PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
3 (11)/2003
ISSN 1642-0853

W latach 1996-1999 napisałem autobiograficzną książkę "Ukochane góry". Są to wspomnienia z niezliczonych kontaktów z Beskidami w okresie 1959-1998. Abstrahując od wielu odniesień i wątków osobistych, sądzę, że to dość obszerne( także objętościowo) dzieło stanowi próbę zatrzymania "w kadrze" górskiej turystyki z minionego niemal półwiecza. Od zakończenia pracy książka wciąż czeka na wydanie. Poniżej krótki jej fragment. W indeksie nazwisk znalazło się łącznie ponad 1200 osób, od turystów i osób zupełnie przypadkowych do nestorów górskiej społeczności. Czas mija nieubłaganie, a coraz więcej z tych osób wybiera się na pozaziemską wędrówkę...

Górskie wspomnienia i anegdoty sprzed lat


Burza na stokach Babiej Góry

"Zimna Zośka" raczej kojarzy się z powrotem zimy. Na przykład w Gorcach w tych majowych dniach przysypane są często śniegiem dopiero wypędzone na wypas owce. Natomiast dzień 15 maja dość rzadko można w górach skojarzyć z burzami.

Tym razem stało się inaczej, o czym dobitnie było mi dane się przekonać na skałkach Akademickiej Perci na stokach Babiej Góry. Jadowity upał na turystycznym szlaku z Zubrzycy na Przełęcz Krowiarki już powinien był dać do myślenia (opisywane fakty wydarzyły się w roku 1963). Na babiogórski Diablak udałem się tylko w cienkiej wiatróweczce, poinformowany przez kierownika Markowych Szczawin, że na Perci nie ma już śniegu. Okazało się, że nie był na bieżąco: śniegu było sporo i to w dużych, niebezpiecznych płatach. W momencie, gdy zamierzałem opuścić metalowe klamry w szybkim podejściu ku Diablakowi, w kilka minut rozszalała się gwałtowna burza połączona z gradobiciem. Stojąc mniej więcej w połowie stoku Babiej blisko złowrogich w tych okolicznościach metalowych klamer, widziałem pioruny walące jeden za drugim w las o wiele niżej od miejsca, gdzie właśnie traciłem na grzbiecie ostatnie suche nitki.

Obsuwając się po śnieżnych płatach i obślizgłych głazach szybko wycofałem się ku granicy lasu. Na Markowe przybył tymczasem mój przyjaciel z beskidzkiej niwy Jasiu Malik z 8-osobową grupą z Krupowej Hali, również przemoczony, a dopadnięty przez nawałnicę na górnym płaju.

Burza tak szybko przeszła jak się pojawiła, a upalna pogoda objęła znowu cały babiogórski masyw.

Na Babią Górę po...... Lenina

Zdarzyło się to w listopadzie roku 1966. Od dłuższego już czasu moją i Antka Remiszewskiego uwagę oraz irytację wywoływała tablica wykonana przez Słowaków, a wystawiona ku czci Włodzimierza Iljicza. Odlana z grubej, wyglądającej na pancerną płyty oraz ze stopu metalu w kolorze brązu miała po wsze czasy przypominać o wstąpieniu na Babią Górę wodza Rewolucji Październikowej, dokonane po rzekomej wycieczce na rowerze z Makowa Podhalańskiego do Zawoi. Tablicę ową, nie wiedzieć czemu Słowacy umocowali po stronie polskiej, nieco na zachód od wieży triangulacyjnej na Diablaku, na jednym z wielkich głazów piaskowcowego gołoborza.

Czekając na całkowite przedzimowe załamanie pogody nie musieliśmy zbytnio długo się niecierpliwić. Jak przypuszczałem zima rychło zawitała na Babią Górę. Sobotniemu wieczornemu podejściu do schroniska PTTK na Markowych Szczawinach towarzyszył gęsto sypiący śnieg, -10ş C mróz i nie było najmniejszych śladów po jakichkolwiek turystach. To właśnie stwarzało atmosferę pełnej intymności, o jaką z przyjacielem nam chodziło. Wyróżnieniem wyjątkowym w tę listopadową noc było dostąpienie przez nas zaszczytu wcześniejszego napalenia nam w sali noclegowej. Normalnie, w martwym okresie dla turystów, uparci śmiałkowie mogli co najwyżej liczyć w pokoju na istną lodownię z temperaturą bardzo niewiele różniącą się od tej na zewnątrz. W warunkach rozpoczynającej się zimy dobrze zdawała egzamin w górach moja kufajka, pamiątka po praktyce - przed podjęciem pracy w kombinacie - odbytej w nowohuckiej cementowni. Mniej przyjemną pamiątką po owej praktyce okazała się nabyta wtedy wśród koszmarnych sanitarnych warunków żółtaczka zakaźna. Wracając do samego waciaka -chronił on wręcz doskonale od mrozu i wiatru.

