy chodziła Magda z małymi. Samochód nie był zamknięty, więc otworzyła drzwi tak, że się znalazły koło przedniego błotnika. Wszystkie siedzenia i tapicerkę stargała w drobny mak. Auto zostało w środku golutkie. Marek Pawłowski połączył się przez radiostację z bratem i mówi, że niedźwiedź się włamał do samochodu. Nastąpiła cisza i po chwili Jędrek się odzywa "Ale, co. Odjechał, czy nie?". Andrzej zszedł na dół, drzwi ledwo przymknął, opuścił szybę i przywiązał je sznurkiem. I tak jeździł.


Dzisiaj w Pięcistawach po dawnym życiu pasterskim
pozostał jedynie kamienny szałas. Na zdjęciu córki Józefa
Hania i Małgosia

Na bacówce

Niegdyś w Dolinie Pięciu Stawów echem odbijało się zbyrkanie owczych dzwoneczków. Dzisiaj po dawnym życiu pasterskim pozostał jedynie kamienny szałas. - My też chodziliśmy pomagać przy owcach - przypomina sobie. - Wtedy było trzech baców w Pięcistawach. Pamiętam jak jeden z nich, gdy przyszły deszcze i śniegi, to nawet trzy razy schodził z owcami do Roztoki. Później przysięgał się, że to już ostatnie lato na górze. Na drugi rok, jeszcze śnieg nie zginął, jak przyszedł popatrzeć, czy już jest trawa. To jak narkotyk. Bacowie czasem bili się między sobą. Ale było i wesoło. Gdy zaśpiewali - a takiego śpiewu byle gdzie nie usłyszysz - to echo rozlegało się po całej dolinie. Wspaniałe przeżycie, które do dzisiaj pamiętam - opowiada.

W roku 1987 Józef Krzeptowski opuścił Pięć Stawów i przez dwa lata prowadził pawilon PTTK na Włosienicy. - Bardzo nie lubiłem tego obiektu. Miejsce sympatyczne, "serce" Wysokich Tatr, ale to jest tak zimny budynek, że w lecie przydałoby się w puchówce siedzieć. Jak zimą zostawiłem w kranie cieknącą wodę, żeby nie zamarzła, to następnego dnia zastałem tylko bulę lodu - narzeka.

Po odejściu z Włosienicy Józef objął schronisko na Ornaku i prowadził go sześć lat. - Ornak to bardzo fajne schronisko, z klimatem. Wieczorem, kiedy agregat przestaje chodzić, nastaje cisza. Spotykałem tam bardzo dużo ludzi, którzy kiedyś przychodzili do Pięcistawy. Troszkę się postarzeli - twierdzi Józef, który obecnie gazduje w Chochołowskiej. - Najlepiej czuję się w górach, bo tak z bratem przyzwyczailiśmy się i tak pewnie pozostanie do emerytury - zakończył Józef Krzeptowski.

Tekst: Jolanta Flach
Zdjęcia: archiwum rodzinne


Andrzej Krzeptowski - senior przed
drewnianym schroniskiem przy Małym Stawie


Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk, Korekta: Elżbieta Matusiak-Gordon
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT