PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
4 (12)/2003
ISSN 1642-0853

Dziewczyna za trzy rupie


Całemu zamieszaniu winien jest Wicek. Przygoda miała miejsce wiele lat temu w czasie powrotu z prac terenowych wyprawy geologicznej w dolinie rzeki Kali Gandaki w Nepalu. Bazę główną rozbiliśmy w Tatopani, gdzie mieliśmy możliwość zajęcia się gorącymi źródłami. Tam też wykonaliśmy wiele pomiarów geofizycznych.

0d czasu do czasu przy linach wytyczających granice naszego obozowiska przystawali wędrowni przekupnie usiłujący nas namówić na kupno jakichś, zazwyczaj tandetnych, pamiątek (Weri łold tibetan). Pewnego razu przystanęli w milczeniu dwaj chudzi Tybetańczycy i w wyciągniętych rękach trzymali masywne bransolety z alpaki. Skusi się na nie Gienek, mimo zapewnień kierowcy-mechanika Władka, że takie trybko wytoczyłby mu za darmo na warsztacie. Gienek jednak kupił obie bransolety. W czasie targowania się zauważyłem, że obaj Tybetańczycy mają zawieszone u pasa obok sztyletów drewniane naczynka na herbatę tybetańską lub na czang - piwo pędzone z prosa. Nie spiesząc się, udając przy tym raczej zainteresowanie sztylecikiem (nie do sprzedania), przy pomocy naszego przewodnika - Tybetańczyka odkupiłem oba naczynka. Były niesamowicie tłuste i nieprzyzwoicie okopcone. Wybrałem się z nowo zakupionymi naczyniami nad rzekę, szorując je piaskiem kwarcowym z solidną domieszką miki, która sprawiała, że mleczna woda płynąca wartko w rzekach połyskiwała w słońcu. Pozbyłem się warstwy czarnego tłuszczu i odkryłem nawet jakiś ornament. Naczynka położone u wezgłowia w moim namiocie stały się zaczątkiem kolekcji naczyń drewnianych. Kilka z nich, o różnym kształcie i przeznaczeniu, uzyskałem w drodze zamiany jeszcze w czasie likwidowania naszego obozu bazowego, gdy rzeczy uznane przez nas za odpadki okazywały się atrakcyjne dla otaczających nas wieśniaków. Wszystko, czego nie potrzebowaliśmy w drodze powrotnej pozostało w Tatopani. Został nawet duży namiot bazowy, za który miejscowy manager zorganizował kilkunastoosobową grupę tragarzy, niosących przez tydzień nasz dobytek do miejsca, skąd zabrał go później nasz samochód. Idąc w dół malowniczej doliny Kali Gandaki stopniowo powiększałem swoją kolekcję naczyń i wkrótce kilku moich towarzyszy zaczęło tworzyć swoje kolekcje.

Najbardziej oryginalną stworzył Wicek, który zauważył, że Nepalczycy noszą sierpy w drewnianych "wieszczkach" przywiązanych sznurkiem w pasie. Właściwie w ten bezpieczny sposób nosiły sierpy kobiety. Mężczyźni zatykali sierp za pas, wkładali do kosza, w którym nieśli swój lub cudzy dobytek. Bywało też, jak to miało miejsce w czasie wysokogórskiego biwaku, że jeden z nich usiłował mimo moich protestów wepchać sierp do kieszeni MOJEJ kurtki puchowej, którą dałem mu na noc, aby nie zamarzł.

Wróćmy jednak do tego drewnianego wieszaczka, zwanego przez miejscowych kurpetó. Miał on kształt kółka, czasem owalu i posiadał szparę, umożliwiającą wsunięcie ostrza sierpa, który zatrzymywał się na rękojeści. Po obu stronach klocka konstruktor umieszczał dwie metalowe klamerki umożliwiające przywiązanie do nich sznurka, który następnie wiązano w pasie. Sierp w ten sposób był pewnie umieszczony w okolicy lędźwiowej, nie przeszkadzał, nie chwiał się i nie wyskakiwał w czasie chodzenia i pracy.

Powszechnie u turystów panuje błędne przeświadczenie, że Nepalczycy w swoich codziennych pracach używają kukri - bojowych noży piechoty nepalskiej. Noże takie w lepszym lub gorszym gatunku można nabyć w jednym z licznych sklepików z pamiątkami w Katmandu. Jednak próby kupienia prawdziwego kukri od chłopów okazały się niewykonalne. Tragarze, z którymi z racji naszego sposobu poruszania się mieliśmy jedyny kontakt, takich noży nie mają i nie używają. W drodze wyjątku może trafić się emerytowany wojskowy, który jednak nie podejmuje się noszenia ładunków, gdyż zazwyczaj nieźle żyje ze swojej emerytury. Spotykani sporadycznie jako wędrowcy nie chcieli się za żadne pieniądze rozstać z oznaką swojego żołnierskiego zawodu.

