PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
3 (11)/2003
ISSN 1642-0853

Wędrując po Irlandii


Wiedząc nad szklaneczką guinessa w jednym z licznych pubów w Dublinie, stolicy Irlandii, zdałem sobie sprawę, że właśnie spełniają się powoli moje najskrytsze marzenia. Zdecydowałem się pojechać na Zieloną Wyspę latem roku 2002.

Przed wyjazdem niewiele wiedziałem o tym pięknym kraju. Kojarzył mi się on z guinessem, zielonymi pagórkami, urwistymi klifami i deszczową, mglistą pogodą. To raczej niewiele, tym bardziej że zdecydowałem się zwiedzać Irlandię samotnie, pieszo lub autostopem, tylko niekiedy korzystając z autobusów. Namiot i przewodnik dawały mi choć odrobinę poczucia pewności i bezpieczeństwa.

Pobyt w Irlandii rozpocząłem w Dublinie, który zwiedzałem dwa dni. Dublin jest miastem gwarnym, uroku dodają mu nie katedry, zamki, muzea, a raczej atmosfera i przyjaźni ludzie. W typowo barowej dzielnicy Temple Bar trudno znaleźć wolne miejsce w pubie, mimo ich olbrzymiej liczby. Dublin nigdy nie śpi, ludzie bawią się, śpiewają, tańczą, słuchają typowej irlandzkiej muzyki, oglądają różne uliczne występy. Wszędzie są mili, przyjaźni ludzie. Niewątpliwie bez nich i bez tej atmosfery Dublin nie byłby wart zwiedzania.

Pełen optymizmu i radosnego spojrzenia na życie, udałem się wprost na zachodnie wybrzeże do Galway. Miasteczko to, jedno z większych w Irlandii, ma typowo nadmorski "klimat", z wyraźnie wydzieloną częścią turystyczną. Spacerowy deptak nad zatoką poprowadził mnie do oceanarium. Akurat udało mi się trafić na karmienie. W sumie w Galway spędziłem około czterech godzin, ponieważ jeszcze tego samego dnia pojechałem do Doolin, miasteczka nad Atlantykiem. Już w czasie jazdy autobusem wąskimi, krętymi drogami mogłem podziwiać wspaniałe nadmorskie formacje skalne, ale tak naprawdę prawdziwe atrakcje czekały mnie kolejnego dnia.

Noc spędziłem na klifie o wysokości około 50 metrów, co jak na Irlandię jest wynikiem dosyć przeciętnym. Namiot rozbiłem 5 pięć metrów od krawędzi. To niesamowite uczucie zasypiać słuchając uderzeń fal o skały. Czułem magiczną siłę oceanu, ten wewnętrzny kontakt z naturą był wspaniałym przeżyciem. Następnego dnia wybrałem się na dwie wycieczki. Najpierw udałem się na bodaj najsłynniejsze klify w Europie - Cliffs of Moher. Oglądając te wysokie, ponad 200-metrowe formacje, przekonałem się, że tylko siły natury potrafią skonstruować coś tak pięknego, tak przyjemnego dla oka. Pionowe klify, fale oceanu uderzające w wybrzeże, gdzieniegdzie odosobnione, postrzępione skały, to wszystko sprawiło, że siedziałem tak wpatrzony przez ponad dwie godziny. Położyłem się nawet na platformie widokowej i spojrzałem w dół. Ten zapierający dech w piersiach widok zapamiętam na pewno do końca życia. Jeszcze tego samego dnia pojechałem do jaskini Ailwee i udałem się na krótką pieszą wycieczkę po gigantycznym płaskowyżu wapiennym Burren. Oba miejsca, choć bardzo malownicze, nie wywarły na mnie tak olbrzymiego wrażenia.

Następnego dnia wcześnie rano pobudka, bowiem w planach miałem wizytę w Narodowym Parku Killarney na południowo-zachodnim krańcu Zielonej Wyspy. Spacer po parku zajął mi cały dzień, oferuje on masę atrakcji zgromadzonych na niewielkiej przestrzeni. Piękne, malownicze, niebieskie jeziora, opactwo Muckross z XV w., XIX-wieczna rezydencja w stylu neoelżbietańskim Muckross House, wodospad Torc i widoki na najwyższe pasmo Irlandii wraz z górującym nad pozostałymi szczytem Carrauntoohill, to tylko niektóre z atrakcji parku. Wszystko udało mi się zwiedzić w ciągu około siedmiu godzin, po czym udałem się na zasłużony nocleg.

Kolejnym celem podróży było miasto Cork, a w zasadzie znajdujący się w pobliżu zamek Blarney, gdzie można pocałować słynny kamień Blarney Stone. Jak głosi podanie każdy, kto to zrobi, zostanie obdarzony umiejętnością przekonywania. Na zwiedzanie samego miasta Cork wystarczyło mi około dwóch godzin. Po zwiedzeniu wszystkich zabytków pojechałem zobaczyć Rock of Cashel (Skała Cashel), prawdziwy raj dla turystów. Niesamowite, ale w jednym miejscu stoją tu na wapiennej skale romański kościół, olbrzymia średniowieczna katedra, XI-wieczna okrągła wieża oraz mieszkalna wieża zamkowa. Z Cashel pojechałem jeszcze autostopem do Kilkenny, które zwiedzałem już następnego dnia. Miasteczko to poza typowymi atrakcjami Irlandii, czyli katedrą, opactwem, zamkiem i przyjazną atmosferą zaoferować może wizytę w muzeum piwa, gdzie najpierw pokazywany jest film o warzeniu piwa, a potem 50 pierwszych szczęśliwców (a tylko tyle osób odwiedza muzeum dziennie) jest zaproszonych na degustację piwa. I siedząc tak nad kufelkiem ciemnego Kilkenny zacząłem rozmyślać. Moja wyprawa zbliżała się bowiem ku końcowi, jeszcze tego dnia wracałem do Dublina, a potem do Polski. Irlandia dała mi coś niepowtarzalnego, wciąż pozostała jednak tajemnicza, nieodkryta, intrygująca. Wspaniali, przyjaźni ludzie, atmosfera, przyroda powodują, że następnym celem podróży może znowu będzie... Irlandia.

Piotr Pikuła

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk, Korekta: Elżbieta Matusiak-Gordon
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT