PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
3 (11)/2003
ISSN 1642-0853

Uchylają się wrota i jesteśmy na Brdyujściu, krótki przeskok i port macierzysty WKŻ "Pasat", z którego przed miesiącem wyruszaliśmy w ten historyczny rejs. Zamknęliśmy wielką pętlę pomorską, przepłynęliśmy ponad 1000 km - dokonaliśmy tego jako pierwsi w Polsce na jachtach śródlądowych. Jest powód do dumy

"BAŁTYK - 2003"


Tak nazwaliśmy Jubileuszowy, bo 25. Rejs Żeglarski PTTK i Wojska Polskiego, chociaż zgodnie z programem rejsu część bałtycka stanowiła zaledwie 1/3 trasy, ale był to nasz cel, nasze spełnienie. Trasę tego trudnego technicznie rejsu podzieliliśmy na trzy etapy.

Etap I. Bydgoszcz - Dziwnów (28 czerwca - 7 lipca 2003 r.)

Dla części rejsowiczów trasa znana, gdyż w 1998 r. przepłynęliśmy ją w ramach rejsu "Pomorze '98".

Uroczystość rozpoczęcia rejsu odbyła się na Rybim Rynku, gdzie tradycyjnie zaczynają się i kończą bydgoskie imprezy wodne. Było słonecznie, łopoczące na wietrze żagle 32. jachtów w centrum Bydgoszczy zgromadziły dość duży tłumek spacerowiczów, jak zawsze dopisały rodziny i fani żeglarstwa. W tle słychać było szanty, bandera na maszt, krótkie przemówienie Komandora rejsu oraz przedstawiciela ZG PTTK i rejs rozpoczęty. Skromnie, bez fanfar, ale z poczuciem czynienia czegoś szczególnego, nowego, czego dotychczas w takiej grupie i na takiej trasie nie dokonał nikt przed nami - dodaje nam sił i dumy i jakoś nobilituje wewnętrznie. Niezawodny Boguś Drążek przygotował śluzantów trzech pierwszych śluz, że poza godzinami pracy prześluzują nas do śluzy Czyżkówko, gdzie zaplanowaliśmy pierwszy postój. Załogi sprawnie i zdyscyplinowanie przechodzą przez śluzę miejską oraz Okole i na szesnastym kilometrze dobijamy do nadbrzeża zadbanego, gdzie czeka na nas przygotowane pierwsze ognisko rejsowe. Było to ognisko szczególne, gdyż sternicy wszystkich jachtów prezentowali siebie i swoje załogi - następowało ogólne bratanie się, później grillowanie i długie nocne szantowanie. Drugi etap nie za długi, ale trudny technicznie, gdyż do pokonania było blisko 28 km rzekami Brdą i dolną Notecią, pięć śluz i ogrom zielska co chwilę nakręcający się na śruby silników zaburtowych. Pierwsze kłopoty, awarie silników (brak chłodzenia) szybko pokonujemy i na nocleg stajemy za śluzą 9 (Nakło - Zach.). Do miasta blisko 3 km, ale usłużni pracownicy śluzy przywożą nam paliwo i niezbędne zaopatrzenie. Pierwsze remonty i przeglądy silników, wzajemna pomoc, porady i nocne żeglarzy rozmowy trwają prawie do białego rana. Kolejne etapy wiodą leniwą Notecią do Ujścia, urzeka nas przyroda, dostojne czaple przyglądają się nam ciekawie, a nad nami szybują bieliki, wygląda na to, że matki uczą małe orlątka szybować. Zadarte do góry głowy żeglarzy nie obserwują chłodzenia silników i znowu mamy kilka chwilowych awarii, które już sprawniej usuwamy.

Szczególnie trudny był etap trzeci, do pokonania ponad 56 km i 9 śluz - okazuje się, że poszło nam nadzwyczaj sprawnie, mimo że co chwilę zaskakiwał nas deszczyk, a i temperatura nie była za wysoka. Noteć staje się coraz szersza i głębsza - nurt zwiększa naszą szybkość, zatrzymujemy się na chwilę w historycznym Santoku, zwiedzamy muzeum, tu dobija do naszej flotylli samotny żeglarz - Jurek Winiarski z Białego Boru na "Martynie". Widać, że zna teren - udziela nam kilka fachowych rad, odnośnie postoju w Gorzowie. Niski stan wody na Warcie powoduje, że naszymi już 33. jachtami zmuszeni jesteśmy dobić do nadbrzeża targowego, korzystamy z urządzeń sanitarnych miejskiego targowiska, tłum gapiów, nocą wystawiamy wachty dyżyrne.

Grzegorz Panecki - wicekomandor - osobiście organizuje ochronę naszego postoju. Po zwiedzeniu Gorzowa, rano ruszamy do Kostrzynia - tam mamy spotkać się z Flisem Odrzańskim, którym dowodzi pani rektor E. Marszałek. Mieliśmy wpłynąć do małego porciku, tuż za mostem, ale jest zbyt płytko i stajemy na dziko w bezpośredniej bliskości mostu. Po południu dopływa flis - powitania, przemowy i udział w występach zespołów folklorystycznych wzbogacają nasz program, rejsowicze zadowoleni bardzo późno wracają do jachtów. Ustaliliśmy z Komandorem Flisu, że do Gozdowic płyniemy razem i tam uczestniczymy w wielkim festynie z udziałem zespołu "Czerwone Gitary". Zmieniamy więc miejsce postoju - dzwonię do gościnnego wójta Cedyni, który ze zrozumieniem przyjmuje naszą decyzję. W Gozdowicach flisacy, żeglarze i okoliczna ludność podziwiają artystów, nasi sąsiedzi zza Odry także świętują i uruchomioną na ten czas przeprawą włączają się do ogólnej zabawy - mamy przedsmak Unii Europejskiej. Wcześnie rano, żegnając śpiących jeszcze flisaków, ruszamy do Szczecina Dąbie, co sprawniejsze załogi stawiają maszty i - walcząc z niezbyt korzystnym wiatrem - wreszcie żeglują. Odra przyjmuje nas średnim stanem wody, płyniemy więc całym korytem - czując już w nozdrzach woń soli.

Do przystani PTTK w Szczecinie Dąbiu dobijamy po południu. Tu na nas czekają załogi, które zdeklarowały swój udział tylko w drugim etapie rejsu. Czule witamy braci Kluszczyńskich, Piotra Ratajczaka z Poznania, Tadka Mańkowskiego z uroczą żoną Ewą z Warszawy i wiele innych załóg. Okazuje się, że rośniemy w siłę i jest nas już 43 załogi, a wiemy, że w Dziwnowie czeka na nas kolejnych trzech dzielnych sterników.

Marina w Szczecinie Dąbiu zmienia się na korzyść, ale ceny idą w odwrotnym kierunku, nie pomagają perswazje, że ten rejs to sztandarowy rejs PTTK, kasują nas i jest to najwyższa faktura na trasie. Trochę przykro, ale jest to cena przemian, którą płacą nasi członkowie.

Skutecznie odstraszeni ceną wypływamy rano i już na pełnych żaglach pokonujemy jezioro i wpływamy na wzburzony Zalew Szczeciński. Wieje 5oB, krótka, kąśliwa fala sprawdza nasze umiejętności żeglarskie. Niekorzystny wiatr, duża fala weryfikują nasze plany, zapada decyzja, że nocujemy w Wolinie przed mostem. Nie wszyscy dopłynęli przed zmrokiem do celu, kilka załóg nocowało w trzcinach. Andrzej Kornaszewski na swoim "Argo" tylko dzięki komunikacji komórkowej został wyciągnięty z trzcin przez Rysia Kołudkiewicza ze Szczecina, który nadrabiając blisko 12 km pomógł koledze z Kruszwicy i razem dotarli wczesnym rankiem do Wolina.

Przyjemnie było patrzeć jak flotylla 43. jachtów sprawnie organizuje się i w ciągu 15 minut jest już za mostem wolińskim. Stawiamy maszty i na pełnym ożaglowaniu pokonujemy Zalew Kamieński - dopływając szczęśliwie do mety pierwszego etapu rejsu. Uroczy Dziwnów wita nas piękną pogodą i gościnną keją na promenadzie miejskiej.

Etap II. Dziwnów - Gdańsk (8-22 lipca 2003 r.)

Do boju rusza wicekomandor ds. morskich Włodek Czekalski, który reprezentuje LmiRz. Meldujemy się w kapitanacie portu, zgłaszamy nasz rejs, pilnie i z uwagą wysłuchujemy rad, ale nas interesuje głównie prognoza pogody. Żeglarze morscy sceptycznie odnoszą się do naszego entuzjazmu, gdzie mogą włączają komplikatory, straszą, ostrzegają, wyolbrzymiają zagrożenia, a prognoza pogody napawa optymizmem - wieje wiatr północno-zachodni o sile do 4oB. Krótka decyzja - którą muszę podjąć w pełnym osamotnieniu - brzmi płyniemy, zachowując wszystkie zasady ostrożności, a więc z zachowaniem odległości 2 mm od brzegu, gdzie trzeba, wspomagając się silnikiem, zdążyć przez zmrokiem do Kołobrzegu i w kapokach.

Obserwuję wyjście naszych "łupinek" z główek portu Dziwnowskiego, radzę sobie chociaż zafalowanie wzrasta. Po godzinie rozglądam się, przede mną 20 jachtów za mną 25, a więc wszyscy, oddycham z ulgą. Okazuje się, że to chwilowa ulga, bo po 3 godzinach na horyzoncie widzę tylko 12 jachtów, reszta popłynęła w dal, korzystając ze sprzyjającego wiatru.

Wreszcie po 9 godzinach żeglowania ukazuje się latarnia morska w Kołobrzegu, wiatr tężeje, w główkach portu zafalowanie wzrasta, przy pomocy silników i na żaglach wchodzimy do portu.

Kilkakrotnie liczę swoje jachty, sprawdzam liczbę ludzi - o dziwo wszystko się zgadza, nikogo nie brakuje. Robimy odprawę sterników, omawiamy przebyty etap. Okazuje się, że dla naszych dzielnych motorowodniaków z Zielonej Góry są to warunki trudne, decydują się przerzucić drogą lądową motorówki na Hel i dalej płynąć z nami do Gdańska. Neptun chwilowo spochmurniał i nie pozwolił nam następnego dnia wyjść w morze, wiało 6oB. Gospodarz Mariny Wojtek Dibua pomógł nam zagospodarować czas, zwiedzaliśmy Kołobrzeg, uczestniczyliśmy w imprezach organizowanych w Marinie - było wesoło i po żeglarsku.

Ułaskawiony władca mórz następnego dnia pozwolił kontynuować nasz rejs - płyniemy do Darłowa. Ten jeden dzień spóźnienia zburzył nieco plany gospodarzy Darłowa, którzy szczególnie starannie przygotowali się do naszego przyjęcia. Burmistrz Darłowa osobiście nas witał chlebem i solą, był także świetny smalec. Następnego dnia zorganizowano nam regaty, były nagrody, przemarsz z orkiestrą ulicami Darłowa i świetne żeglarskie przyjęcie z serwowanymi zupami - żurkiem i uchą.

Na długo zapamiętamy gościnność władz Darłowa, był to jedyny przykład jak niewielkim kosztem można zdobyć sympatyków, którzy za darmo będą reklamować to piękne i gościnne miasto, którego władze zrozumiały na czym polega promocja grodu.

Opuszczamy z żalem i nostalgią Darłowo i płyniemy do Ustki, 23 mm przed nami. Z rozmyślania wyrywa mnie telefon. Dzwoni bosman z Ustki i zdenerwowanym głosem oznajmia, że nie ma dla nas miejsc w basenie portowym. Spokojnie mówię mu, że to jego problem, a my i tak do Ustki wpłyniemy - zbija go to z tropu i łagodnieje.

Później okazuje się, że Ustka nie jest przygotowana do przyjmowania takiej liczby jachtów, upychają nas po trzy jachty obok siebie, przy nadbrzeżu dla statków rybackich maleńką keję dla żeglarzy rezerwują dla niemieckich jachtów - przykro, ale mówi się trudno.

Bez żalu opuszczamy niegościnną Ustkę i, licząc na lepsze przyjęcie, płyniemy do Łeby. Tu pełne zaskoczenie - port pięknie urządzony, odnosimy wrażenie, że jesteśmy już w Europie. Tej Mariny nie musimy się wstydzić, spełnia wszystkie standardy - czujemy się dowartościowani i za 2 zł wykąpani - nastroje nasze wznoszą się na wyżyny, a wspólne ognisko, szanty w wykonaniu Piotra z Poznania i Adama Drążka z Bydgoszczy wprowadzają nas w wyborny nastrój .

Ranek 16 lipca zaskakuje nas mgłą. Początkowo widoczność jest niezła, ale stopniowo maleje i gdy jesteśmy na wysokości Rozewia nie można zobaczyć jachtów na 100 m. Dobrze, że ostre słońce zaznacza swą obecność na niebie wyraźniejszym kręgiem, a więc kierując się na nie zawsze dopłyniemy do lądu. Szczęśliwie choć z dużym czasowym rozrzutem docieramy w komplecie do Władysławowa.

Port rybacki we Władysławowie przyjął nas na miarę swoich możliwości, zabezpieczając podstawowe potrzeby szuwarowo - bagiennych żeglarzy. Zwiedzamy Władysławowo, nasza młodzież żeglarska pełnymi garściami czerpie z atrakcji tego turystycznego miasteczka - skoki na trampolinie i z 50-metrowego dźwigu, plażowanie i dyskoteka do białego rana. Cieszą się swobodą i dobrą pogodą.

Zmęczeni, ale zadowoleni kontynuujemy rejs, płynąc wzdłuż półwyspu helskiego, podziwiamy nasze piękne kąpieliska, lornetkami omiatamy ląd wypatrując nudystów, wtedy wiedzielibyśmy, że jesteśmy na wysokości Chałup. Nic z tego sami tekstylni. Opływamy spokojnie cypel helski nie wiedząc, że w tym czasie nasi dzielni żeglarze z Płocka na "Orce" prowadzą akcję ratowniczą. Andrzej Jodełka i Karol Witkowski wzięli na pokład trójkę nierozważnych plażowiczów, którzy wypłynęli za daleko w morze i opadli z sił - tylko dzięki naszym żeglarzom wrócili do żywych i chociażby tylko dlatego warto było zorganizować ten rejs - uratowaliśmy troje młodych ludzi.

Marina helska wita nas słońcem i sprzyjającym wiaterkiem. Szybko i sprawnie cumujemy i w miasto. Hel pulsuje życiem, tłum wczasowiczów, bary i restauracje zachęcają smażoną rybką - dajemy się skusić. Kiedy konsumujemy flądrę, dzwoni telefon - to prof. Marek Jaczewski, kapitan flagowego jachtu PTTK "Polonia", oznajmia, że za 2 godziny będzie na Helu, aby powitać dzielnych żeglarzy, którzy przepływają, może przełamali kolejne bariery morskiej biurokracji. Powitanie było gorące, nasi rejsowicze otoczyli kultowy jacht, pytając się o jego historię i żeglarskie dokonania, było zwiedzanie, wymiana upominków i pełnia zadowolenia.

Skracamy pobyt na Helu i udajemy się do Pucka, gdzie zamierzamy zorganizować neptunalia. Wiatr nam sprzyja - wieje 4oB - różnymi trasami po 6 godzinach zawijamy do uroczej Mariny miejskiej w Pucku, gdyż HOM odmawia nam postoju - a szkoda. Zajmujemy wszystkie wolne miejsca w Marinie - port zatętnił życiem. Trzeba przyznać, że jest dobrze urządzony i zorganizowany. Uwzględniając plany kierownika Mariny, decydujemy się następnego dnia płynąć do Rewy, gdzie spokojnie przygotowujemy neptunalia, do morskiego chrztu stanie 36. neofitów.

Trochę postraszyła nas groźna chmura - pełna mobilizacja załóg, przywieramy do plaży jak płaszczki do dna i nie dajemy się rodzącej się burzy, zwyciężamy i bez przeszkód Neptun, Prozerpina i cały dwór przyjmują w poczet żeglarzy morskich naszych neofitów. Przybywa - "przebiegłych icków", "spokojnych want" itp. Impreza udana i ciekawa, jak oceniają plażowicze i tubylcy.

Następnego dnia punktualnie o godzinie 10.00 odbijamy od rewskiej plaży i całą gromadą, na pełnych żaglach płyniemy do Gdańska.

Popłoch i zdziwienie wśród gapiów i wczasowiczów. Sądzą, że zaczął się zlot żaglowców tylko wielkości jachtów im się nie zgadzają. My zaś dumni z dokonań przepływamy obok gdyńskiej Mariny, sopockiego mola i dobijamy do kei morskiej straży granicznej na Westerplatte.

Zorganizowaną grupą w sile 127. uczestników rejsu podążamy pod pomnik bohaterów Westerplatte, aby oddać hołd tym, którzy odważyli się stawić czoło najeźdźcom. W delegacji reprezentującej rejs znalazły się załogantki jachtu "Gniwko", którego kapitanem jest Rysio Grzegorzewski - świetny pedagog, człowiek z sercem na dłoni.

Po uroczystości płyniemy zwartą kawalkadą do Mariny gdańskiej, gdzie na nas czekają. Zmęczeni, ale zadowoleni cumujemy w pięknie położonej Marinie gdańskiej. Wszyscy czujemy ulgę, udało się - przepłynęliśmy bez problemów nasze polskie morze, naszymi "łupinkami" i udowodniliśmy, że Bałtyk jest otwarty dla wszystkich żeglarzy.

Nazajutrz indywidualnie udaliśmy się do Gdyni, aby podziwiać największe jachty świata. 22 lipca już od rana ruch, przygotowania do parady jachtów. Wszystkie załogi w komplecie, jachty umyte, żagle przygotowane - tylko wiatr niewiadomo dlaczego ucichł. Może z zachwytu - bo tyle naraz na jednym akwenie tak pięknych żaglowców nie widział. Nasz samotnik Wojtek Kalinowski już wcześniej napisał wiersz o wietrze:

Lubię gdy muskasz
Mnie lekko po twarzy,
Pieścisz po ustach
I zaglądasz w oczy.

O takich chwilach
Zawsze mi się marzy,
Gdy brak mi ciebie
Pośród ciszy nocy.

Jak bezradny ślepiec
Szukam Cię dokoła,
Lecz ty umykasz
Niby nocna zjawa.

Szum tylko lekki
Zewsząd do mnie woła
A ślad twój znaczy
Pomarszczona fala.

Daremnie szukać
Przyjdziesz kiedy trzeba,
Wypełnisz sobą
Każdy metr po metrze.

I będziemy razem
Na szerokiej wodzie
Kocham Cię
Wietrze

Punktualnie o godzinie 13.00 zaczęła się parada, poczynając od mola sopockiego - wspierając się silnikami, przy pełnym ożaglowaniu ruszyło przeszło 300 jachtów w stronę Gdyni. To trzeba było zobaczyć, być wśród tych gigantów, aby doznać uniesień, które były naszym udziałem - nasze skromne żeglarskie piersi rozpierała duma i podziw, że jesteśmy w samym centrum czegoś ważnego, zjawiska żeglarskiego, które ma miejsce raz na kilkadziesiąt lat.

Uduchowieni i zmęczeni upałem wracamy do Mariny. Umknęła mi ważna sprawa - gest, uroczystość, którą zafundował nam Jurek Maćkowiak - uczestnik pierwszej części rejsu, wiceprezes POZŻ, to on przywitał nas w gdańskiej Marinie i zaprosił wszystkich uczestników rejsu do tawerny u "Zeimana". W uznaniu zasług za zorganizowanie naszego rejsu zostali wyróżnieni - komandor, wicekomandorzy i bosman. My także byliśmy przygotowani na rewanż w postaci pięknej statuetki jachtu ze szkła. Atmosfera spotkania była wspaniała - bawiliśmy się do późna, żal było się rozejść.

Etap morski dobiegł końca - 23 lipca część załóg udała się na Jeziorak, kilkunastu slipowało się, a 16 jachtów kontynuuje rejs.

III Etap. Gdańsk - Bydgoszcz ( 23-27 lipca 2003 r.)

Marinę gdańską opuszczamy rankiem już z położonymi masztami, płyniemy w kaczym szyku do Przegaliny. Pozostali bydgoszczanie, torunianie oraz załogi z Włocławka i Płocka, ogółem 16 jachtów z 58 żeglarzami na pokładzie. Jest wśród nas jedna załoga, która dopiero do nas dołączyła, czekali na nas w Gdańsku: Stefan Giełdon - lat 78, i jego szwagier Henryk z Krakowa. Pływają od lat na małej łódeczce, która wzbudza ogólne zainteresowanie. W naszych rejsach uczestniczą po raz czwarty. Trasę 23 km przepłynęliśmy w 4 godziny i stanęliśmy przy śluzie Przegalina, u wrót Wisły.

W znacznie mniejszym gronie, ale za to bardzo zgranym zorganizowaliśmy strzelanie z pistoletu wiatrówkowego i na ognisku wręczyliśmy zwycięzcom drobne upominki, a morskie opowieści snuliśmy do białego rana.

Obudziło nas słoneczko, śluzowy sprawnie "wylał" nas do Wisły, zagrały silniki i trzymając się nurtu ruszyliśmy w górę Wisły. Trasę tę pokonywaliśmy naszymi rejsami kilkakrotnie, płynąc na Iławę, Ostródę - ale nigdy jeszcze nie płynęliśmy pod prąd i przy tak niskim stanie wody. Wisła, w której jestem zakochany, przy tej wodzie ukazała wszystkie swoje wdzięki i charakter dzikiej rzeki.

Łachy, przemiały, główki i rwący nurt na przewężeniach stwarzają nie lada przeszkody, które trzeba umieć pokonać, przyglądają się nam dostojne czaple, które nie wiadomo dlaczego okupują piaszczyste łachy i na nasz widok majestatycznie zataczają łuk, aby wrócić na to samo miejsce. O dziwo towarzyszą im często pojedyncze kormorany i mewy.

Do Tczewa dopływamy po 6 godzinach piłowania pod prąd, z trudem wpływamy krótkim kanałem do portu stocznia Tczew. Widok smutny, wręcz tragiczny - opuszczone złomowisko, żadnych warunków cumowania, tylko ryby się rzucają jakby chciały powiedzieć wbrew przysłowiu, że tylko one tu się liczą.

Robimy klar, zabezpieczamy jachty i ruszamy w miasto - chcemy zobaczyć Muzeum Wisły, które stworzył nieodżałowany Roman Klim. Odjeżdża do domu moja Basieńka - zrobiło się jeszcze smutniej.

Wcześnie rano ruszamy do Korzeniewa leżącego nieopodal Kwidzyna, Wisła oznakowana dobrze, trzymamy się szlaku. Za sterem jachtu komandorskiego Wiesio Łagiewski - druh jakich mało, świetny kuk, dobry żeglarz, wspaniały kompan do wszystkiego, talentów u niego co nie miara, nawet haftuje.

Sprawnie kluczy pomiędzy przeszkodami, a ja w foteliku na dziobie chłonę Wisłę - napawam się jej urokiem oraz niepowtarzalnym wdziękiem i żal mi ludzi, którzy tego zjawiska nie widzieli.

W Korzeniewie czeka na nas Michał Hołub z Powidza. Doszedł do wniosku, że płynąc samemu to smutno i niebezpiecznie. W przytulnym osłoniętym od wiatru porcie dobijamy do pontonów, szybko dogadujemy się z ochroną i ruszamy na lądowy rekonesans, co odważniejsi pojechali do Kwidzyna.

Etap Korzeniowo - Grudziądz, do przepłynięcia 30 km, przy średniej 5/h - to 6 godzin płynięcia. Płyniemy mijając rezerwaty Wisło Duże i Wisło Małe, w oddali widać Nowe, mijamy Łosią Górę, ujście rzeki Osy i zaczyna się pasmo wzgórz grudziądzkich. Do nadbrzeża miejskiego, kamienistego, nieprzyjaznego dobijamy około godziny 14.00.

Uzupełniamy paliwo, a niezawodny Rysio Fierek zorganizował transport wojskowy i zabiera całą grupę, aby pokazać uroki Grudziądza - twierdzę i wyjątkową osobliwość miasta: Cytadelę. Wracamy umęczeni, bo żar leje się z nieba, ale z uwagi na niegościnne warunki decydujemy się płynąć dalej. Pokonujemy blisko 15 km i już prawie o zmroku cumujemy całą flotyllą na lewym brzegu przy główce.

Młodzież rejsowa szybko organizuje ognisko i - patrząc w nurt naszej "królowej" i błyski ogników - nucimy szanty. Wszyscy mamy świadomość, że coś ważnego w naszym życiu żeglarskim się kończy.

Wczesnym rankiem, bez głośnych pobudek, wszyscy wstają, kąpiemy się w Wiśle - woda w miarę czysta, obfite śniadanko i odprawa sterników.

Decydujemy, że z uwagi na stan wody i nadbrzeża nie ma sensu zatrzymywać się w Chełmnie, tym bardziej że do celu, tzn. do Bydgoszczy, pozostało zaledwie 40 km. Uruchamiamy kataryny i w szyku płyniemy prosto do Bydgoszczy. Po drodze mijamy Świecie piękne, malownicze Chełmno - a Wisła dalej urzeka i zachwyca.

Ukazuje się wreszcie most fordoński, wpływamy do ujścia Kanału Bydgoskiego i widzimy otwarte, gościnne wrota ostatniej już śluzy Czersko Polskie.

Zbieramy się prawie godzinę, ale jesteśmy wszyscy - 16 jachtów. Na śluzie śpiewy, owacje, okrzyki - to nasze rodziny, znajomi witają nas radośnie.

Uchylają się wrota i jesteśmy na Brdyujściu, krótki przeskok i port macierzysty WKŻ "Pasat", z którego przed miesiącem wyruszaliśmy w ten historyczny rejs. Zamknęliśmy wielką pętlę pomorską, przepłynęliśmy ponad 1000 km - dokonaliśmy tego jako pierwsi w Polsce na jachtach śródlądowych. Jest powód do dumy.

Nazajutrz w samo południe zbiera się spora grupka uczestników rejsu, rodzin, znajomych, kolegów żeglarzy - jest nas ponad setka. Krótka ocena, omówienie rejsu - robię to osobiście. Wręczenie upominków, opuszczenie banderki i XXV Jubileuszowy Rejs Żeglarski PTTK i Wojska Polskiego "Bałtyk 2003" przechodzi do historii.

Komandor Edward Kozanowski

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Elżbieta Matusiak-Gordon (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Maria Janowicz, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk, Korekta: Elżbieta Matusiak-Gordon
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych komunikatów i ogłoszeń.
Za tekst i materiały ilustracyjne redakcja nie przewiduje honorariów autorskich.
ORIENT