Jak się więc rzekło, narzędziem powszechnie używanym przy wszelkich pracach domowych wymagających krojenia, obierania, siekania, rąbania jest sierp, który wszakże w czasie żniw jest podstawowym narzędziem rolniczym. Większość tych prac wykonują kobiety, więc ich narzędziem są sierpy, mężczyźni używają tych narzędzi jako kozików i czasem jako ośników.

Wicek powiększał stale swoją kolekcję, dodając nowe okazy kurpetó w czasie naszego posuwania się w dół rzeki. Moje naczynia coraz większych rozmiarów musiał nieść za mnie wynajęty tragarz. Po prawdzie to trochę zazdrościłem kolekcji Wickowi, którą mógł pomieścić w niewielkim chlebaczku. Każdy z tych drewnianych krążków był prawdziwym maleńkim dziełem sztuki snycerskiej. Najczęściej występującym motywem była rozeta w kształcie dziewięćsiłu, tak często wykorzystywana do zdobień przez górali karpackich. Jednakże, tak jak kasetony w Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu, kurpetó w wickawej kolekcji nie miały dwóch jednakowych wzorów. Na pewno nie wplątałbym się w sprawę sierpów i kurpetó (moja kolekcja naczyń już wystarczająco mnie absorbowała), gdyby nie postój przy moście na Modi Khola po zejściu z miasteczka Kusma. Rzeka ta tworzy naturalną granicę zasięgu plemienia Gurung, z niego wywodzą się głównie górale zawodowo służący w wojsku jako tzw. Gurkowie, oraz plemienia Magarów, też górali tyle że bardziej nizinnych, jako że prawie wszyscy Nepalczycy są mniej lub bardziej góralami.

Wiszący most miał potężnie rozbudowane przyczółki, na których po każdej stronie rzeki roiło się od budek z herbatą i stoisk z różnego rodzaju towarem. Przy tym moście zatrzymała się nasza niewielka karawana. Sahibowie zaczęli myszkować po budkach z towarami, jakże innymi od tych, które sprzedawano w Katmandu turystom. Jedynymi turystami na tej ziemi wydawało się, że była nasza wyprawa. Zaglądnąłem do jednej z budek herbacianych, wypiłem dwie szklaneczki i zauważyłem sierp zatknięty za bambusową konstrukcję nośną. Różnił się od innych, dotychczas widzianych przeze mnie wysmukłością i delikatną konstrukcją rękojeści. Zainteresowałem się tym narzędziem. Ostrze było zardzewiałe, czyli od dawna nie używane, a rękojeść zaniedbana. Właściciel herbaciarni zauważywszy moje zainteresowanie czymś tak bezużytecznym, wyraźnie chciał się pozbyć sierpa. Po bardzo krótkich targach wyniosłem z budki mój nowy nabytek straciwszy przy tym pięć rupii. Po drugiej stronie mostu powtórzyła się scena buszowania po budkach, ja zaś zszedłem nad wodę, aby wykorzystawszy piasek z miką oczyścić sierp. Niosąc z pewną dumą mój błyszczący czystością nowy eksponat, natknąłem się na drobnego Nepalczyka z rozbieganymi oczkami, który usiłował mnie na migi przekonać, że narzędzie to pozostawił nad rzeką. Uznałem to za próbę bezczelnego wymuszenia i zaraz przypomniałem sobie przygodę Grzegorza z bażantem. Grzegorz jest zapalonym myśliwym i obserwatorem przyrody. Nasza grupa w marszu wraz z tragarzami rozciągała się w postaci węża o długości paru kilometrów. Idąc na końcu karawany za ostatnim koniem niosącym juki z naszymi rzeczami, Grzegorz był świadkiem zadziwiającej sceny. Wyraźnie polujący jastrząb przypikował i wypłoszył bażanta, który padł jego łupem. Jastrzębia przepłoszył czarny pies. Grzegorz podniósł bażanta, ale wnet podbiegł do niego Nepalczyk i z uśmiechem wyjaśnił mu, że pies należy do niego, a więc bażant także. Noc spędziliśmy w wiosce, Grzegorz zajrzał do karczmy na szklaneczkę czangu i został zaproszony przez Nepalczyka, któremu oddał bażanta, do biesiadnego stołu, przy którym mógł spróbować upieczonego ptaka. Ja sobie nie mogłem pozwolić na oddanie sierpa, gdyż nigdy nie miałbym już z niego żadnego pożytku.

- Słuchajże Tadziu (brzmi to swojsko, jak imię własne Tadeusza, a jest formą grzecznościową przy zwracaniu się do mężczyzn dadju) - Mówiłem do niego spokojnie ze słodkim wyrazem twarzy. - Sierp ten nabyłem po drugiej stronie rzeki od tamtego Tadzia za pięć rupii i nie mam zamiaru ci go oddawać!

Machałem przy tym ręką uzbrojoną w błyszczący sierp i pokazywałem raz na drugą stronę rzeki, raz na drugą rękę, której palce rozczapierzyłem w wyraźną liczbę pięć. Nepalczykowi przestały latać oczy, pojął moją intencję i cichutko odpowiedział:

- Haadjur.