W niedzielę po śniadaniu przyszło nam się zmierzyć, przy tęgim mrozie i 25 cm świeżego śniegu spadłego na jego poprzednią porządnie utwardzoną warstwę, ze znaną turystom tylko z lata Akademicką Percią. Na zlodowaciałych kamieniach było piekielnie ślisko. W tej sytuacji jakiekolwiek urazy czy tym bardziej poważny wypadek o tyle nie były wskazane, że mogły się niejako wiązać ze złapaniem nas na "gorącym uczynku". W ogóle na cały ten temat spogląda się może dzisiaj z lekkim przymrużeniem oka, gdy wszyscy dawno zapomnieli o muzeum Lenina w Poroninie czy niewzruszonym postumencie wodza na placu Centralnym w Nowej Hucie. Dla świeżo upieczonych magistrów była to wtedy, w roku 1966, przygoda całkiem nieodpowiedzialna, mogąca zakończyć ich zawodowe kariery, zanim się W ogóle na cały ten temat spogląda się może dzisiaj z lekkim przymrużeniem oka, gdy wszyscy dawno zapomnieli o muzeum Lenina w Poroninie, czy niewzruszonym postumencie wodza na Placu Centralnym w Nowej Hucie.

Obciążeni z Antkiem narzędziami - jak solidny łom, młot i dwa mniejsze młotki - zbyt lekko tośmy pod tę górę nie mieli. Prawie 2-godzinne kluczenie po słynnym Piarżystym Żlebie (często schodzą tędy lawiny) trwało do godz.11.00, kiedy to udało się wreszcie osiągnąć upragniony Diablak.

Szalejące tu wciąż wiatry nie pozwalają na utrzymanie większych ilości śniegu, więc z odszukaniem tablicy nie było żadnych problemów. Największe problemy były natomiast z samą tablicą. Okazała się materiałem pancernym i iście pancernie na głazie przytwierdzonym. Dzięki stosunkowo słabym tego południa podmuchom wiatru, a jednocześnie silnemu zamgleniu, można tutaj było dosyć długo wytrzymać.

Po dwugodzinnych kuciach, podważaniach, pukaniach - niewzruszona pamiątka na cześć wodza ani drgnęła. Pozostawała więc namiastka zdobyczy, skoro z całej rozsądek nakazywał zrezygnować. Udało się ogromnym nakładem pracy odkuć z tablicy mały prostokąt z wyrazem "Lenin". Już ten ułamek zdobyczy ważył dobrze ponad 4 kilogramy i zanim zdołaliśmy z powrotem dotrzeć do schroniska, każdy miał po jednej oberwanej kieszeni od plecaka. Przy powrocie na Markowe Szczawiny, przez Przełęcz Bronę do schroniska, na grani Babiej szalał lodowaty wicher przenikający do szpiku kości, a poniżej przełęczy dostrzegliśmy na śniegu świeże ślady niedźwiedzia. Trzeba tu przypomnieć, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych często przychodziły na zimowe spanie na północne stoki Babiej misie ze słowackiej strony, nie czyniąc zresztą turystom żadnej krzywdy.

Uradowani pędziliśmy po obiedzie z naszą "zdobyczą" górnym płajem pod Mokry Stawek, skąd dalej bez szlaku przez Rybną i Świniarkę do Zawoi Policznego oraz do Zawoi "Lajkonika" na wieczorny PKS do Makowa.

"Plakietka" Lenina znajduje się do chwili obecnej w prywatnych zbiorach rzeczy dziwnych i ciekawych u Antka Remiszewskiego. Niedawno fotografię uszczerbionej przez nas tablicy, wykonaną przed ponad 20 laty pokazywał mi znany krakowski dziennikarz i wydawca - Ireneusz Kasprzysiak.

Tymczasem historia zatoczyła dosyć znamienne koło. O tablicy Lenina na Diablaku wszyscy dawno już zapomnieli. Natomiast całkiem niedawno ci sami Słowacy umieścili na wierzchołku Babiej Góry tablicę zupełnie inną, bo poświęconą polskiemu papieżowi...

Andrzej Matuszczyk

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk, Korekta: Elżbieta Matusiak-Gordon
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT