PTTK GOŚCINIEC PTTK
POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO
Kwartalnik
4 (8)/2002
ISSN 1642-0853

Z historii schronisk

Przystań dla wędrowców


Blisko pięć lat temu minęło pół wieku od wybudowania tatrzańskiego schroniska na Hali Kondratowej. Przez te lata gospodarzami po południowej stronie Giewontu była rodzina Skupniów. Dzisiaj o tym małym zakątku Tatr opowiada Andrzej Skupień, obecny kierownik schroniska.

- W niższej części Hali Kondratowej stoi na wysokości 1333 m schronisko PTTK, zbudowane w 1948 roku. Jest to niewielki, lecz ładny i dostosowany do otoczenia budynek drewniany, z dobrze prowadzoną gospodą turystyczną (....) - pisał w 1958 roku Tadeusz Zwoliński. Tego roku to maleńkie schronisko, które w 1970 roku otrzymało tytuł "Najmilszego schroniska" w krajach pozaalpejskich, ukończyło pół wieku swego istnienia. Od pięćdziesięciu lat gazduje w nim rodzina Skupniów.

Hala Kondratowa przez dziesiątki lat była wykorzystywana do wypasu owiec i bydła, a schronienienie na Polanie dawały pasterskie szałasy. Natomiast z początkiem XX wieku jeden z nich został zamieniony przez Jerzego Uznańskiego na schron narciarski, a w 1933 roku zamożni górale z Murzasichla - Polakowie - wybudowali schronisko, które spaliło się w czasie okupacji, a jego resztki rozebrano po wojnie. - Resztki schroniska Polaka właściwie zostały zburzone w trakcie budowy obecnego budynku - przypomina sobie Andrzej Skupień, gospodarz schroniska na Kondratowej. A w latach 1936-1937 wzniesiono tam tak zwaną bacówkę wzorową.

U zbiegu szlaków

Po drugiej wojnie światowej dla wielu osób Tatry stały się ostoją spokoju i wolności. Na górskich szlakach pojawiło się wielu miłośników tatrzańskich wędrówek, a Polana Kondratowa była miejscem, gdzie schodziły lub rozchodziły się ścieżki na Giewont, Czerwone Wierchy czy grań Goryczkowych. Zaczęto więc myśleć o budowie schroniska. Początkowo do tego celu odpowiednio przystosowano wzorową bacówkę, a później zaczęto ją rozbudowywać. Zajął się tym w imieniu Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego Stanisław Skupień - sportowiec, olimpijczyk, członek PTT i GOPR. Osiadł na Hali Kondratowej już w 1946 roku wraz ze swoim kuzynem - Stanisławem Jaroszem, późniejszym kierownikiem tatrzańskich schronisk na Hali Gąsienicowej i Polanie Chochołowskiej oraz na Markowych Szczawinach pod Babią Górą. Od początku w schronisku wyczuwało się też kobiecą rękę. Stanisławowi Skupniowi pomagała żona - Helena.

- Mojego ojca zawsze ciągnęło w góry - mówi ze wzruszeniem jego syn Andrzej Skupień. - Wtedy PTT było zainteresowane budową schroniska i tak się razem dogadali. I zaczęto działalność. Oczywiście funkcjonowało ono jako schronisko PTT, bo wtedy jeszcze nie istniało Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Ta mała bacóweczka składała się z jednej większej izby, kuchenki i takiej zagrody na oscypki. I tak wyglądało całe schronisko. Najpierw to malutkie trzeba było troszeczkę podremontować. Dobudowano jakąś werandkę, schodki - takie rzeczy. Spało się na takich kanadyjkach. Potem w 1947 roku PTT postanowiło, że trzeba tu postawić trochę większy budynek. I tak zaczęła się właśnie budowa obecnego schroniska. Duże zainteresowanie wykazał wtedy Oddział Zakopiański PTT. A mój tata z racji tego, że nadzorował budowę, został tam już do końca życia, do 1983 roku. A ja z kolei jako mały chłopiec ciągle się tutaj kręciłem, każde wakacje z rodzicami spędzałem na Kondratowej. Moje siostry również. I tak myśmy tutaj rodzinnie gospodarzyli - zaznacza.

Siedzimy w małym schroniskowym pokoiku za kuchnią. Andrzej Skupień pokazuje zdjęcia z okresu budowy schroniska. - Ten mały chłopiec na zdjęciach to jestem ja - nadmienia. Po pięćdziesięciu latach potrafi nazwać budarzy z imienia i nazwiska. - Te osoby w większości już nie żyją - Szymon Zarycki, Kuba Wawrytko. To już wtedy byli starsi ludzie - opowiada. - Schronisko budowali też Stasiu Wawrytko, Bolek Hoły. A tutaj mój wujek - wskazuje na fotografiach. - Tu na tym zdjęciu widać, jak się dobudowuje część schroniska. A tutaj widać już konstrukcję dachu - dodaje.

I takie były początki tego sympatycznego tatrzańskiego schroniska. Andrzej Skupień przypomina sobie również inne przygody z tego okresu, które dla młodego chłopca były dobrą zabawą. - Pamiętam, jak była rozpoczęta budowa schroniska, przyszła ulewa i bardzo silny wiatr. A tutaj trzeba było mieszkać. Ponieważ mieliśmy stary namiot, rozłożyliśmy i jakoś przymocowaliśmy tę płachtę. W pewnym momencie wiatr porwał nam ten prowizoryczny dach nad głową i poniósł gdzieś daleko. A ponieważ to był wieczór, szukaliśmy go, mając ze sobą lampki - śmiejąc się, wspomina.

Będąc po raz pierwszy w Zakopanem z Rodzicami wybrałem się na moją pierwszą wycieczkę turystyczną w koszyku w wieku 7 miesięcy i 14 dni.

Dowiedziawszy się, że jestem najmłodszym turystą, który był do tej pory w tym uroczym zakątku, postanowiłem się wpisać do tej księgi wraz z Rodzicami i Ciotką Basią.

Hala Kondratowa, 14 IX 1951
Hala Makuchowska
nieczytelne podpisy

Woda, ścieki i prąd

Schronisko na Kondratowej niemal od początku było wyposażone w niezbędną infrastrukturę. - Woda była wcześniej niż schronisko, ponieważ doprowadzono ją już do wzorowej bacówki. Potem była tylko kwestia większego zbiornika. Wodę mamy bardzo dobrą. I nie zdarzyło się jeszcze, aby jej zabrakło. Nawet przy największych suszach. Źródełko jest małe, ale bardzo wydajne - zaznacza kierownik.

Kilka lat temu Tatrzański Park Narodowy wyposażył budynek w biologiczną oczyszczalnię ścieków. Przedtem korzystano z szamba, lecz niemałym kłopotem było wywożenie ścieków.

- Natomiast początkowo nie było prądu - opowiada pan Andrzej. - Wieczorem zapalało się lampy naftowe. Ale do schroniska przyjeżdżał ówczesny minister komunikacji. Znał mojego tatę. Pewnego razu powiedział: "No to jak tu Staszek siedzisz bez światła, to może byśmy coś wymyślili". Koniecznie chciał coś zrobić dla PTT. Trzeba przyznać, że okazał się słownym. Postarał się o linię telefoniczną. Akuratnie zaczynała się zima, ale ekipa pracowała bardzo sprawnie. Jako mały chłopiec pamiętam, jak robotnicy w czasie zimy siedzieli na słupach. W ten sposób energia została doprowadzona. Był to 1948 rok - przypomina sobie.

Zimowe kłopoty

Na Halę Kondratową nie zawsze można dojechać traktorem, samochodem terenowym, a obecnie nawet skuterem śnieżnym. Zależy to od zimy. Wtedy zaczynają się kłopoty z dostarczeniem żywności do schroniska. Lecz Andrzej Skupień nie narzeka. - W zimie nie ma takiego dużego ruchu. Większe zapasy zawsze robimy jesienią. Natomiast najpotrzebniejsze zakupy typu chleb, nosimy na górę w plecakach - mówi.

Od kilku lat zima płata różne figle. Zazwyczaj ciągnie się bardzo długo. Czasem w lutym robi się nagle wiosna, a w kwietniu obficie sypie śnieg. - Przed laty zimy bywały bardzo śnieżne. Były olbrzymie opady. Zdarzało się, że byliśmy tak zasypani, aż trzeba było odrzucać z okien śnieg, bo było ciemno w schronisku. Były to jednak urokliwe zimy - z sentymentem podkreśla.

Żywioł

Jednym z pamiętnych epizodów w historii schroniska była kamienna lawina, która zeszła 26 kwietnia 1953 roku i uszkodziła budynek. - Po tym zdarzeniu rozwiązano problem schodzenia lawin. Prowadzono odstrzał turniczek. Wykonywała to ekipa górników. Trwało to dwa miesiące. A później przeprowadzono badania geologiczne. Zagrożenie zostało całkowicie zlikwidowane. Tego pamiętnego dnia wszystko szczęśliwie się zakończyło. Przede wszystkim nic nikomu się nie stało. A przecież głazy zeszły olbrzymie. Jeden z nich naruszył budynek od strony jadalni. Wykonano podkop i kamień się wycofał. Ale ślad pozostał do dzisiaj - wspomina. W miejscu, gdzie stoi schronisko, nie ma za to tendencji do schodzenia lawin śnieżnych.

Andrzej Skupień przypomniał sobie również wichurę, która w niektórych rejonach Tatr zrobiła olbrzymie spustoszenie. - To był halny w maju 1968 roku. Największa fala uderzeniowa przyszła w ciągu dnia. Na górze była wtedy mama z moją siostrą. Ja w tym dniu zszedłem do Zakopanego. Jakimś cudem działał jeszcze telefon. Mama zadzwoniła, abym czasem nie przychodził do schroniska. Wybrałem się dopiero następnego dnia. A następny dzień był taki, że na Halę szedłem trzy godziny. Miałem poszarpaną całą koszulę, bo wiatr mną rzucał. Raz znajdowałem się pod drzewem, raz na drzewie pomiędzy gałęziami. Bałem się. Nie było żadnej łączności. I rzeczywiście, to co było po drodze - mogło przerażać. Po drodze dosłownie wisiało drzewo na drzewie. Nie wiedziałem, czy czasem nie uszkodziło schroniska, czy dachu nie zabrało. Jednak szczęśliwie ominęło budynek. To schronisko jest poniżej wylotu z Polany. Ta cała wichura przelatywała gdzieś nad budynkiem i kierowała się w bok, w kierunku Myślenickich Turni i częściowo powyżej grani Giewontu.

Dojazdu do schroniska nie było przez dwa miesiące. Dopiero TPN zorganizował specjalne ekipy, ściągnął ludzi z całego regionu, którzy usuwali szkody. Ci ludzie mieszkali nawet przez ten okres w schronisku - napomyka.

W księdze wpisów

Cząstka historii schroniska na Hali Kondratowej znajduje się w księdze pamiątkowej. Dawniej turyści swoje wrażenia częściej przelewali na kartkę papieru i dlatego lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte obfitowały w szereg ciekawych wpisów.

Księgę pamiątkową rozpoczynają słowa Tadeusza Zwolińskiego, ówczesnego prezesa Zakopiańskiego Oddziału PTT. W sierpniu 1948 roku napisał: "Hala Kondratowa... Ileż wspomnień wiąże się dla nas, taterników i narciarzy, z tym uroczym zakątkiem tatrzańskim, drzemiącym w upalne dni lata w promieniach słońca, w usypiającym podźwięku i "turlikaniu" dzwonków owczych i krowich. Jest i była to od lat niepamiętnych brama wypadowa rozlicznych szlaków turystycznych - na Giewont, w Czerwone Wierchy, w puste, dalekie doliny Tatr Zachodnich... Tu stawiało pierwsze swe kroki przed 40 laty - narciarstwo polskie, ogarniające dziś żywiołowym ruchem całe młode nasze pokolenie... Dlatego też Hala Kondratowa miła jest sercu każdego miłośnika Tatr - zarówno pamiętającego ją od lat dziecinnych Zakopianina - jak i przybysza ze stron dolinnych - dlatego też Oddział Zakopiański Pol. Towarzystwa Tatrzańskiego starał się po strasznej zawierusze wojennej stworzyć tu schronisko, dające punkt oparcia licznym i coraz liczniejszym rzeszom ludzi, którzy Tatry nasze od dawna już kochają - albo też tu, w ich głębi, zrozumieją i poznają czar górskiej przyrody. Niech to nasze schronisko służy pożytkowi wszystkich. Z taternickim pozdrowieniem. Tadeusz Zwoliński".

Schroniskowi goście

Nierzadko się zdarza, że do schroniska późnym wieczorem stukają spóźnieni turyści. Odwiedzają je wieczorową porą również inni goście. - Kiedyś siedziałem dosyć długo i oglądałem telewizję - wraca myślami do dawnych lat Andrzej Skupień. - Świeciła się lampka. Instynktownie wyczułem kogoś na zewnątrz. Posłyszałem szmer. Odsunąłem firankę i taki rozespany patrzę w okno, które znajduje się na wysokości biurka. Do szyby był przylepiony nos. Nie wiedziałem czy śnię, czy nie. To był nos misia. Ciekawiło go światło. Jednak bardzo spokojnie zaglądnął, nie przestraszył się i potem majestatycznie odszedł - dodaje.

Swoją obecność w sąsiedztwie schroniska zaznaczały również inne niedźwiedzie. - Odwiedzała nas też Magda - opowiada dalej pan Andrzej. - Ze dwa, trzy razy złożyła wizytę z dziećmi. Robiła wówczas taki mały popłoch. Kiedyś wieczorem weszła do schroniska i zainteresowała się magazynem. Ale jakoś później poszła. Ponieważ z magazynu zawsze dochodzą zapachy, więc myśmy wynieśli wszystkie rzeczy i zostawiliśmy otwarte drzwi. Następnego wieczoru ponownie nas odwiedziła. Weszła do magazynu, lecz zaraz wyszła. I już był spokój. Poszła w inny rejon - dorzuca.

Hala Kondratowa gości też wiele innych zwierząt. - Pod schronisko podchodzą jelenie, sarny, łanie. Gdy na Polanie widać już wiosnę, trawka zaczyna się zielenić, to wówczas przychodzą jelenie. One wolą w górze siedzieć. Teraz też się pokazują wieczorami. Kiedy Polana pustoszeje, to one się pasą w pobliżu schroniska. A jeśli jest ciężka zima, to zdarza się - rzadko, ale zdarza się - że nad schronisko przychodzą kozice - napomyka.

Stan wojenny

- Podczas stanu wojennego siedziałem sam w schronisku - wspomina niedawne czasy Andrzej Skupień. - Nie wolno było przecież wychodzić w góry. Tylko przyjeżdżały służby. A przecież wtedy była taka piękna zima. Miałem wówczas takie zdarzenie. Była absolutna cisza. Słyszę pukanie. Rzadko się to zdarzało. Jeżeli już ktoś przyszedł, stukał w okno. Było to dość dziwne. Obchodzę wokół schronisko. Kiedy szedłem korytarzykiem, pukanie ustawało. Wracam, znowu słychać pukanie. I tak to dość długo trwało. Okazało się, że to przyszedł dzięcioł. Był bardzo dorodny i pięknie upierzony. Później zrozumiałem, że jak słyszał ruch, to przestawał pukać - dodaje.

Zbójka

Do tradycji już należy, że po schroniskach przechadzają się psy. Są one najczęściej pupilami turystów. Każdy chciałby im dogodzić. Zazwyczaj polega to na dokarmianiu. Na Hali Kondratowej były zawsze owczarki podhalańskie. Jednym z nich była suczka o imieniu Zbójka. Ich obecność zaznaczano również w księdze pamiątkowej. Pod datą 19 maja 1952 roku znajdujemy wpis: "Wycieczka z Lubawy z woj. olsztyńskiego wraca z Giewontu, którego nie zdobyła z powodu głębokiego śniegu. W schronisku pies ugryzł w piętę kol. Kisicką. Pana prof. Kwaśniewskiego pies znieważył, ponieważ nie chciał wziąć chleba. I dlatego p. prof. czuje się obrażony. Sekretarka wycieczki".

A 20 września 1961 roku zanotowano: "Wędrując po Tatrach, znaleźliśmy się na Hali Kondratowej, gdzie spotkaliśmy najprzyjemniejszą obsługę. Począwszy od p. Kierownika, a kończąc na leniwej "Zbójce" wszyscy zasługują na wysokie uznanie i wzór godny naśladowania. Odchodząc ze schroniska, czujemy się tak, jak byśmy opuszczali dom rodzinny. Nasze ciepłe wspomnienia często będą gościć na Hali Kondratowej. Żegnamy z przeświadczeniem, że wrócimy tu jeszcze na pewno. H.K.".

Dramatyczne chwile

Schronisko na Hali Kondratowej nie ominęły też przykre zdarzenia. - Szukaliśmy nawet samobójców - opowiada Andrzej Skupień. - To było na wiosnę, dość dawno. Zaczął jednak padać dość obfity śnieg. Jedna z pracownic wyszła na werandę i mówi, że na ławce leży jakiś dowód osobisty i zegarek. Patrzę, a w dowodzie znajduje się koperta z napisem "Proszę otworzyć po mojej śmierci". Ciarki po mnie przeszły. Ponieważ to nie był zaklejony list, a sytuacja wymagała interwencji - zajrzałem do środka. W liście jakiś młody człowiek żegnał się. Pisał w nim, że kończy z sobą i przepraszał za kłopoty z tym związane. I jeszcze wiele szczegółów. Zaraz zadzwoniłem do centrali GOPR-u. Trzeba było iść za śladem. Minimalny ten ślad był, ale był. Koło kamienia, znajdującego się obok schroniska, była kałuża krwi. Prawdopodobnie tym zegarkiem przecinał sobie żyły. Kluczyłem za śladem i czekałem na ratowników. Ślady zaprowadziły nas pod Giewont. Była mgła. Zaczęliśmy wołać. I w pewnym momencie, blisko krzyża, usłyszeliśmy jakieś uderzenia o krzyż. Chłopak odezwał się. Byliśmy szczęśliwi, że żyje. Jednocześnie baliśmy się, aby w tym momencie nie skoczył. Jednak przyszła u niego jakaś refleksja i chłopak z nami zszedł. Skończyło się dobrze. Po jakimś czasie dostałem od niego list z przeprosinami. Pisał, że wrócił do równowagi - dodaje.

"Imieninowa wyprawa" na Halę Kondratową pod hasłem "Jak zabić starszą panią" - Babki żyją dzięki schronisku i wyśmienitemu piernikowi domowemu oraz interwencji kierownictwa wyprawy.

Meni: jajecznica z 20 jaj, 2 litry śmietany, wiadro kawy i 2 blachy piernika domowego - wszystko pyszne. 3 X 62

Podpisano za solenizantkę
- Teresa
inne podpisy nieczytelne

Małe imprezy

Schronisko pamięta różne wydarzenia, różnych ludzi. Na pewno do miłych chwil należą święta i sylwestry, chociaż maleńka sala nie pozwala na wielkie imprezy. - Ludzie najczęściej przyjeżdżają już po Wigilii - tłumaczy pan Andrzej. - Dawniej święta spędzali u nas ludzie, którzy wcześniej z nami się zaprzyjaźnili. Sylwester też jest zawsze kameralny, bo miejsca jest bardzo mało. Czasami nam przykro, że nie możemy przyjąć więcej gości. A przecież jak na salę zejdą ci wszyscy, którzy mieszkają w schronisku - to już jest pełno. Zawsze jednak ktoś dojdzie. Za każdym razem jest bardzo towarzysko, rodzinnie - stwierdza.

Taką atmosferę schroniska tworzą nie tylko sami turyści, lecz przede wszystkim kierownictwo i pracownicy. Kiedyś jeszcze dodatkowo sprzyjało temu ciepło, wydobywane z kominka i trzask palących się drew. 1 marca 1952 roku ktoś wpisał do księgi: "Dziękujemy kierownikowi i personelowi schroniska na Hali Kondratowej za stworzenie tak miłej atmosfery, jakiej nie spotyka się prawie nigdzie. Powrócimy, by spędzić choć jeszcze jeden wieczór przy kominku".

O klimacie panującym w tej małej chatce na Kondratowej świadczy też inny wpis, dokonany 22 grudnia 1951 roku: "Schronisko na Hali Kondratowej jest najmilszym i najczystszym schroniskiem w Tatrach. Rokrocznie odwiedzam tę małą wypielęgnowaną chatkę i zawsze spotykam miłą atmosferę, uradowane i pogodne twarze. Uśmiechnięta czarnula Jasia dodaje uroku schronisku, a wesoła góraleczka Hania wszystkich karmi smacznymi obiadami. Z kuchni rozchodzi się na salę piękny głos Hani nucący góralską piosenkę. Czarna Jasia pomaga basem. Naprawdę tutaj tak cudnie, zawodnicy CWKI jeżdżą na nartach opodal schroniska, do schroniska wpadają na ciepłą herbatę i jazda dalej. Spędziłem ten dzień naprawdę bardzo przyjemnie w gronie miłej Jasi i Hani. Żal mi opuścić schroniska w Tatrach. Były tak miłe, tak czyste i obsadzone w tak urocze Jasie i Hanie. Z taternickim pozdrowieniem, inż. Jan Polaczek z Krakowa".

19 maj 1952
Wycieczka z Lubawy z woj. olsztyńskiego wraca z Giewontu, którego nie zdobyła z powodu głębokiego śniegu. W schronisku pies ugryzł w piętę kol. Kisicką. Pana prof. Kwaśniewskiego pies znieważył, ponieważ nie chciał wziąć chleba. I dlatego p.prof. czuje się obrażony.
Sekretarka wycieczki
(nieczytelny podpis)

Tomasz Chludziński kiedyś w "Gościńcu" napisał: "Pod stromym, pokrytym gontami dachem tego domu żaden turysta nie czuł się intruzem. Przeciwnie - pożądanym i miłym gościem. Na Kondratowej herbata zawsze była herbatą, dania z bufetu - zawsze smaczne, a pościel - czysta i pachnąca wiatrem. A przede wszystkim, choć drewno budynku nie czerniało jeszcze ze starości, była tam atmosfera dawnych koleb, szałasów i schronisk, takich, w których turyści są sobie braćmi, do których zawsze chętnie się powraca, choćby tylko we wspomnieniach. Tworzył ją ów pan w sile wieku, tworzyła jego żona, Helena, ciepłym usmiechem witająca każdego, kto tu trafił...".

Nocne światełka

16 października 1978 roku turyści przygotowywali sobie na Giewoncie posiłek. Mimo że wieczór był jasny, pogodny - świecili latarki. Światełka były widoczne w Zakopanem. Niektórych to zaniepokoiło. - Poszedłem, aby zobaczyć, co tam się dzieje. Ci na Giewoncie nie zdawali sobie sprawy, że światełka ich latarek będzie widać tak daleko - wspomina pamiętny wieczór Andrzej Skupień. - Schodzący już mi powiedzeli, że tam nikomu nic złego się nie przytrafiło. Akurat się dowiedziałem, że Karola Wojtyłę wybrano papieżem. Zaniosłem tę radosną nowinę tym, którzy tam byli. Był krzyk radości. Pamiętam, jak pięknie się rozchodził głos dzwonów z zakopiańskich kościołów. A światełka może były symboliczne - dodaje ze wzruszeniem.

***

Opowieść o najmniejszym schronisku tatrzańskim zakończmy również wpisem, znajdującym się w księdze pamiątkowej. 11 lutego 1952 roku, Ewa z Gliwic odnotowała: "Poznałam Halę Kondratową, kiedy szalała zawierucha i światełka schroniska były dla mnie przystanią. W schronisku spędziłam bardzo przyjemny tydzień ze zmienną pogodą. Dzisiaj opuszczam schronisko w zawieruchę, ale z uczuciem mile spędzonych chwil. Chciałabym kiedyś jeszcze w mojej wędrówce po górach odwiedzić to schronisko".

Jolanta Flach

Wydawca: ZG PTTK, ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa
Adres redakcji: Zarząd Główny PTTK
ul. Senatorska 11, 00-075 Warszawa,
tel. 22 826-22-51, fax (22) 826-22-05,
e-mail: ageg@wp.pl
Kolegium redakcyjne: Andrzej Gordon (redaktor naczelny), Maria Janowicz (sekretarz redakcji), Łukasz Aranowski, Ryszard Kunce, Halina Mankiewicz, Cecylia Szpura, Bogusław Wdowczyk,
Redakcja zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji tekstów.
ORIENT