To oznaczało tak jest lub rozumiem, po czym zniknął tak, jak się był pokazał. Zatknąłem więc sierp za metalową ramę mojego plecaka i wędrowałem wraz z całą wyprawą przez wioski zamieszkane przez Magarów. Domki ulepione z gliny, pokryte wiechami z trawy, wyłaniające się z kęp bananowców, przypominały chaty afrykańskie. Z ziemi wyrastały kopce podobne do termitier, tylko sylwetka Machapuchhare pozostająca coraz bardziej za nami przypominała o tym, że przecież jesteśmy w Nepalu. Cała nasza karawana budzika zrozumiałe zaciekawienie mieszkańców. Najbardziej wścibskie były zazwyczaj dzieci. Całą gromadą trzymały się mnie i wołały, przekrzykując się nawzajem.

- Ajm skul! To miało znaczyć jestem uczniem.

- Gif mi pen! To zaś podaruj mi pióro.

- Gif mi suit! A to daj mi cukierka.

- Namaste! Namaste!

Przyglądałem się zasmarkanym buziom i na ponawiane apele nie reagowałem. Trochę udawałem głuchego. - Dis is fat!

Co miało oznaczać, że jestem gruby. Złośliwie wyszydzali mnie malcy. Istotnie w stosunku do drobnych i szczupłych Nepalczyków mógłbym uchodzić za górę mięsa. Ale nie dałem się złamać psychicznie. Wlokłem się w południowym upale na końcu naszej karawany przez wioskę, pośród pól spotkałem dwie kobiety. Starsza, z jednym zębem z przodu, nigdy chyba nie była wioskową pięknością, młodsza, z licznymi śladami po ospie na twarzy, z sierpem w ręku. Gdy minęliśmy się, zauważyłem przedmiot mojego pożądania! Kurpetó w okolicach lędźwi na sznureczku zawiązanym w pasie. Pobiegłem więc za kobietami i jeszcze zadyszany zacząłem pospiesznie targi. Wpatrzony w lędźwie młodszej damy, wyciągnąłem jedną rupię i wskazując na kurpetó bąknąłem:

- Chciałbym to kupić !

Kobiety wyglądały na wystraszone. Starsza zaczęła jazgotać i ciągnęła za rękę młodszą w kierunku wioski. Nie dałem za wygraną. Wyciągnąłem drugą rupię i powiedziałem:

- Niech stracę, dam dwie rupie!

Kobiety próbowały umknąć, lecz ja trzymałem za sznurek i zacząłem zachowywać się jak hazardzista.

- No stać mnie na to bym zapłacił trzy rupie!

Ciąg w kierunku wsi zelżał. Ta z jednym zębem dalej jazgotała. Dziobata coś spokojnie tłumaczyła po magarsku drugiej. Ja wyciągnąłem trzecią rupię. Wreszcie starsza wyciągnęła rękę po pieniądze. Odliczałem z nabożeństwem:

- Raz, dwa, trzy.

W zupełnej ciszy, w spiekocie, pośród pól zacząłem rozsupływać sznureczek na brzuchu dziewczyny. Trochę mi w tym przeszkadzał mój stelażowy plecak, z ekscytacji palce ześlizgiwały się z fantazyjnego węzła. Lecz co mi tam! W końcu udało się. W końcu miałem kurpetó na sznurku w ręku. Z rozanieleniem patrzyłem na ten przedmiot chwilowego pożądania.

- Ha! Ha! Ha!

Co się działo. Kobiety popiskiwały:

- I! I! I!

Ja stałem z tym sznureczkiem zupełnie zdezorientowany. Baby waliły się rękami po udach i skręcały się ze śmiechu. Gdy wreszcie zrozumiałem, że tak obcesowo targując się kupiłem dziewczynę wraz ze sznurkiem i kurpetó, przyłączyłem się i ja ze swoim:

- Ho! Ho! Ho!

- Namaste! Namaste!

Obie panie i ja stanęliśmy naprzeciw siebie i składając dłonie jak do modlitwy, z całą sympatią wyrażaną z obu stron wymówiliśmy słowa pozdrowienia.

Moje kurpetó było bez wątpienia najdrożej kupioną pamiątką tego rodzaju. Wicek za swoje nie płacił więcej jak jedną rupię, no - góra dwie! W sklepiku w następnej wiosce, gdzie dogoniłem karawanę, popijającą herbatę, można było nabyć sobie kurpetó w wykonaniu "pół przemysłowym" za jedyne PÓŁ, rupii. Za tę samą sumę można było tam kupić bambusowy grzebień do wyczesywania insektów z głowy. Kupiłem więc go i leży sobie na półce wśród precjozów przywożonych przeze mnie z kolejnych podróży.

Józef Biedrzeń

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk, Korekta: Elżbieta Matusiak-Gordon
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT